KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
Blog > Komentarze do wpisu

I co ja robie tu, uuuuu...

Od kilku miesięcy podglądam, podczytuję i poznaję z każdym wpisem coraz lepiej liczne Polki i jednego Polaka - Rodzynka w tym babskim gronie, oraz ich Rodziny, losy, przezycia... Ludzie Ci rozsiani są za sprawą własnego wyboru lub okoliczności życiowych po różnych krajach wszystkich kontynentów, poprostu po całym świecie. Choc tak rozsiani po wielu krajach, to z inicjatywy kilku "Prowodyrek", Kobiet-Polek założycielek jednak zostalismy polaczeni w jedna silna grupe dzieki temu, ze powstał KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE. Większość z nas ma wlasne blogi i na nich a takze na fejsie regularnie dzielimy się wiedzą, doświadczeniem, życiową mądrością, a czasami tylko albo i aż emigracyjną codziennością... Nie wszystkie blogi śledzę, bo to niemożliwe, ale kilka z nich czytam z ogromną przyjemnością.

 

 

Klika miesięcy temu sama trafiłam na stronę Klubu. Byłam jego obserwatorką, taką cichutka myszka - podglądaczką... aż do teraz. Co jakiś czas powstaje seria postów na zadany temat umieszczana na blogach czlonkow klubu, kazdy sam decyduje czy ma na dany temat cos do napisania/powiedzenia. Tym razem przez caly listopad i spory kawałek grudnia kolejne osoby opowiadają o tym, co skłoniło ich/je do emigracji oraz jak ich życie poza granicami Polski wygląda.

PROJEKT LISTOPADOWY

Kiedy zobaczyłam, jaki ma być temat tej kolejnej serii wpisow - pomyslałam... noooo TO jest MÓJ temat... raz kozie śmierć... teraz albo nigdy... ZGŁASZAM SIĘ... O Meter Dei... com ja uczyniła... Paru minut zabrakło, abym mój post publikowała w dniu 14 urodzin mojego syna :) no ale dzień po to też piękna data... Pomyślałam na początku listopada, wypoczęta po jesiennym urlopie, napromieniowana falami UVA, UVB i owiana kanaryjskim wiatrem. Się napiiiiisze... Tik, tak, tik, tak... CO??? Już grudzień? Ale, że kiedy??? Za niecały tydzieć JA?? Nooo słowo się rzekło, kobyłka u płota... Trzeba spiąć 4 literki i pisać...

Zabierając się za tworzenie tego pierwszego w moim życiu blogowym wpisu na zadany temat, zastanawiałam się o czym chcę napisać... czy nasza historia może być choć w połowie ta interesująca jak piękna opowieśc o miłości MONIKI czy KAROLINY, moich dwóch obecnych "krajanek"??? Tak poruszająca jak przyżycia pierwszego okresu emigracji do Wlk Brytanii DOROTY...  By wspomnieć tylko te historie (inne autorki niech mi wybaczą, że nie wymieniam każdego), na które szczególnie czekałam albo które mi zostaną w pamięci... Jestem beeeeez szaaaaans... Napisze jednak, jak mi serce dyktuje, prawde, prawde i tylko prawde. Dla tych, ktorzy czytaja, bo mnie znaja bedzie to raczej podsumowanie niz nowosc. Moze komus umozliwi lepsze poznanie mnie i mojej rodziny? Pozostaje mi tylko miec nadzieje, umierajaca na samym koncu, ze nikogo nie zanudze...

No to zaczynamy. Na poczatku beda jednak...

UCZUCIA

Moją miłość znalazłam wieeeele lat wcześniej, w Ojczyźnie. Przyplątał się ten mój monsz (pisawnia zamierzona, często używana blogowo i internetowo ;)) na przyzakładowej siłowni 19lat temu.

Najpierw byl chlopakiem, potem narzeczonym. Menszem został lat temu prawie 15,5... Wieeeem, niemodne to takie, od tylu lat ten sam facet, ale jakoś tak nam wyszło, miłość choć inna po tylu latach jest, wciąż trwa i nas łączy. No i ma owoc, jeden tylko, nie w wyboru taki pojedyńczy, ale kochany za to maksymalnie i szczególnie choć obecnie nastoletnio zbuntowany, synem zwany. Te dwie osoby i nasze 2 koty to centrum mojego Wszechświata, źródło mojej siły, pewności, wytrzymałości. Tam gdzie my jestesmy jest DOM. Niezaleznie gdzie by to bylo, chocby i na Ksiezycu...

Wracajac do mensza... Wiec jest od dawna... nie dla niego wyjechalam... Nie ma więc najmniejszych szans na chwytającą za serce historię wielkiego uczucia ponad granicami geograficznymi, wieku lub języka, dla którego przezwycięża się wszystkie trudności, rzuca w diabły kraj, Ojczyznę, Rodzinę... (choc nasza milosc w pierwszych latach wiele trudnosci, w tym geograficznych pokonala...).

Ale zaraz, zaaaaaraz... Jak nie uczucie do faceta płci odmiennej... to może do leśnych ostępów Szwecji, przestrzeni, wody, odległości, natury, łosi, reniferow, zorzy porannej itp... Njaaaaa... jakby powiedział rasowy Szwed (to takie nieeee ale w sumie troche tak albo taaaaak ale w sumie moze jednak nieeee...). 

Myśl o emigracji gdzieś się tam pojawiała, nie ukrywam, przemykala przez glowe raz i drugi... Ale wśród rozważanych kierunków Szwecji NIGDY nie bylo... W ogole Skandynawii... Nie było też Jukejowa, gdzie wybyła chyba większość Polakow w tym okresie... jakoś tam się Niemcy kręciły nam po myślach, bo rodzina tam od dawna jest, bo niemieckiego sie uczyłam lat wiele, bo blisko...

Potem okazało się, że sporo znajomych wyjeżdża do Danii... noooo to może jednak Dania... dobra opinia, państwo socjalne... wciąż blisko do Polski... Okoliczności życiowe, o których za chwilę sprawiły, że akurat latem 2007 roku wysłałam CV i zgłoszenie do firmy pośredniczącej... Chetni byli... a jakze... jednak okazało się, że szukają akurat tylko do Szwecji... Bo Dania mala i sie juz sluzba zdrowia w niej zapchala...

Hmmm... Szwecja powiadacie... co ja wiem o Szwecji... Sztokholm, Geteborg, Malmoe... Tak jakoś bardziej na Północ, to wieeeelka dziura... No zobaczymy, może jednak przyślą i coś z Danii...

Bo czuliśmy, że jeśli już jechać to wlasnie wtedy,bo brak korzeni i mieszkania i szans na jakies fajne, bo dziecię właśnie miało zacząć szkołę i nie chcieliśmy mu fundować zmiany kraju jak się już zakorzeni, bo w pracy meza sie pozypalo, bo ja sie w polskim lekarskim grajdolku i walkach z NFZ nie odnajdywalam...

Pojechałam jakoś tak w sierpniu czy na początku września na kwalifikacje językowe,tzw. maping day... posmakowam próbki szwedzkiego, poznałam Niamków, naszych teraz przyjacół, ktorzy wyjechali z nami,mieszkaja na tej dziczy 40km od nas i Niamka pracuje ze mną w tej samej klinice... Wrocilismy z pierwszego spotkania... A potem... dłuuuuuugo nic... Ani widu,ani słychu... a czas mija... Kolejne stresujące miesiące leca, jeden za drugim a my w stanie zawieszenia...

Za to jak przyszła konkretna oferta to na zastanowienie było ultramało czasu... bardzo mało jak na taką wielką zyciową decyzję... Wiadomość przyszla w ostatnim tygodniu listopada, wyjazd z mężem na jobbintervju na początku grudnia (notabene w ciagu 2 dni z dziewczyny, ktora nigdy nie leciala samolotem zmieniam sie w doswiadczona podrozniczke, z 4 startami i 4 ladowaniami...). 6.12 szybkie obchody urodzin syna, 7mych.

Po kilku dniach decyzja pracodawcy szwedzkiego, że chcą mnie i Niamkę zatrudnic, jesli my chcemy, szybkie i burzliwe konsultacje wszem i wobec z Rodzicami, krewnymi, znajomymi, decyzja, rozmowa z szefem w Polsce i wymowienie, ostatni dyżur wigilijny, ostatni Sylwester i 7mego stycznia... ZIUUUU... Na KURS... W nieco ponad miesiac przewrocenie zycia... moze jeszcze nie o 180 ale przynajmniej o 90st... Kurs byl intensywny, pouczajacy, dajacy bardzo dobre podstawy... co nie zmienia faktu, ze pierwsze kilka miesiecy bylo niesamowicie trudne i wyczerpujace.

Ale wracajac do meritum... o tych bezkresnych lasach, borach, jeziorach, grzybach, zwierzynie, widokach - nie wiedzielismy NIC!!! No seeeeerio... Poczytałam owszem, obczaiłam... ale umówmy się, co Polka z Dolnego Śląska może realnie zrozumieć, nawet umiejac czytac ze zrozumieniem, o małej miejscowości, 8tys mieszkancow w odleglej gminie, 20tys mieszkancow, na północy (a NIE w ŚRODKOWEJ jak uparcie twierdziałam) Szwecji, 50 mil... a nie to wersja szwedzka optymistyczna... 500 kilometrow na polnoc od znanego mi tylko teoretycznie Sztokholmu... NOTHING... (apropos tego pocieszania sie,ze to nie jest JESZCZE polnocna Szwecja... wiekszosc z 9mln Szwedow nie byla na polnocy dalej niz Sztokholm, Uppsala, nooooo ewentualnie Gävle... Jesli wiedza, gdzie lezy Sundsvall albo Umeå - Stolica Kultury Europejskiej 2014 z reszta, zwykle oznacza to, ze albo ich rodzina stad sie wywodzi albo ktos z rodziny uciekajac od zgielku miejskiego zycia w stolicy czy innym miescie Szwecji przeprowadzil sie na Polnoc... wiec niestety w pojeciu szwedzkim, to jest gleboka polnoc kraju; mimo, ze nad nami jeszcze 60mil = 600km do kola podbiegunowego i ponad 100mil Szwecji, prawie tyle co w druga strone... taki kraj, dlugi, waski i na polnocy slabo zaludniony... masakra... i co ja robie tuuuu... uuu...)

Skoro nie uczucia szukanie lub podazanie za nim ani odwieczna tesknota do szwedzkich polnocnych stepow mnie tu zagnala, co skłoniło mnie do tego wielkiego kroku??? Uczucie nie... ale jednak w pewnym sensie tak. Bo... 

....................

RODZINA

* MONSZ

Z moim drogim aktualnym menszem wychowaliśmy się oboje w miescie w polskiej perspektywy sredniej wielkosci, Legnicy. Dorastalismy w końcówce lat 70-tych (monsz) i w latach 80-tych (ja, mloda dzierlatka ;)) jak większość naszych rówieśników wśród starych kamienic. Moja skromna osoba - na legnickim Zakaczawiu...

 

Monsz dorastal na Dzielnicy Cudów zwanej też Trójkątem Bermudzkim. Ulica zwala sie Nowy Swiat... cooooz...

Czas wolny, z braku kompa, konsoli, netu i innych atrakcji spedzalismy glownie na podwórku - studni, w najlepszym razie z powycieranym, zadeptanym trawnikiem, w najgorszym zakurzonym klepiskiem i z zardzewiałym trzepakiem jako atrakcją główną. Ja pod rozwalającym się, obdrapanym balkonem kolezanki bawiłam się z nia w dom, sklep, wisiałam na jakims trzepaku, skakałam w gume, biegałam po pobliskiej budowie. Mój mąż jako syn rolnika sporo czasu spędził w polu, na traktorze, pomagając przy świniach, kurach, lisach czy karpiach. Mimo teoretycznie mało atrakcyjnych okoliczności - przeżyliśmy i dobrze się bawiliśmy.

Przyszły lata 90-te. Kilkanascie lat trwajace marzenia moich Rodzicow (mieszkajacych od slubu z Rodzicami mojej Mamy i Babcia, w mieszkaniu z piecami, bez lazienki, za to z balia do kapieli i ubikacja na polpietrze...) o własnym M spełniły się i przenieśliśmy się do cudnego, szarego bloku z wielkiej płyty. 

Tesciowie tez chcieli tego doswiadczyc, wiec kilka lat pozniej kupili, juz na wolnym rynku mieszkanie w podobnym bloku... I tak zamieszkaliśmy jak się okazało kilkaset metrów od siebie...Kto zna socialistyczne blokowiska (patrz serial Alternatywy 4...) ten wie, ze zwykle pozbawione były takich luksusów jak podwórko, że o chodniku czy wyasfaltowanej ulicy nie wspomnę, one byly robione po jakims czasie, jak juz wszyscy mieszkali i nauczyli sie skakac po plytach miedzy kaluzami i zawsze miec albo drugie buty w torbie albo scierke do wytarcia butow z blota... To byly czasy. Ale lazienka w koncu byla, kibelek w domu, kafelki zdobyczne, ktore czekaly kilka lat w koncu zostaly polozone, w ciemno kupione meble kuchenne (biale z czerwonymi uchwytami) zostaly powieszone. Pokoje rozdzielone, nie za wielkie, ale wlasne... Wyroslismy juz troche z biegania po podworku, wiecej lekcji bylo i nauki...

Przeskoczmy parę lat w czasie, rok '99, ślub... Z wyboru, choc niby jeszcze tacy mlodzi, ja 22, monsz 25 lat... U Tesciow w rodzinie mieszkan sie nie pozbywa, wiec "dostajemy" do dyspozycji "własne" 52m2. 2 pokoje szczęscia rodzinnego. Ta sama Dzielnica Cudów, która mi mensza wychowała... tylko juz zdecydowanie mnie sympatyczna. Miłe i niegroźne pijaczki zniknęły zastąpione awanturującym się sąsiadem z tatuażem na twarzy i smierdzacymi pijakami. Podwórko jak było zniszczone tak pozostało, doszły zaparkowane wszędzie auta, bo każdy Polak biedny, ale auto ma oraz kupy psów... Mniami, nic tylko wpuścić tam malucha... Maluch rośnie, zaczyna być samodzielny. Szkoła niedaleko... Ale strach puścić go za róg. Raz, że dzielnica... dwa, że kilka przejść po drodze... a to plac boju pieszy kontra auta... Więc podwozimy, odbieramy.

Marzymy o własnym kącie. Kilku kątach. Nowszych, ładniejszych, NASZYCH. Użyczonemu koniowi się w zęby nie zagląda... ale inwestowanie w nie w swoje nas męczyło a bez inwestycji nie dało się mieszkać. Idziemy do banku. Kredyt na upartego moooooże... ale tylko we frankach. I na wieeeele lat... Ja na stażu, potem pierwsza praca na etacie ale pieniążki niewielkie... Trzeba się przemęczyć dalej. Jest juz ekonomicznie lepiej niż kiedy studiowałam i żyliśmy z jednej pensji licząc każdy grosz. Ale nie aż tak swobodnie. Rokowania na przyszłość są... ale to za dobrych parę lat... A my juz nie chcemy czekac... marzy nam sie danie dziecku innego dziecinstwa, wlasnego pokoju, domu, podworka...

Tymczasem interes mensza i Rodziców funkcjonuje coraz gorzej. Tak w zakresie porozumiewania się Rodziny, braku wspólnych celów, priorytetów i sposobów działania jak i konkurencji coraz bardziej ekspansywnych marketów. Tu poznajemy los pracodawcy, którego i niektorzy pracownicy i klienci usiłują oszukać albo okraść, którego każdy zatrudniony kosztuje dużo więcej niż sama pensja. Kto nie mial nigdy pracownikow, nie wie jak tojest od tej drugiej storny barykady...

W końcu zapada decyzja - zamykaja. Po ponad 10 latach pracy na swoim monsz zaczyna szukać pracy. Nowicjusz mimo 30tki na karku. Po kilku miesiącach udaje się. Ale po kolejnych kilku okazuje się, że miła atmosfera jest przykrywką dla ... nie uzywajmy moze wielkich slow, ale wykorzystywania, eksploatowania pracowników. Ci, co nie mają Rodzin, prywatnego życia, siedzą w firmie popołudniami, wieczorami, w weekendy. Pracuja, dobrze sie bawia, czasem szef jakas whisky postawi po czasie pracy... Ci co tego nie robią - w zwykłym czasie pracy nie nadążąją z setkami spraw. Zaczęły się bóle brzucha, nieprzespane noce, stres... OOOOO nie, tak się nie bawimy... To jest moja działka, wypalenie, depresja, lęk ale W PRACY, nie w DOMU...

To wszystko razem przyśpiesza naszą decyzję, czas poszukać spokojniejszego miejsca na ziemi, oddechu... Zaczac od nowa... Tylko czy to aby nie będzie ucieczka. Wpadnięcie z deszczu pod rynne? Ale jesteśmy wciaz mlodzi, silni, pełni optymizmu, nadziei na przyszłość. Przecież nie jedziemy w ciemno. Ja będę miała pracę, kurs językowy. I przecież wiedzą, że przyjadę z rodziną... na pewno pomogą coś znaleźć mężowi... O naiwności... Ale to już też inna historia.

Ciężko zostawić Rodziców, Dziadków, Teściów... na taką odległość spotkania będą rzadkie... z drugiej strony czujemy, że musimy rozwinąć skrzydła, stanąć na własnych nogach, zacząć żyć na swój rozrachunek. A to w tym samym mieście co cała Rodzina nie było do końca możliwe. Za dużo zależności, powinności... Monsz latami pracował z Rodziną, najpierw jako podwładny, potem współszef, ale nie poprawiło to ich relacji. Ja wyjechałam na studia daleeeeeko a potem wróciłam... I jednak czułam, że się muszę geograficznie oddalić, żeby dorosnąc. Wiecie jak to jest?

Brak nam ich. Na codzień jest mail, Skype, z Teściową to nawet Facebook (a co, zdolna jest :) ). Czuje się tą straszną odległość przy różnych okazjach, Dniach Matki, Dziecka, Ojca, urodzinach, imieninach... ale najbardziej i najbolesniej, kiedy ktoś zachoruje lub kiedy... ktoś umiera...

Jednak nie wróciłabym do Polski. Ten wyjazd wiele nas nauczył o nas, o naszej wytrzymałości, o naszej miłości i sile naszej małej Rodziny. O tym, ze mimo przeciwnosci radzimy sobie. I ze na przyjaciol czasami mozna liczyc jak na Rodzine... a nawet bardziej... Ot, taka refleksja ale naprawde, choc nie byla emigracja moim wielkim zrealizowanym marzeniem i wiele nasz kosztowala nerwow, byla sluszna decyzja... 

Wrocmy jednak do Rodziny...

....................

 * SYN

Jak wspomniałam mamy syna.

To kochany, mądry chłopak, ciekawy świata, mający poczucie humoru i trzeźwą ocenę tego co sie dzieje, jak na osobke w swoim niezaaawansowanym wieku. Nie jest pozbawiony wad ;) ale kto jest, niech podniesie rękę... Ktoś??? Może jednak??? ... (Ja, weź mnie... wez mnie... CIIII!!!)... no właśnie... Nie widzę. Ale nie te jego wady a pewne trudności przyczyniły się też do decyzji o zmianie kraju zyciowego. 

Mlody rozwijał się szybko motorycznie przez pierwszy rok. Zaczął chodzić zanim skończył 10 miesięcy i rozumku nabrał. Wspinał się, biegał, przewracał, był wszędzie, przycinał sobie paluszki, rozwalał nos i takie tam... Ale prawie nic nie mówił. Gaworzył, śmiał się, perorował ale tylko po swojemu, dadikowemu. Mając ponad dwa lata składał proste zdania, ale wciąż po bardziej po swojemu, niz po polskiemu. My, Rodzice, bedac z nim na codzien, rozumieliśmy, ale już otoczenie nie bardzo. Mając 3-4 lata mówił nieco wiecej, ale bardzo niewyraźnie, więc zaczęły się regularne ćwiczenia z logopedą. Efekty były, ale powoli i stwierdzono, że jest dzieckiem z grupy ryzyka dysleksji.

Urodzony w grudniu miał szczęście, że dzieci wtedy zaczynały klasę 1 mając rocznikowo 7 lat, a nie 6. Pecha bo miał i tak tylko 6 lat i 9 miesięcy i choć został dopuszczony do rozpoczęcia szkoły, to nie był do niej jeszcze dojrzały emocjonalnie. Pierwsze miesiące były koszmarem. Nie potrafił się skoncentrować, wysiedzieć, zwłaszcza gdy zmęczony po szkole musiał usiąść do robienia lekcji popołudniu. KOSZMAR... Siedzenie godzinami, nasze nerwy, zastanawianie się, czy to może my coś źle robimy, płacz i złośc dziecka... wydawał się wciąż taki mały i bezradny w tym... 

Teraz już wiemy, że jego inteligencja jest najzupełniej w porządku, ba, no wiedzialismy to zawsze, tak jak pisałam to mądry chłopak, to sie czuje, ale teraz mamy to też czarno na białym. Ale jak sie okazalo przeczucie i zawodowy nos mnie nie mylily, okazalo sie, ze ma problemy z pamięcia roboczą i koncentrację, słucha ale nie zawsze słyszy i rejestruje to co sie do niego mowi, zwlaszcza jesli mowi sie za duzo i za szybko. Lepiej widzi, zapamietuje bodzce wzrokowe... ale w natloku informacji zwyczajnie czasami sie wylacza, zawiesza jak Windows... I nie pamięta po chwili co usłyszał albo zobaczyl. Gdyby nie przyjazd do Szwecji i tez moja praca tutaj z doroslymi pacjentami z podobnymi trudnosciami od dziecinstwa, nie otworzyłyby mi się oczy. Teraz gdy wiemy my i szkola, mozemy lepiej mu pomoc. Nie chcemy go chowac przed swiatem, ale nie chcemy tez, by swiat go osaczyl i zniszczyl. A widzac wielu doroslych z problemami, depresja, lekami, wypaleniem, ciesze sie, ze mojemu synowi uda sie tego uniknac...

Poza tym... można wieszać psy na szwedzkiej szkole za wiele rzeczy... tak jak i na polskiej... Można uważać, że szwedzka szkoła jest za ospała, słaba, nie uczy w takim tempie jak polska, uczniowie nie są obkuci w detale z geografii, historii, fizyki i innych... nie sa moze tak lotni jak obkuci Polacy... ale czy są przez to gorszymi ludźmi? W czasach gdy prawie każdy ma ze sobą komórkę z dostępem do netu, to co sie ma zainstalowane w glowie odgrywa coraz mniejszą rolę. Coraz wazniejsze jest to co na Zachodzie uczyli sie juz w latach 90tych, trzeba wiedziec, co mam wiedziec i gdzie to moge znalezc...

Za to IMHO szwedzka szkola mniej stawia na indywidualizm, rywalizacje, ta ma moj mlody wbudowana sam z siebie i jakby jeszcze podlewac oliwy do ognia bylby strasznie zestresowany... Szwedzka szkola lepiej niz polska uczy pracy zespołowej, współodpowiedzialności za kolegów, współpracy. I po prostu lepiej IMHO uczy się uczyć czyli szikac wiedzy... I w szkole podstawowej praktycznie nie ma zadanych lekcji do domu, z wszystkim powinno zdazyc sie w czasie zajec szkolnych. Jeśli jest cos zadane, to np. jedna strona matematyki w pn na czwartek... po lekcjach uczeń ma czas odpocząć, pobawić się czy uprawiać sport. Bo mój syn, niezbyt manualnie i fizycznie sprawny, od kilku lat gra w drużynie piłki nożnej latem a ręcznej od jesieni do wiosny. Nie jest orłem, ale nauczył się wiele, wzmocnił, usprawnił. I nikt nigdy nie powiedział, jesteś za słaby, może sobie odpuść. Sport dzieciaków to tu prawie świętość. rodzice jeżdża na zawody, sprzedają ciastka, salami, sery, żeby zarobić na wyjazdy, w trakie meczy serwują kawę, hot dogi, hamburgery, ciasto, ale nie nie, nie charytatywnie, sprzedają, żeby zarobić itd... I mój syn dzięki temu ma kumpli a każdy kto był nastolatkiem wie, jakie to ważne...

Dzieciaki maja tez czas na poglebianie zainteresowan, czytanie tego, co lubia i chca, granie czy jak w naszym przypadku na nauke jezyka ojczystego, historii, goegrafii Polski... Dopiero od zeszlego roku szkole udalo sie mu zorganizowac lekcje u nauczyciela, na odleglosc, przez cos a'la Skype z nauczycielem z Uppsala. I cale szczescie, bo moja wiedza juz nie wystarczala a umiejetnosci pedagogiczne tez zadne. Ma to teraz w czasie szkoly. Lekcji w högstadiet czyli odpowiedniku naszego gimnazjum juz jest tez wiecej. Ale on jest dojrzalszy. Mimo swoich trudnosci ma wiecej poczucia odpowiedzialnosci, stara sie, ogarnia zazwyczaj na tyle,ze wszystko zalicza. Po prostu dojrzal do wiekszej odpowiedzialnosci, albo odpowiedzialnosc jest dopasowana lepiej do stopnia rozwoju dzieci, dzieki czamu Rodzice w mniejszym stopniu musze sie angazowac w szkole, pilnowanie, uczenie, odrabianie lekcji...

Więc podsumowując dla dziecka ta emigracja miała sens. Dała mu spokojniejszy start w dorosłość. Może częsciowo ograniczyła posiadanie przyjaciół bo jednak tak jemu jak i nam zaprzyjaźnianie się ze Szwedami idzie oporniej. Ale ma kilkoro znajomych Polaków i sporo kumpli ze szkoły i drużyny - jak na jego potrzeby raczej wystarcza. Nie wiedzialam, ze szkola szwedzka bedzie dla niego przyjazniejsza, ale taka sie okazala.

Zyskal tez na tym, ze mamy fajny dom, od 5 lat, z masa przestrzeni, z ogrodem, tarasem. Kazdy ma swoj kat i mamy wspolne katy. Takie zycie mi sie marzylo.

Ale nie tylko miloscia, przyroda, uczuciami, szkola dziecka czlowiek zyje. Sa tez bardziej praktyczne aspekty zycia... czyli praca i kasa... 

.....................

* MEDYCYNA - SLUZBA... POWOLANIE... ROZWOJ... SATYSFAKCJA...

Jesli ktos jeszcze nie wyczail jestem lekarzem. O tym, ze pojde na medycyne wiedzialam juz w szkole podstawowej. Mialam swietna nauczycielke biologii, ktora zasiala ziarno zainteresowania tym przedmiotem, dopilnowala, zebym mimo zawalonej olimpiady szkolnej jednak jako jej najlepsza uczennica poszla na etap miejski a potem wojewodzki. Wygralam, wstep do liceum mialam zapewniony. Wybralam klase autorska, jedna z pierwszych takich w Legnicy, wiec musialam i tak zdawac egzaminy ustne.

Z 34 osob w klasie 12 osob poszlo na Akademie Medyczne. Ja 4 lata studiowalam w Bydgoszczy (taaaa... 330km od domu i faceta... wiem... ale jakos przetrwalismy), a po slubie i urodzeniu syna od 2001r. przenioslam sie do Wroclawia. Po skonczonych studiach czekal mnie obowiazkowy staz w szpitalu w Legnicy. W jego trakcie 4 tygodnie w lecie pracowalam w Szptalu Psychiatrycznym w malej miejscowosci pod Legnica, Zlotoryi. Spotkalam tam mlody, prezny zespol lekarzy, swietny personel i miejsce, w ktorym pacjentom bylo latwiej dochodzic do zdrowia. Spodobalo mi sie, okazalo sie, ze umiem rozmawiac ale i sluchac. Dostalam jeszcze przed zakonczeniem stazu propozycje etatu... A warto,zebyscie wiedzieli, ze w tym zawodzie nie jest to oczywistosc. Wiekszosc lekarzy robi specjalizacje w trybie tzw. rezydentury, na ich pensje pieniadze szpial otrzymuje od Ministerstwa, najczesniej jednak za dyzury juz musza placic sami, co robie niechetnie. Rezydenci czesto traktowani sa jak praktykanci z Urzedu Pracy - darmowa vel tania sila robocza... I po zakonczeniu rezydentury czesto, gesto nie ma dla nich miejsca na Oddziale... spora czesc kolego, zwlaszcza w duzych klinicznych szpitalach i na obleganych specjalizacjach czesto dostaje sie dla pozoru 1/8 etatu, pracujac realnie na caly etat a specke robi sie np. otwierajac doktorat, prwadzac badania, uczac studentow, prowadzac pacjentow a po godzinach dorabiajac do pensji z 1/8 etatu, stypendium doktoranckiego i dyzurow.

Dla mlodej lekarki jak ja wtedy etat byl spelnieniem marzen. Pieniadze jak na tak odpowiedzialna i psychicznie obciazajaca prace z samego etatu byly jakie takie, reszte dorabialo sie dyzurami i dodatkowa umowa w poradni. Bo przeciez to SLUZBA... a z czegos zyc trzeba, zakupy robic... Podreczniki kupowac samemu bo obowiazek doksztalcania jest... tylko nie ma zadnego zainteresowania z gory jak sie za to zaplaci. Kursy do specjalizacji, jak juz sie na nie dostaniesz i puszcza Cie z pracy, trzeba oplacic samemu... takie dyrdymaly jak np kurs psychoterapii - oczywiscie na wlasny koszt... Ech...

Kochani... wiele osob wiesza psy na lekarzach. Na pewno czasami nie bez powodu, wsrod lekarzy jak w kazdej grupie zawodowej sa ludzie i taborety. Ale tez wiele wylewanych na lekarzy pomyj jest konsekwencja nie dzialajacego systemu, braku pieniedzy w nim, organizacji, przewidywania, konsekwencji. A brak kasy jest wypadkowa stosunkowo niskich podatkow i braku wspolplacenia. Wiem, wiem ludzi nie stac... ale to jest zwyczajnie fakt... Medycyna sie rozwija, nowe metody kosztuje. A pieniedzy nie przybywa... koldra jest za krotka i za waska... i jeszcze zle polozona... na cos musi zabraknac...

No ale nie o tym mialam... wystarczylo mi 1,5 roku, zeby sie przekonac, ze nie odnajduje sie w tej rzeczywistosci. Chcialam pomagac pacjentom, zajmowac sie nimi a nie walczyc z NFZ czy kombinowac. Lekarze w Polsce moga "sie dorobic", ale kosztem rodziny, czasu wolnego no i skakania z kwiatka na kwiatek miedzy etatami. I czesto kosztem pacjentow. A nie tak wyobrazalam obie prace psychiatry... Wiec choc miejsce, w ktorym pracowalam bylo fajne, z fajnymi kolegami i kolezankami... to nie bylo moje miejsce... Nie moja rzeczywistosc.

Wyjechalam. Szwedzka medycyna tez zmaga sie mimo znacznie wiekszych pieniedzy z ponad 30% podatkow i wspolplacenia (wizyta u specjalisty 300sek), z koniecznoscia oszczedzania i racjonalizacji wydatkow. Ale z jakiego poziomu. Wszystkie kursy, w tym psychoterapii, na koszt pracodawcy z platnym wolnym i dieta, auta sluzbowe, czas na nauke w trakcie pracy, godzina na pacjenta, jak trzeba. Na dobre i na zle pacjent jest partnerem w leczeniu. Wobec niektorych przydaloby sie podejscie polskie, paternalistyczne, ale ogolnie zdecydowanie wole ten tryb pracy. Wsrod lekarzy prawie nie ma hierarchi, wszyscy w Szwecji mowia sobie na Ty ale tez i maja podejscie jak kolega z kolega. Starsi lekarze chetnie dziela sie wiedza, pomagaja, kieruja. Mamy mozliwosc przedluzania recept bez spotykania pacjenta. Recznie nie pisze nic - opisy wizyt dyktuje i pisze je do systemu w komputerze sekretarka medyczna. Recepty wyslam przez Internet. W internecie mnostwo pozytecznych stron, bez ktorych juz nie wyobrazam sobie sprawnej pracy. Itp...

Nawet codzinne zycie jest inne. Monsz dlugo nie mogl znalezc pracy a teraz tez co miesiac przedluzaja mu umowe. Ale zyjemy z dnia na dzien, tu i teraz. Ciesza sie tym co mamy. Mamy piekny dom, zdrowie, wystarczajaca w sumie ilosc pieniedzy, siebie... Po co chciec wiecej???

Nie jest jak w raju. Ale zdecydowanie jest do niego blizej... Juz wiem, ze jesli zycie mnie nie zmusi do wyjazdu czy powrotu do Polski, nie wyjade. Pewnie przeprowadzimy sie za jakis czas na poludnie, blizej cywilizacji, Europy, Polski... Choc to tutaj mamy przyjaciol, znajomych, znowu zapuscilismy przez te ponad 6 lat korzenie... No ale do polskiej rzeczywistosci, patrzac na polskie wiadomosci wracac nie chce. Nie pasuje do polskiego grajdolka. Niestety...

Mam nadzieje, ze juz za kilka miesiecy bede szwedzka obywatelka i jeszcze bardziej poczuje sie czescia tego kraju. Szwedka nigdy nie bede, moje serce jest polskie, nie zrozumiem nigdy niektorych elementow szwedzkosci, ale widze w tym kraju wiecej zalet niz wad i tu chce zyc z moja najblizsza Rodzina. Mimo, ze nie zawsze bylo i bedzie rozowo... ale to ponownie jest material na inna historie...

Kochani... kto  doczytal do konca jest wielki. Rozrosla mi sie ta opowiesc... Pewnie dlatego, ze nie bylo jednego, duzego powodu naszego wyjazdu, ale wlasnie kombinacja okolicznosci... Jestem tu gdzie jestem. I tu zostane. Rozwinelam sie, lubie miejsce w ktorym jestem, lubie sposob, w jaki pracuje i mysle, ze jestem i lepszym czlowiekiem, lekarzem, matka, kobieta dzieki tej emigracji... Tymi wznioslymi slowami... pozwola sobie zakonczyc moja opowiesc... Chyba ostatnia na zamowienie ;) ale i tak ciesze sie, ze to zrobilam.

niedziela, 07 grudnia 2014, zapiski_szwedzkie

Polecane wpisy

Komentarze
2014/12/07 00:38:09
I pomyśleć, ze miałam pójść wcześnie dziś spać.... A odczytałam do samiutkiego końca twój wpis. Chylę czoła przed odwaga życiowa i naprawdę podziwiam. Moja historia wydaje mi sie blada przy twoim tekście . Cieszę sie, ze mamy takie Klubowiczki jak ty i w ogóle super, z mamy nasz Klub i możemy poznać, choćby wirtualnie, tyle ciekawych osób.
Pozdrawiam dziś z Paryża
Nika
-
2014/12/07 10:15:03
Przeczytalam do samego konca :-))) Piszesz szczerze i bez zadnych "krucydolow" (tak mowila Astrid od Pippi L) i upiekszen, wzbudzasz wielkie zaufanie!
Zaciekawil mnie ten Klub i musze tam zajrzec, bo ciekawska jestem.
Moja historia emigracji jest dluga, bo ponad 40-letnia, wiec bardzo dluga.
Podrozowalam wiele po swiecie (jako przyczepka do mensza z powodu jego zawodu) az w koncu zakotwiczylismy tutaj w Szwecji.
Pozdrowienia z Gbg. :-))))
-
2014/12/07 11:16:58
I ja przeczytalem do konca :) pozdrawiam i zycze wszystkiego dobrego
-
2014/12/07 11:41:03
Rozbroiłaś mnie tym: "Jesli wiedza, gdzie lezy Sundsvall albo Ume - Stolica Kultury Europejskiej 2014 z reszta, zwykle oznacza to, ze albo ich rodzina stad sie wywodzi albo ktos z rodziny uciekajac od zgielku miejskiego zycia w stolicy czy innym miescie Szwecji przeprowadzil sie na Polnoc..." :D Ja też w życiu nie słyszałam o istnieniu tych miasteczek, dopóki moja lepsza połówka nie wyskoczyła mi z wiadomością, że się dostał na doktorat w Ume... A moja reakcja najpierw to tylko "coooo? co to w ogóle jest?" a jak już się dowiedziałam, to było "dalej się nie dało?" :D
-
2014/12/07 20:16:07
Hej Aguś, to ja, Monika.
Przeczytałam do końca (jestem wielka!) i widzę, że nie było Ci (Wam) lekko. Ale masz coś w sobie lekkiego, żeby nie powiedzieć luzackiego, co zapewne pomagało Ci i pomaga nadal przetrwać turbulencje.
Na syneczka nie narzekaj, bo go znam i od razu wprawnym okiem pedagoga zobaczyłam w nim fajnego dobrego człowieka.
Ściskam Was mocno i do zobaczenia znów w Sztokholmie
-
2014/12/07 21:11:18
No to tak. Po pierwsze to wspaniała historia i nie umniejszaj sobie :) A potem już tylko się śmiałam, płakałam, potem było mi głupio... Jesteś Aga wielka i odważna, bo nie sztuką pojechać do kogoś, na gotowe (chociaż jak się domyślasz to też nie była łatwa decyzja) a mieć taką siłę w sobie i chęci i po prostu zawalczyć o lepsze życie. Tak, lepsze, bo nie ukrywajmy jest łatwiej i prościej. Kiedy pisałaś o rodzinie a potem o młodym ciurkiem leciały mi łzy, z żalu że nie można inaczej, że tak trzeba, że ta Polska o którą podobno nasi przodkowie krwią walczyli, nas dzisiaj wykopuje do "obcych", że musimy tyle znosić. Zbratałam się z Tobą w tekście :))) Potem było mi głupio, że tak właśnie pluję i narzekam na szwedzką szkołę. Masz racje, dzieci mają dużo więcej możliwości rozwoju, nie takiego po polsku w stylu usiądź i zakuj, a bardziej pomyśl i rozwiń się. Szkoda że tabliczki mnożenia nie nauczą ;)
Generalnie piękna historia i dzielna jesteś i tyle! A na północ bardzo mi się marzy pojechać. Póki co tak jak piszesz, najdalej do Gävle ale jest nadzieja, O. ma rodzinę w Lule...

ściskam Cię mocno i wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, dla młodego za wczoraj a dla Ciebie za dzisiaj <3
-
Gość: Ania, *.it12.pl
2014/12/07 21:15:22
Hejka.Od pewnego czasu czytam Twój blog a ten wpis przeczytałam ze szczególną ciekawością. Też jestem psychiatrą. Od kilku miesięcy rozważamy z mężem emigrację do Szwecji. Oczywiście mam szereg obaw, strachów, pytań ale z drugiej strony ciągnie mnie tam, chciałabym zacząć coś nowego. Chciałbym z Tobą trochę pomailować, popytać o różne rzeczy.Gdybyś zechciała :) to podaję mój mail: klimta@tlen.pl
-
2014/12/07 22:34:07
Kobieto mozesz byc z siebie dumna, wsparcie i zrozumienie ze strony najblizszych i wspolne dazenie do celow to to czego potrzeba aby dac osbie rade w nowych warunkach. Mlode pokolenie faktycznie wykorzystuje te szanse jakie tu ma i znajac kilka jezykow ma droge otwarta jak tylko checi sie znajda. Na tej drodze zawodowej nie ma zadnych przystankow ani odpoczynku, trzeba to miec na uwadze i dobrze zaplanowac i dobrze rozlozyc sily. Zycze powodzenia z pozdrowieniem z jeszcze dalszej polnocy ...
-
2014/12/07 22:55:22
Przede wszystkim to wszystkim, ktorzy doczytali do konca i jeszcze zostawili slad swojej obecnosci serdecznie dziekuje. Jak widzicie pisze nieregularnie, mam zrywy i okresu niejozy. Dzieki Klubowi sie zmobilizowalam, zeby ten temat przemyslec i napisac, wymodzic cos z tego. Chyba z 4 popoludnia mi to zajelo plus kawalek piatku w pracy bo byl wyjatkowo spokojny... chyba jednak byla warto.

Nika. Ja nigdy nie chodze wczesnie spac, haha... niewazne co ucze swoich pacjentow. Za to wstawanie rano....ooo booooli... w tygodniu nie ma bata, zegarek dzwoni trzeba wstawac. Ale w weekend to jeeeeeeszcze chwileczke... Zadna historia nie jest blada. Sa tylko te bardziej romantyczne i pragmatyczne, gornolotne i zyciowe... Paaaaryz... Widzialam 2x z gory wieze Eiffla, podwietlona pieknie. Na pewno i tam kiedys dotre, jedno z marzen...

Kristofka, dzieki kochana wierna czytelniczko. Haha krucydolow, dobre, nie znalam. Bo ja chyba generalnie jestem konkretna... choc i romantyczna... Zajrzyj koniecznie do Klubu, wiele fajnych historii mozna tam poczytac z wieeeelu krajow. Maz dyplomata???

Obroni, dzieki :) milo miec meskiego czytelnika ;) choc nie wiem kim jestes nic blizej.

Gabi - hahaha no ale powiedz, nie jest tak?? To ze w Polsce nikt nie slyszal o tych miejscach jeszcze rozumiem. ALe wielokroc bedac np. na kursach w pld Szwecji spotykalam sie z tym, ze nie wiedzieli nic a nic o 2/3 swojego kraju. Przy sporej dozie szacunku do szwedzkiej szkoly, to juz troszke wieje ignorancja. No ale jak tu zyje 1/10 Szwedow, powyzej Sztokholmu, to w sumie kto by sie interesowal taka mala iloscia ludzi... zmiesciliby sie w 1 porzadniejszym polskim miescie... Dalej mieszkacie w Ume?

Tjenare Moniko ;) czekalam na Ciebie. Nooo bywalo ciezko. Ale jak sie powiedzialo A trzeba bylo powiedziec Ą i B i tak dalej... I nie zawsze na goraco udawalo sie luzackie podejscie zachowywac caly czas. Duzo nerwow mi Radka brak pracy naszarpal... a potem jak odpuscilismy to jakos samo sie zaczelo toczyc... ACT sie klania czyli Acceptance and commitment therapy - i to co sie nauczylam, ze zakceptowac nie oznacza poddac sie ale nauczyc sie zyc tu i teraz i dzieki temu zaczac widziec rozwiazania...

Karolina... zadna decyzja nie jest latwa. Ty tez nie jechalas przecez na gotowe. Bo nikt nie byl w stanie Cie na wszystko z czym emigracja sie wiaze przygotowac, wszystkiego Cie nauczyc, jezyka, kultury, odbioru ludzi... Tak, mialam sile, dzieki moim chopakom i milosci. Ona naprawde potrafi i dodac skrzydel i zaslepic na problemy ;) ale w pozytywnym sensie, daje naped, zeby sie jakos przez problemy przebic jak sie nie da wszystkiego rozwiazac. Mam nadzieje,ze to byly jednak pozytywne lzy ;) Polske kocham i bede kochac... ale czasami Polski i Polakow nie rozumiem. My chyba sie odnajduje w walce przeciw zewnetrznemu wrogowi, a jak go brak zrzeraja sami siebie... I baaardzo przepraszam, moj syn tabliczke mnozenia umie i nie tylko dzieki mnie, w szkole mellanstadiet mial swietna, starej daty nauczycielke i wszystkie dzieci zapracowaly sobie na multiplikationskörkort ;)

Ania, masz wielka przyszlosc jako psychiatra w Szwecji. Na strachy zaradzimy porcja wiedzy, choc ja i tak wszystkiego Ci nie powiem, bo kazdy jest inny, ma inna rodzine, oczekiwania, potrzeby. Ale co bede mogla to pomoge, bo kiedys mnie tez ludzie pomogli i przed przyjazdem i po, splacac dlugi trzeba ;) puszcze Ci maila.
-
2014/12/07 22:58:18
Mamarian, dzieki. Tak moja praca wymaga wiele sil psychicznych glownie. Jest nieraz umniejszana przez innych doktorow, bo jaaaaak to tylko tylu pacjentow na dzien? Ale sa dni kiedy cala moja energia i jeszcze troche zostaje w pracy... Mam nadzieje,ze dzieki naszym wojazom moj mlody bedzie juz obywatelem swiata. Nooo choc mam nadzieje,ze choc mama kwoka nie jestem to jednak nie wyjedzie mi do jakiejs Nowej Zelandii czy na Floryde ;) wnuki bym chciala czasem widywac, a on jest jedyna szansa. Skad piszesz???
-
Gość: Ola, *.static.arv.siw.siwnet.net
2014/12/08 09:52:05
Hejsan:) ja też doczytałam, nawet na telefonie. Nie zgadzam się w temacie szkoły, ale każdy ma inną historię i aspiracje. Może jak moi synowie dorosną do tego wieku też będę się z niej cieszyć (bo będzie czas na polską szkołę popołudniami :) )
Zaintrygowało mnie Twoje dobre zdanie o służbie zdrowia. Jesteś ekspertem w końcu, więc ono mnie cieszy. Bo moje jest także kiepskie - dostanie się do lekarza graniczy z cudem, z mojej perspektywy. Jak masz problem i pójdziesz do vrdcentralen spotkasz się co najwyżej z pielęgniarką a ta powie, żebyś kupiła alvedon (tutejszy paracetamol)... Przy okazji ciąży udało mi się wymóc konsultację z LEKARZEM, miała mi przysłać skierowanie do kardiologa i nic. Teraz nie mam szans do niej się dobić, bo najpierw muszę do pielęgniary, tę muszę potem przekonać że jednak chcę do internisty i potem może wreszcie do kardiologa... Chyba znowu muszę załatwić sprawy medyczne jak będę w Polsce :/
-
2014/12/08 10:11:09
Tu jeszcze raz ja :)
mam pytanie, czytałaś książkę Macieja Zaremby o szwedzkiej służbie zdrowia?
zgadzasz się z jego wizją?

pozdrawiam z POŁUDNIA (Malmo)
-
2014/12/08 18:27:11
Także przeczytałam do końca :)
Zastanawiam się - ile czasu zajęła Ci nauka języka ?
I jak odnajdujesz się w sytuacjach społecznych ? Mi bardzo brakuje możliwości takiego swobodnego rozmawiania po polsku... nasz język jest tak piękny, z tymi wszystkimi możliwościami słowotwórstwa, z kulturowym dziedzictwem... po prostu brakuje mi normalnych, swobodnych rozmów (mimo że znam język szwedzki)
-
2014/12/08 22:40:18
Ola, mysle, ze zalezy to i od wieku i zajec dodatkowych dzieci i oczekiwan.
Z lekarzami jest jak z wszystkim innymi ludzmi, jedni sa slowni i odpwiedzialni, inni nie sa. Poza tym wiele miejsc, tak vrdcentrali jak i oddzialow ma problem z obsada, czesto jada sztafetami i oni maja bardzo rozny poziom. Niektorzy odwalaja swoje i spadaja, inni naprawde wysilaja sie ile moga, pracuja po godzinach, bylby zdazyc. Nie wyobrazasz sobie ile czasami jedna wizyta, jeden pacjent oznacza dodatkowej roboty potem... to nie jest tylko wypisanie recepty, zwolnienia czy zaswiadczenia... Takze ciezko mi sie wypowiadac. Na pewno nie jest perfekcyjnie, ale IMHO lepiej niz z wielu miejscach w Polsce. Ale i w Polsce sa swietne miejsca i ludzi i w Szwecji beznadziejni.
Co do koniecznosci widzenia lekarza w ciazy... nie wiem czy mialas wskazania. Generalnie to w normalnej ciazy NIE ma koniecznosci robienia wciaz USG ani spotykania co miesiac lekarza... W Polsce przeciez tez od reki nie dostaniesz sie do kardiologa, chyba ze prywatnie, a jak dostaniesz skierwanie mozesz nie zdazyc w kolejce w czasie ciazy ;)
Ksiazke czytalam a raczej chyba artykuly masz na mysli. Oddaja wiele prawdy ale jednak w puntu widzenia laika w dziedzinie zdrowia i medycyny, choc niezle obczytanego. Ale facet sympatyczne robi wrazenie, spotkalam go na zywo na kursie szwedzkiego w Wawie.
-
2014/12/08 22:48:16
yogainstockholm... kurs w Wawe trwal 6,5 miesiaca intensywnej nauki. Od pn kolo 10 do pt do lunchu, plus czesto popoludnia, jakies pokazy filmow, wspolne wyjscia tylko z mowieniem po szwedzku. No i wkuwanie slowek cale popoludnia. Dalo to na tyle dobry poziom, zeby sie komunikowac po przyjezdze i radzic sobie w prostych sprawach plus troche jezyka medycznego. Ale potem zajelo jeszcze z 2 lata zanim sie czulam w miaaare swobodnie - ale to jest proces, ja wciaz sie ucze nowych slow, zwrotow, wiele obszarow jezykowych jest niezbadanych. Dzis np. nauczylam sie jak po szwedzku nazywa sie zuzel ;) hehe. Mam wspanialych kolegow, jak nie moge sie dogadac podpowiedza, a w ogole maja do mnie anielska cierpliwosc. No w sytuacjach spolecznych jest roznie. Jezykowo jest zwykle ok. jesli widza,ze nie rozumiem, wyjasniaja ale niektorych rzeczy no nieeee da sie zalapac... bo dotycza filmow,rzeczy z dziecinstwa, wspomnien. Ale mi to nie przeszkadza. Ja im opowiadam o polskich rzeczach, oni mi o szwedzkich. I tak nawzajem poszerzamy swoje horyzonty. I czasami mamy ze soba wesolo ;) byloby mi z tego powodu bardzo ciezko ich zostawic...
-
2014/12/09 16:26:00
Kobieto!
Jestem wypalona, więc jak zobaczyłam masę tekstu, byłam pewna, że nie doczytam. Bralam na dwa razy a przerwa była torturą!
Niewiele tych klubowych historii przeczytałam ale bardzo ciekawi mnie jak inni żyją Szwecją. Ja się przeprowadzałąm tutaj dwa razy, bo mi się za pierwszym nie bardzo spodobał listopad. I dwójka dzieci ukochanego, oba z adhd a jedno do tego z lindrig utvecklingsstörning. Ale uczucie było, i nadal jest silniejsze. Eh, ta historia nie pasowała za bardzo do klubu.
Mniejsza o to. Miało być o Twojej historii! To jak spodziewać się kanapki a dostać obiad z pięciu dań! Uczta prawdziwa. Każde zdanie na temat i takie odważnie i prostolinijnie szczere.
Dzięki! Ka
-
2014/12/09 21:23:14
Kasia, jaka wypalona... prosze mi tu juz sie nie wypalac, szukac inspiracji, radosci zycia, energii we wszystkim. Buziaki. Ciesze sie,ze dalas rade doczytac, ze sie nie przezerlas, haha i nie umarlas z tych tortur przerywania. Bo czasem dobra kanapeczka lepsza niz kiepski obiad, ciesze sie,ze nie tym razem...

Listopad w Szwecji nie moze sie podobac NIKOMU chyba ze w tych latach jak w listopadzie juz bylo bialo. Ale nie rok temu i nie w tym roku. Ja zawsze z utesknieniem czekam na grudzien, adwent i swiatelka i lampeczki, z kazdym rokiem mam ich wiecej w domu.

Kazda historia pasuje do klubu, jak widzisz. Moje dziecie ma ADD i problemy z arbetsminne i z percepcja audytywna czyli slucha a nie slyszy. Buziaki przesylam z dalekiej Polnocy.
-
2014/12/09 22:46:34
Dziękuję za odpowiedź :)

potrzebowałam lekarza w ciąży bo miałam przez kilka tygodni niesłabnący kaszel i aż dostawałam skurczów... a drupi powód to tachykardia, która mi się dawała we znaki (siedzę przy biurku i nagle serce - ni z tego ni z owego - zaczyna walić jak po jakimś mega sprincie)... bałam się że tak się stanie przy porodzie i CO WTEDY

baba internistka zmierzyła mi puls... uwaga... palcami na nadgarstku... po czym powiedziała "nic podejrzanego nie widzę"

:/
-
2014/12/09 22:53:15
Tacykardia akurat niekoniecznie wymagala kardiologa ;) mogly byc to wahania hormonow, ciazowe zwiekszenie ilosci krwi w ukladzie krazenia a raczej objetosci plynow, jakies male zaburzenia elektrolitowe, nerwy... wiec moze kardiolog od razu nie, ale distriksläkare albo ginekolog madry by sie przydal... No jak mowilam, lekarze sa rozni. Z moich decyzji tez nie wszyscy pacjenci sa zadowoleni ;)