KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
Blog > Komentarze do wpisu

5 WAŻNYCH DLA MNIE MIEJSC

Jako, że od wielu wieeeelu miesięcy o ile nie lat ogarnęła mnie ogromna niemoc twórcza - wpisów na tym moim blogu tyle, co na lekarstwo. Nie zdziwicie się więc chyba tym, że piszę dla Was znowu w ramach projektu KLUBU POLKI NA OBCZYŹNIE. Tym razem jesiennego, pażdziernikowego  Nie głosowałam na ten temat, bo jakoś nie bardzo go czułam. Ale na naszym klubowym forum podyskutowałyśmy, dziewczyny rzuciły przykładami i podjęłam decyzję - piszę.

Wybierając termin nie do końca udało mi się zrobić to strategicznie, haha. W zeszły przedłużony
urlopem weekend byliśmy bowiem na 3-dniowym wypadzie w Polsce, w Legnicy m.in. na spotkaniu sporej części mojej klasy licealnej w 20 lat po maturze. Było szybko, intensywnie ale przyjemnie aż do wtorku wieczorem i powrotu do domu. No i w środę do pracy, oczywiście... A jak się jest najważniejszym bo i jedynym stałym psychiatrą w komunie czyli tutejszej gminie, są takich nieobecności bolesne konsekwencje. Okazało się więc, że czekają już na mnie tupiąc nóżkami ogromne administracyjne zaległości, które po 3 dniach pracy z ok. 4h nagodzin odrobiłam w może 90%. Weekend więc mimo dyżuru pod telefonem jawił się jako
czas na odpoczynek, nadrobienie obowiązków domowych i rozpoczęcie pakowania - bo za tydzień wyjezdżam z domu, najpierw na tydzień sztafety a potem 2 tygodnie wakacji pod palmami...

No ale cóż słowo się rzekło, kobyłka u płota. Trzeba popisać. Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytacie o moich 5 ulubionych, najważniejszych dla mnie w życiu, czasie i przestrzeni miejscach... Będzie dużo miodku, mała łyżka dziegdziu pod koniec, za który mam nadzieję, nie dostanę po głowie... Prześledziłam w tzw. międzyczasie wcześniejsze wpisy, które znajdziecie na BLOGU KLUBU jak i na naszym FUNPAGE jestem więc gotowa rozpocząć.

MOJE MIASTO RODZINNE - LEGNICA

Na czoło listy miejsc wysunęło się to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło i szkoła i miłość do zawodu lekarskiego i miłość mojego życia i rodzina i dziecko... LEGNICA. Moje, nasze miasto rodzinne. Co prawda w naszej małej rodzinie tylko ja urodziłam się w tym mieście, moi Panowie z powodu różnych okoliczności życiowych na świat przyszli we Wrocławiu – ten duży i w Lubinie – ten nieco mniejszy. Ale to tu wszyscy aż do podjęcia decyzji o emigracji żyliśmy i budowaliśmy swoje osobowości, najpierw osobno, potem razem - we dwoje i w końcu we troje.

Kiedyś wydawało mi się, że Legnica jest ogromna, z czasem i odwiedzonymi różnymi miejscami na świecie, zmalała. Kiedyś szara, socialistyczna, pełna radzieckich żołnierzy, podzielona murem na strefę dla nich i ich rodzin i dla Polaków. Kwadrat opustoszał, ludność miasta zmniejszyła się chyba o połowę, pojawiła się wolność a z nią kolorowy odnowionych kamienic, szkół wyższych, świat supermarketów i galerii handlowych. Niestety z powodu bezrobocia i trochę braku perspektyw ta jej nowa, może ładniejsza strona nie dla wszystkich jest dostępna. Wielu młodych wyjeżdż w Polskę lub w świat, jak my, szukać szczęścia.

Lecz choć życie w Legnicy na codzień łatwe nie jest to jednak jako emigranci wiadomo, mamy wszyscy sentyment do tego miasta. Ja osobiście nieraz tęsknie za nim... i za każdym razem jak tam jestem czuję się, jakbym wróciła do domu. Miasto żyje, zmienia się ale wciąż znajduję stare, znane, wielokrotnie widziane kąty, uliczki, moje szkoły, park, dom rodzinny, dworzec, zabytki. Ze wzruszeniem oglądam filmy dziejące się w moim mieście jak Mała Moskwa czy odcinki kręconego na Dolnym Śląsku serialu kryminalnego Komisja Morderstw

RODZINA i DOM

Skoro miasto rodzinne jest ważne, to i RODZINA. A jeśli rodzina, do ważny jest dla
mnie DOM naszej rodziny. Miejsce gdzie mieszkamy, jesteśmy razem w moim Menszem i Synem.

Na początku, po ślubie mieszkaliśmy na szczęście od razu razem i sami, choć nie do końca na swoim a w mieszkaniu pożyczonym od Brata mojego Mensza. Najważniejsze było, że mogliśmy uczyć się siebie niezakłócani wtrącaniem się eeee... to znaczy zawsze dobrymi radami Rodziny.

W 2007 nastał przełomowy moment, gdy poczuliśmy, że albo musimy się zafrankować i kupić własne 4, 8 czy 12 kątów albo jedziemy szukać szczęścia w nowym miejscu, za granicą. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o wynajęte mieszkanko w Warszawie w bloku z 15 latkami i 10 piętrami oraz pełną anonimowością mieszkańców, brrr... Nie chciałabym mieszkać tak na stałe, szczerze współczuję tym, którzy nie mają wyboru.

W końcu nastąpiła przeprowadzka i niecały rok mieszkania w wynajętym mieszkaniu na obczyżnie. Ciepłe, suche, świeże, duże. Własna sypialnia z łóżkiem małżeńskim, pierwszy raz w naszym związku.... Pewnie zostalibyśmy w nim dłużej, gdyby nie jego położenie w miejscu o bardzo ograniczonym dostępie do światła i słońca nawet w środku lata no i dostępem do sygnału z satelity z polską tv było kiepsko. Haha żartuję, to były tylko elementy dodatkowe.

Tak naprawdę chcieliśmy w końcu mieć coś swojego, własnego, dom, miejsce do wychowywania dziecka, a nawet wtedy jeszcze wciąż będących w planach dzieci, miejsce do biegania dla kotów, do życia, imprez, grillów, badtunny - po prostu DOM przez duże D.

Zakochałam się w naszym domku od pierwszego wejrzenia i choć był dla nas troche za duży i za drogi, był nasz po licytacji i podpisaniu umowy już po 4 miesiącach od pierwszego w nim kroku. Jest z nim dużo przestrzeni, powietrze. Nigdy nie sądziłam, że będę się tak dobrze czuła w jasnych wnętrzach – ścianach pokrytych bieloną boazerią i szarymi tapetami. Styl skandynawski w kraju dającym dużo mniej słońca i światła niż Polska ma swój sens i niewątpliwe zalety.

Dom jest świetnie położony, słońca jest maksymalnie jak dużo się da w tym kraju i tej jego części, jest ciepły, przytulny, nasz. A od remontu po porzaże ma też piękny, efektywny i efektowny kominek, grzejący nad od października do maja a czasami nawet i czerwca ;-)

Nie wiem czy zostaniemy tu do końca życia, pewnie nie, ale jestem szczęśliwa, że go teraz mamy. A gdzie nas los kiedyś za parę może lat poniesie? Zobaczymy. Może będzie to znowu dom? A może mieszkanie – wtedy koniecznie z dużym balkonem, tarasem, chętnie też zaszklonym albo małym ogródkiem i do tego by kontakt z przyrodą mieć koniecznie kamper, nasze marzenie, które może już za rok się sprawdzi???

ROTSIDAN

Skoro wspomniałam o kontakcie z przyrodą kolejnym moim ulubionym miejscem, moim smultronställe jest ROTSIDAN, o którym już nie raz i nie dwa tu na blogu wspominałam.

Polska jest bardzo piękna, Pieniny, Karkonosze, Bałtyk i nasze piękne plaże, Mazury i jeszcze więcej. I polskie miasta – kocham odwiedzać Wrocław, Trójmiasto, Kraków. Wiecie, ze wsi szwedzkiej do polskiego miasta, imprezka, zakupy, miooooodziooo.

Jednak moje serce po przyjeździe do Szwecji skradły miejsca tutaj, bo przyroda jest tu niewyobrażalnie dzika i piękna. A ja przy mojej pracy, gdy nieraz słyszę bardzo smutne, tragiczne, trudne historie moich pacjentów potrzebuję się od czasu do czasu odnaleźć na nowo w spokoju i uroku Norrland.

Jakieś 4 lata temu odkryliśmy właśnie Rotsidan (opisaną m.in. we wpisie Klubowym o 5 moich ulubionych miejscach w Norrland) - naszą perełkę. Rezerwat natury z piękną, dziką, kamienną plażą na tymże samym co polskie plaże Bałtykiem.

Jest niby blisko jednak nie mogę tam jeździć w te weekendy gdy pracuję z domu pod telefonem, bo zasięg pojawia się i znika. A baaaardzo bardzo szkoda. Bo ostatnio pracowałam tak prawie co 2 weekend. A teraz już jesień i Rotsidan przez pół roku będzie niedostępne... Prawie wszyscy nasi znajomi ulegają urokowi tego miejsca. Jego spokoju, pustki, bliskości żywiołow, skały, wiatru, wody. Ech. Byle do wiosny, jak śniegi stopnieją i będzi można pojechać z termosikiem, kocykiem i leżaczkiem. Z mężem i z synem i z każdym odwiedzającym nas na dłużej kolegą, koleżanką czy przyjacielem/przyjaciółką/przyjaciółmi. Zapraszam wszystkich Was moi niezbyt liczni czytelnicy, jeśli wybierzecie się do mnie między wiosną a jesienią, postaram się Was tam zabrać...

WAKACJE - WYSPY ZE SŁOŃCEM

Takie małe chwile relaksu od codzienności są ważne, ale sami na pewno wiecie, jak ważne są chwile całkowitego oderwania się od niej, odreagowania, życia w zwolnionym trybie. Mówię oczywiście o urlopie, wakacjach. Kiedyś moim absolutnie ulubionym miejsce wakacyjnym było polskie morze, polskie plaże, woda, słońce. Niestety istnieje spore ryzyko, że zamiast ciepła i słońca Bałtyk zaoferuje wiatr, deszcz, zimno.

Dlatego choć plaża i woda zdecydowanie pozostały moim ulubionym sposobem spędzania wakacji to od kilku już lat ulubionym miejsce som cieplejsze wody i piaski Wysp Kanaryjskich. Pierwsze było Lanzarote, wulkaniczne, z kosmicznymi krajobrazami, potem już 2x Gran Canaria z nieco bardziej skomercjalizowanym Playa del Ingles (ale jak się na codzień mieszka na dalekiej północnej szwedzkiej wsi, komercja przez 2 tygodnie wakacji jest mile widziana) i wreszcie w czerwcu piaszczystna, wietrzna Fuerteventura.

Za niecale 2 tygodnie będzie powtórka z Gran Canaria po raz trzeci i mam nadzieję, że będzie równie słonecznie i ciepło jak zawsze a ja, odżywająca w takich warunkach klimatycznych rozkwitne i będę świecić światłem własnym cały ponury i ciemny listopad i grudzień, choć ten ostatni będę konkurować z julstake i choinką.

ŚWIAT WIRTUALNY

Takie czasu przyszły, że oprócz realu mamy też od wielu lat coraz powszechniejszy i częstszy a i również czasochłonny dostęp do świata wirtualnego. Jestem na Fejzbuku, tak prywatnie jak i blogowo, na Instagramie. Ale to nie o tych miejscach chciałam Wam napisać

Ostatnim, ale wcale nie najmniej waznym miejscem, stał się dla mnie w ciągu ostatnich lat Klub Polek na Obczyźnie. Najpierw powstał blog, potem lista mailingowa a w końcu z potrzeby kontaktu urodziła się grupa dyskusyjna na facebooku, w której są tylko osoby będące członkami grupy, więc  niestety nie mogę Was tam zaprosić. Ilość osób w Klubie się rozrosła do prawie 300, w tym mamy jednego aktywnego męskiego rodzynka, pięknie potrafiącego w sobie tylko znany sposób rownoważyć nadmiar kobiecych hormonów.

Klub powstał dzięki kilku dziewczynom, pomysł był z początku bardzo twórczy, z ambicjami - bo na blogach własnych Klubowiczek pojawiały się i pewnie będą pojawiać wpisy na rzecz Klubu, moje >>zapiski szwedzkie<< utrzymujący przy życiu, choć i tak w stanie niemal agonalnym... a na blogu klubowym nieraz pojawiały się ciekawe wpisy. Z czasem ta część działalności Klubu chyba trochę przywiędła i zdecydowanie zrobił się bardziej klub dyskusyjny na fejsie.  

Jestem na tej naszej wewnętrznej grupie codziennie, mniej lub bardziej aktywnie. Tematy są różne, z każdej możliwej dziedziny. Dyskusje bywają i budujące i bardzo burzliwe, choć starałyśmy się unikać tematów drażliwych a raczej koncentrować się na tym co nas łączy, na doświadczeniach emigracyjnych, smutkach i radościach dnia codziennego czy naszych pasjach. Wiele dziewczyn aktywnie pisze na swoich blogach, dzieląc się linkami.

Poznawałyśmy się wzajemnie coraz lepiej przez te 2 lata, śledziłyśmy wzajemnie blogi, siebie, swoje rodziny.Kilka tygodni temu odbył się pierwszy duży zjazd Klubu pod Paryżem, z ogromnym żalem nie wzięłam w nim udziału a przez cały czas na całym świecie odbywają się spotkania mniejsze i większe członkin i członka Klubu.

Chyba jest to gdzieś człowiekowi potrzebne by być członkiem jakiejść grupy, społeczności z elementem wspólnym, łączącym wszystkich, tak jak nas wyjazd z kraju i zmaganie się z trudami i radościami aklimatyzacji na Obczyżnie. Każda grupa ma swój cel i czas.

Tu przejdę do części, która jest dla mnie trudna do napisania. Niestety czuję, że muszę, inaczej się uduszę. W ostatnich tygodniach w Klubie powiał bowiem wiatr zmian a raczej właściwie powrotu do korzeni, który zachwiał nim w posadach. Kilka osób w pocie czoła przez kilka dni czy nawet tygodni przygotowywało nowe logo, nowy design strony, wzięło się za aktywizowanie kanałów komunikacji społecznej, Twittera, Pintresta, Instagrama, Facebooka i wreszcie kanału na Youtube. Jeśli jeszcze nas nie obserwujecie zachęcam, bo przez Klubem wiele interesujących projektów.

Ten wiatr jednak spowodował sporo zawirowań w naszej wcześniej zwartej i lubiącej się grupie. Gdzieś w gorączce ulepszeń zgubił się fajny klimat i spójność. Pojawiły się osoby mające mniej i bardziej rację. Niektóre osoby są 100% pewne, że to zmiany tylko na lepsze i robione we właściwym czasie i w dobrym trybie, osoby zaangażowane i ambitnie podchodzące do zadania i te bardziej niepewne, jakby zmianami, ich tempem i trybem przestraszone i chyba przede wszystkim trochę zagubione podejściem, że albo jesteś za zmianami i ambitnymi celami, albo nie musisz z nami dalej być.

Pojawiły się jakieś takie niezbyt sympatyczne wpisy, dziwne komentarze, krzywdzące IMHO opinie, np. że ktoś na Klubie promuje swój blog i siebie niewiele daje dla Klubu. Dlaczego uważam, że krzywdzące? Bo ja osobiście jak widzicie wypisałam się, nie miałam też nigdy ambicji edukacyjnych i pisząc dla ostatnio praktycznie tylko w projektach Klubu, starałam się go wśród mojej wąskiej grupy czytelników promować raczej, niż siebie promować na plecach Klubu. I dalej by tak pozostało nawet jeśli z Klubu zniknę, nawet jeśli dojdę ostatecznie do wniosku, że mi z nim już nie o drodze. Niestety blisko mi do tego, bo raz, że osoby, które lubię i cenię odchodzą lub odzywają się pisząc, że to mocno rozważają. A dwa bo nie po to czas angażuję w tę grupę, by się tam z kimś kłócić czy udowadniać cokolwiek. 

Okazało się, że dynamiczny, rozgadany Klub fajnych kobitek i rodzynka, podmuch zmian może zmieść a przynajmniej nadwyrężyć... Nie wiem, czy za napisanie o tym w tym wpisie mi się po  łebku nie dostanie. Ale ryzyk fizyk, kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Uważam, że o sprawach trudnych warto pisać, dyskutować, rozmawiać ale z rozsądkiem i szacunkiem dla różnych poglądów i oczekiwań. Albo by znależć inne rozwiązanie, albo by zmienić zmiany tak by były lepsze i dla wszystkich. Tego mi ostatio zabrakło... ale nie tracę jeszcze nadziei.

Klub to nie miejsce sensu stricte. Klub to grupa niesamowicie wartościowych indywidualności. Choć wymyśliło go kilka osób i teraz kilka czy może kilkanaście ma piękne, ambitne, godne pochwały plany go zmieniać, ulepszać, rozruszać, otworzyć na świat zewnętrzny, to jego zrąb tworzą nie tylko te osoby ale wszyscy inni aktywni w nim ludzie, ze swoimi historiami, doświadczeniami, mądrością i głupotą.

Chiałabym, by ta tak bardzo ważna dla mnie lokalizacja wirtualna była znów i wciąż spokojna i pełna szacunku i pokory w dobrym rozumieniu tego słowa, po szwedzku użyłabym słowa lyhörd, co oznacza umiejętność słuchania innych, bycia nawet w emocjach wciąż wrażliwym na to co inni robią i mówią, jak odbierają to co się dzieje, jakie mają związane z tym refleksje, nawet jeśli samemu uważa, że ma się rację w tym co i jak się dzieje...

 

niedziela, 09 października 2016, zapiski_szwedzkie

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Mama z prądem i pod prąd, *.threembb.co.uk
2016/10/10 08:49:38
Ooops pod koniec, hm... Dla mnie to już historia, tak myślę. A szkoda..
No i bardzo mi się podoba, że robisz konkurencję choince. Może też o tym pomyślę :)
-
2016/10/10 19:28:45
Agnieszko, na wszystko jest czas i miejsce. Publiczne rozważanie kwestii KP na takim blogu zamiast wśród zainteresowanych to zagrywka rodem z gimnazjum. Ogromnie mi przykro, że to zrobiłaś.
-
2016/10/10 22:28:50
Mama z pradem i pod prad, historia dla nas obu. Bywa.
toja2123 szkoda, ze pd nickiem, nic mi nie mowiacym. Rozwazalam nie tylko ja na Klubie, moze zauwazylas, ze nie bylo to milo przyjmowane. Poza tym pisze wiele dobrych slow o KLubie, co warto by bylo zauwazyc. Blog taki, jak jego wlascicielka, osobisty, moj wlasny jak i moje wlasne refleksje. W gimnazjum nie bylam, za stara jestem, nie wiem jakie tam panuja zagrywki. Niestety. Mi przykro bylo w tych ostatnich 2 tyg nieraz i nie dwa jak niektore osoby zachowuja sie wobec innych w KP. Bywa. Obie przezyjemy, ja ide dalej.
-
2016/10/18 11:47:55
Mile zapiski_szwedzkie, Twoj blog jest jednym z najlepszych blogow, ktore spotkalam, opisujacych Szwecje i zycie na emigracji. Startuj wiec w konkursie, bo szanse masz ogromne, naprawde :-)))) Nie sa to puste slowa, bo wiele ciekawych i madrych spostrzezen, znajduje w Twoim blogu a widze to z perspektywy 40-stu paru lat zycia na emigracji.
Nie przejmuj sie komentarzami takich osob jak "toja" lub innych. Tylko konstruktywna krytyka jest potrzebna, zlosliwa krytyka przedstawia krytykujacego w niezbyt pozytywnym swietle.
Trzymam za Ciebie kciuki! :_))))
-
2016/10/18 19:53:04
kristofka - dziękuję. Za konkurs dziękuję nie sądzę by to było coś dla mnie. Na razie mam nadzieję odzyskać chęć pisania choć już niestety nie dla Klubu. Krytyka... cóż bywa niezbędna. Pozdrawiam.