|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ulubione
Tagi
|
niedziela, 29 stycznia 2012
Jak wspominalam ostatnio poszukiwania auta ulegly o tyle zastopowaniu,ze czekalismy na uplynnienie finansow poprzez wziecie pozyczki z banku. Pozyczka przyszla, nic wiec nie stalo juz na przeszkodzie by zaczac sie zastanawiac kiedy, o ktorej i dokad jedziemy. Zapadla decyzja,ze w piatek, z samego rana. Plan wstepny byl taki,ze weekend od pt do nd Dawid mial spedzic u Tarasiukow a my z okazji naszej malej rocznicy bycia ze soba czyli 16 rocznicy pewnej studniowki, ach, jaka ja juz stara jestem...hm, hm... no wiec w celu poswietowania mielismy spedzic mily, romantyczny weekend, niestety nie w Paryzu, ale w Sundsvallu... Okazalo sie jednakoz,ze miejsca do pojechania sa 3 a nawet 4, tzn Uppsala, gdzie byl Radka po wstepnej selekcji faworyt sposrod Santa Fe - z opisu idealny, maly przebieg, skorzana bezowa tapicerka, hak, system antyposlizgowy itp... Potem bliskie okolice Sztokholmu czyli Täby i Danderyd, w tym drugim miejscu byl drugi na liscie faworytow, starszy, z wiekszym przebiegiem, ale tez z hakiem i spelniajacy podstawowe warunki, kilka tysiecy tanszy... No i 2 autka Postanowilismy byly do obejrzenia nieco na wschod od Sztokholmu i Uppsali, w Eskilstuna, tam stal jeden Santa Fe i jeden Ford Maverick, ktory wygladal i kosztowal zachecajaco... No i postanowilismy wiec w koncu weekend w miescie przesunac na kolejny tydzien i skupic sie na jednym zadaniu, odnowieniu domowego parku maszynowego... W droge wyjechalismy w pt z samego rana o godzinie 4. Ja zapadlam w kojaca drzemke dosypiajac nocne zaleglosci z Radus prowadzil, popijajac kawke. W okolicach Sundsvall zaczelo tak sniezyc, ze predkosc jazdy znaczaco nam spadla, bynajmniej jendak poza ktorkimi momentami snu mi to nie zaburzalo... Przebudzalam sie chwilowo, ale za chwile przysypialam znowu... Z krainy Morfeuszka wyrwalam sie dopiero kolo jak sie potem okazalo Gävle... Otworzylam oboje oczu i zapytalam mensza jak sie jedzie... Swietnie, Chuj...wo czy tez Beznadziejnie... Na to maz odpowiedzial mi,ze jesli chce uslyszec szczera odpowiedz, to wiele wskazuje na to,ze tym autem my juz do domu nie wrocimy...Jak sie potem okazalo w tym momencie po raz kolejny szarpnelo mu kierownica w lewo i to dwa razy pod rzad, duzo silniej niz wczesniej, podjal sie blyskawiczna decyzje zjechania na parking,z reszta po 3h prowadzenia i tak musial odpoczac... Podjechal na srodek i chcial sie ustawic tylem... Wrzucil wsteczny, a aucie cos zazgrzytalo... i auto nie pojechalo na wöasnych 4 kolach ani w tyl, ani w przod... Cos co wczesniej szarpalo kierownica, wzielo i peklo, spadlo czy inne cus... odmowilo posluszenstwa w kazdym razie... Coz... Mozecie chyba zrozumiec, ze w tym momencie wogole nie bylo nam do smiechu... Fordzio zawiodl pierwszy raz w trasie, w najmniej odpowiednim momencie... Niby na takie okolicznosci kupuje sie ubezpieczenie, ale jak juz sie to stanie ... lekka niemoc dopada... Skontaktowalismy sie najpierw ze znajomym, ktory pracuje w naszym towarzystwie ubezpieczeniowym. On nie mogl rozmawiac od reki, oddzwonili po chwili, wiec w miedzyczasie zapominajac,ze mamy tez w razie czego prawo do samochodu zastepczego goraczkowo zastanawialismy sie, jak my sie mamy dostac te 100km dalej do Uppsali, gdzie ewentualnie stal nasz przyszly niedoszly samochod... W koncu siegnelam po telefon i wykrecilam numer do przyjaciela, do Jacka Tarasiuka... To jest jeden z powodow dla ktorych na chwile obecna chcialabym zostac w tym miejscu na ziemi w ktorym jestesmy, wlasnie dlatego,ze sa tutaj tacy ludzie, na ktorych nie tylko mozna liczyc jak sie chce pobawic, popic, posmiac, ale i kiedy sie wali i pali... Jacek z Anita po pol godzinie byli w drodze do nas swoja Sabcia...W tym czasie kolega doradzil,ze mamy darmowy assistance czyli zawioza nam auto do warsztatu, niestety nie do domu, co moze mogloby byc najlepszym rozwiazaniem (tu mamy tani warsztat, tam auto trafilo to jakiegos firmowego mechanika, gdzie godzina pracy pewnie bedzie kosztowala z 1000sek... a auto przy dobrych wiatrachmoze byloby warte do sprzedazy z 5000sek...)... powiedzial tez o tym aucie zastepczym, ale my juz dalismy sobie z tym spokoj, bo przyjaciele byli juz w drodze i chyba nawet wolelismy to rozwiazanie... choc przyszlo nam na nich czekac 4h... Wiedzielismy tez,ze jesli auta nam nie naprawiamamy prawo do darmowego noclegu w Gävle, ale coz z tego jesli wszystko wskazywalo na to,ze i tak nie oplaca sie go naprawiac, jesli warsztat tego dnia zamykaja wczesnie a w sobote jest zamkniety a poza tym czulismy,ze teraz juz musimy zmienic auto... Jako,ze byla to nasza rocznica w tym chaosie, usilujac utrzymac dobre humory, wymienilismy sie prezentami. Monsz dostal 1 rozrywkowa i 2 poradnikowe ksiazki, ja moje kochane perfumki Green Tea, E.Arden. Zjedlismy kanapeczki, wypilismy herbatke, podgrzewalismy sie silnikiem... Jako ze zle sprawdzilam w komorce nasze polozenie (w bezruchu gps pokazuje kierunki polnoc na gorze, poludnie na dole a jakpopatrzylam jakby bylo odwrotnie, gupia baba) wiec Anitka z Jackiem mineli nas, pojechali tam gdzie mysleli,ze bedziemy, potem jako ze to autostrada musieli pojechac kawal zanim mogli nawrocic i kolejny kawal w druga strone zanim moglo znowu przejechac obok naszego parkingu. Przepakowalismy graty, zabierajac z Fordzika wszystko to mielismy tam upchniete na wszelki wypadek, np. lopate, linke to holowania, skrzynke z narzedziami, siatke do unieruchamiania bagazu, apteczke, ciuchy cieple, buty itp, itd... Kluczyki dowod rejestracyjny zostawilismy w aucie, informujac zaklad, ktory mial go przetransportowac do warsztatu, gdzie je zostawiamy. Bedac juz w drodze powiadomilam warsztat,ze nasze auto tam trafi, ale ze chcemy,zeby najpierw sprobowali sie tylko zorientowac co to moze byc i ile moze kosztowac a potem sie odezwali zanim zrobia cos,za co bede musiala placic...Nie odezwali sie do zamkniecia zakladu a widzielismy wracajac,ze auta na parkingu nie bylo, wiec pewnie nie zdazyli miedzy popoludniowa fika czyli kawa a piatkowym fajrantem o 16... Bedziemy wiec jutro dzwonic,zeby sie dowiedziec czy nasze auto olaca sie naprawic i sprzedac czy lepiej od razu je zeszrotowac... A tymczasem niecala godzine pozniej juz bylismy w Uppsala. Zajezdzamy pod podany adres, a tam ani naszego wypatrzonego w necie auta ani zadnego pracownika... Zadzwonilismy pod podany numer telefonu, okazalo sie,ze ten sam handlarz ma jeszcze inne miejsce w tym samym miescie, jakies 2km dalej.Przejecalismy wiec tamze...I Hyundai, nasz wstepny faworyt byl, czekal,a jakze... tyle, ze z faworyta nieziele zostalo jak sie okazalo,ze miala byc skorzana tapicerka a jest zwykla i to maksymalnie usyfiona, jej stan i stan tapicerki z bagazniku wskazywal na przebieg nie 80.000 a 180.000km... Hak, ktory mial byc rozplynal sie, system antyposlizgowy chyba nigdy tego auta nie ogladal za to na pewno spotkalo sie ono na pewno z jakims slupkiem lub innym autem na parkingu bo bylo powgniatane na prawym przednim blotniku, pobdrapywane, z peknieta jedna z tylnych lamp i wypadowanym akumulatorem, w dodatku na tylko letnich oponach... Faworyt spadl z hukiem z piedestalu... Coz bylo robic... zwinelismy sie spowrotem do Sabcia i chcac dotrzec jeszcze za dnia do kolejnego celu w okolicach Sztokholm ruszylismy w droge... Celem byl Danderyd. Radek probowal tam dzwonic dzien wczesniej,ale sie nie przebil. Na szczescie ja mialam wiecej szczescia, co prawda pod podanym numerem odpowiedzieli ludzie z Täby, ale z drugiego salonu tego samego wlasciciela, wiec dostalismy wlasciwy numer, potwierdzilismy,ze auto jest i ze mozna sie nim probnie przejechac... Dojechalismy, pokazalismy sie sprzedawcy, ktory wyposazyl nas w podstawowy sprzet do jazdy probnej, tzn. kluczyki, kierunek odnalezienia onteresujacego nas auta no i miotelke do odsniezania... oczywiscie... gdyz nasze auto stalo sobie na drugim koncu parkingu, zasypane sliiiczna warstwa 30cm sniegu...ot, taki maly sporcik na mily poczatek, hehe... No wiec odkopalismy, probujac zdazyc zobaczyc cokolwiem poki slonce nie zajdzie, obeszlismy, obmacalismy... wszystko zgadzalo sie z opisem. Byl wyjsciowo 3tys tanszy niz ten nieudany egzemplarzz Uppsali, ale i ma o 50000km wiekszy przebieg... za toricznik ten sam, hak, zadnych wgniecen ani stluczek na perwszy ani drugi rzut oka, poza malym peknieciem na tylnym zderzaku, pewnie jak ktos podczepial przyczepke na hak, tapicerka czysta, zadbana i niezniszczona tak jak i cale wnetrze i bagaznik. No i opony zimowe, co prawda bez kolcow, ale jednak, a nawet letnie na felgach aluminiowych, oryginalnych z Hyundaia, dwoch co prawda zjechanych, ale dwie sie nadadza na jeszcze ze 2sezony... Pojezdzilismy w te i spowrotem, hamulce nieco zastale ale sie roruszaly, silnik pracowal rowno... Niestety o tej porze w pt, w Sztokholmie mozliwosci zrobienia na szybko przegladu nie bylo... No ale udalo nam sie utargowac 1000sek zceny na benzyne na powrot i ... 2 letnia gwarancje na wszelkie uszkodzenia silnika, ukladow roznorakich, napedu 4x4, sprzegla wiskotycznego itp, itd... wszystko poza normalnym zuzyciem auta... No to juz nie do odrzucenia oferta... Poprzeanalizowaniu zadow i waletow, podjelismy decyzje, bierzemy... Radek podpisal dwa papierki, facet odblokowal auto do uzytku, zglosil do krotkiego ubezpieczenia, tak bysmy mogli dojechac do domu i zastanowic sie gdzie go chcemy ubezpieczyc. Potem ruch karta, z czytnka wyszel maly papierek czyli dowod zaplaty i ... gotowe. Do bagaznika zarzucili nam letnie opony, dali folder gwarancji i do domu... Przepakowalismy graty z Sabcia i po ochlonieciu lekkim ruszylismy... Ujechalismy moze z km kiedy autem zaczelo szarpac... Radek zle pracuje pedalami? Skonczylo sie paliwo??? Czy zesz qr... mac co znowu???? Kolejne auto jednego dnia zepsulismy??? GRRRRRRRRRRRRRR...!!! Najpierw jakies 5 sekund zalamki, skret na czerwonym, uppsss... w slepa uliczke i decyzja zawracamy... Godzina 17.52, za 8 minut zamykaja komis... Mi sie prawie rozladowala komorka, myslalam,ze juz calkiem calkiem, ale okazuje sie ze jeszcze dycha... cale szczescie bo karteczki z numerem znalezc nie moge, jak z Radka komorki dzwonilam na numer z faktury wogole mnie nie laczylo... ale ze moja komorka jeszcze dychala znalazlam numer w historii i udalo mi sie dodzwonic. Gostek mial czekac... przecielismy jak strzala spowrotem,na krztuszacym sie i szarpiacym silniku i chyba na 2, moze na 3 cylindrach siejac za soba zapach nie do konca wypalonej benzyny... suuuuper przeciez o tym sie marzy po calym dniu przygod samochodowych nie??? Facet czekal, przejechal sie autem...Radek ochlonal i chyba zdazyl sie domyslec diagnozy,ktora gostek potwierdzil, cos w silnikiem, chyba albo kable albo swiece. Zalatwil nam wizyte na ostro o mechanika, na koszt komisu ofkors... Drugi pracownik odeskortowal nas ok 15km do sasiedneij sypialni Sztokholmu, Vallentuna. I tam po podlaczeniu do komputera, ktory nie poazal absolutnie zadnych bledow w silniku machanicy dokonali skomplikowanej naprawy naszego nowego auta... rozkrecili obudowe, odczepili co trzeba, papierowym reczniczkiem powycierali czesci silnika, ktore ktos zamoczyl myjac silnik do sprzedazy pod cisnieniem myjka... Potem osuszyl wszystko powietrzem pod cisnieniem, poskrecal wszystko i autko odzyskalo cylinderki, juppii!!! W dodatku, jako, ze byl pt, 19sta, okazalo sie,ze 3 z 4 pracownikow warsztatu to oczywiscie... Polacy, za czwarty na pewno niezle sie nauczyl mowic po polsku, albo przy swoich kolegach albo do polskiej rodziny... Tak wiec po tym emocjonujacym i pelnym przygod dniu podroz do domu z popasem w Maxie w Uppsali i padajacym niezle od Hudiksvall do Härnösand sniegiem byla juz czysta przyjemnoscia. Trzymalismy rozsadna predkosc, bo nie znamy auta, opony mamy bez kolcow no i mielismy dosc emocji... I jedzie sie genialnie. Jak narazie proawdzi sie genialnie. Sama mialam nim okazje pojechac sobie dzis z Härnösand, gdzie u Tarasiukow opijalismy ten zakup, okupiona solidna porcja stresu i nerwow, i juz lubie ten samochodzik, tak, jak nie lubilam Fordzia. Pedaly chodza lekko, lusterka jak w ciezarowce, wszystko widac z wysokosci, przejezdza przez 30cm snieg na podjezdzie do garazu bez najmniejszego problemu, jak w maselko... MIOOODZIO!!! Jutro czeka nas a) dowiedzenie sie co z fordziem i albo naprawianie albo z wieksza doza prawdopodobienstwa szukanie szrotu, ktory go zabierze i wyrejestruje, najchetniej bez ponoszenia przez nas kosztow, potem wyrejestrowanie go, odzyskanie podatku,wypowiedzenie ubezpieczenia b) sprawdzenie,czy facet z komisu dopelnil wszelkich formalnosci ze zgloszeniem auta i ubezpieczeniem plus wybranie ubezpieczenia c) umowienie sie na przeglad w Huyndai, wymiana oleju, ktorego juz troche brakowalo, ewentualnie jakis tam plynow, sprawdzenie,ze wszystko dziala d) przeglad roczny auta, ktory musimy zrobic do marca i ktory mam nadzieje po przegladzie u dealera bedzie tylko formalnoscia... Tak poza tym monsz oczywiscie probuje zalatwic praktyki, ale ze jego opiekun w urzedzie pracy zrobil sobie zimowe wakacje, zalatwianie czegokolwiek musialo zostac odsuniete w czasie na nast tydzien... Szwecja... scisla specjalizacja, kazdy zajmuje sie tylko jednym dzialem, nikomu sie nie spieszy a jak Radek powiedzial,ze zastanawia sie nad praktykami w 2 miejscach uslyszal,ze no on to sie musi zdecydowac i skupic na jednym miejscu.... aaaaaaaaaaaaaaaaaa... Jakby sie ktos NA NIEGO zdecydowal byloby duuuzo latwiej nam sie zdecydowac... NO... W przyszlym tygodniu relacja z romantycznego weekendu we dwoje... chba ze nie bedzie romantyczny... albo chyba ze nie bedzie nic do opowiadania co sie nadaje do upubliczniania, hahaha... NO!!! Dziekuje za uwage i pozdrawiam...
sobota, 21 stycznia 2012
Dzis Dzien Babc i Dziadkow... Mi do jego obchodzenia pozostal juz tylko jeden kochany, ale jednak maly towarzyski Dzadek Wojtek. Choc trzeba mu dzis przyznac,ze nie wiem czy sam pamietal, czy to zasluga mamy, ale zadzwonil z zyczeniami, nice... Pisalam dzis na blogu kolezanki komantarz, pozwole go sobie zacytowac, chodzilo jej o to,ze czesto zdarza sie,ze ludzie sie kochaja, sa ze soba latami a ich naj naj najblizsi czyli rodzice albo sie ledwie toleruja, albo zwalczaja albo w najlepszym razie sa obojetni... Moi Dziadowi i Babciowie nie mieli okazji sie spotkac, ale i chyba takiej potrzeby nooo moze sie widywali czesciej na poczatku, jak bylismy malutcy... Doceniam w tej chwili jak mam pisac o dziadkach hehe szwedzka modle na podawanie nazwy babci i dziadka w zaleznosci od ktorej strony sa... wiec moja farmor czyli mama taty byla z farfar czyli tata taty rozwiedziona, mieszkali pod jednym dachem ale stosunki byly nieistniejace z elementami chlodu miedzy nimi. Ale o tym sie z dziecmi nie rozmawialo... Babcia byla generalnie w gatunku tych starszych, babciowych babc w chusteczce, bez makijazu , ale nie zmienia to faktu,ze byla kochana... Ale z moimi drugimi dziadkami, morföräldrar czyli rodzicami mamy spotykala sie tylko od wielkiego dzwonu, na naszych urodzinach, weselach i pogrzebach...Mormor i morfar czyli rodzice mojej mamy byli nam zdecydowanie uczuciowo blizsi, zwlaszcza mormor, mama mamy, ktorej mi tak bardzo bardzo brakuje... Szczegolnie w takich dniach jak dzis chcialabym moc podniesc sluchawke i zadzwonic do nieba zlozyc jej zyczenia, czy tez gdziekolwiek indziej ona sie teraz znajduej, bo przeciez energia jej zycia nie zniknela ot tak sobie ze swiata... Nasi Rodzice a Dawida dziadkowi (w zasadzie jak ich zbiorczo nazwac, czemu akurat dziadkowie a nie babciowie, hehe...) troche sa sobie blizsi choc tez dzieli ich kilkanascie lat roznicy, ale mowia sobie po imieniu, nawet nie wchodza w konflikty, ale tez i nie spotykaja sie jakos prywatnie... Ale taka jest prawda,ze tesciowie w zasadzie poza rodzina sie z nikim sie spotykaja a moi rodzice raczej w starym sprawdzonym gronie czy tez tym co z noego po latach pozostalo... Masz racje, moze nam sie uda byc bardziej zgranymi tesciami/dziadkami, ale tez nie ma z tym nic pewnego... Zobaczymy. W kazdym razie raz jeszcze wszystkim czytajacym Babciom i Dziadkom naszym i naszego dziecka WSZYSTKIEGO NAJ NAJ NAJLEPSZEGO. Dziekuje tez za zyczenia od kilku osob, ktore pamietaly o moich imieninach (nie ma wsrod nich mojego mensza, taaa... to bedzie mial dlug do splacenia, uuuuu...) nawet jesli ich zwykle nie obchodze szczegolnie chucznie, jakos w tym okresie nie mam do tego melodii... W zeszlym tygodniu spedzilam 3 interesujace dni w specyficznym miejscu, w klinice Psychiatrii Sadowej w Svall. Nie jest to ta sama psychiatria co moja czy nawet ostra psychiatria szpitalna. Inny czas pobytu pacjentow, czesto wielomiesieczny, inny typ pacjentow, albo skazani, ktorzy byli chorzy w trakcie popelaniania czynu i trafili tam zamiast do wiezenienia na wiele lat, albo Ci co sa aresztowani i zachoruja mniej lub bardziej psychicznie. Mialam okazje wspolpracowac z dwojka zupelnie roznych a jednak rownie ciekawych lekarzy, jeden z nich zrobil swietny wyklad nt obowiazujacych praw, druga jest tak pizytywna i tak lubiaca ta prace,ze jej entuzjazm az zaraza... Specyficznosc mejsca polega tez na scislych zasadach bezpieczenstwa, nie mozna miec swojego telefonu jako taka osoba z zewnatrz jak ja, ani torebki, przy wejsciu i miedzy wszystkimi oddzialami zamykane na karte i klucz drzwi, bramka na metale w wejsciu... Jeszcze kolejny tydzien teraz a potem jeden w lutym... Ciekawe doswiadczenie, naprawde... Musialam jeszcze pocieszac moja kochana przyjaciolke i towarzyszke niedoli Niamke, ktora zpelna werwa i pozytywnym nastawieniem pojechala do Kramfors na spotkanie lekarskie i zostala zgaszona na wejscie, jej pomysl wykorzystania programu do ukladania schematu pracy lekarzy ze szpitala zostal olany, plany stazu na wiosne w Sundsvall spotkaly sie ze zdziwieniem,ze tak pozno chce to zalatwiac no i nasz nowy specjalizujacy sie, ktory ma szanse skonczyc specke wg starych zasad na koniec przyszlego roku chyba w oczach szefa stoi wyzej niz ona... Doszlysmy po paru lampkach wina do wniosku,ze zawsze bylysmy jednak tymi Polkami i chyba dla samego szefa jestesmy jednak pewnym rozczarowaniem, bo zamiast cichych, robotnych i poslusznych myszek dostal uparte, dazace do celu i w dodatku wspierajace sie kobiety, hehe... coz... musi teraz z tym zyc... I jakos NIE BUDZI mojego wspolczucia... Z autem narazie przestoj o tyle,ze czekamy na pieniadze z banku, przegladamy oferty, zastanawiamy sie... Moze pojedziemy w pt w dol do Uppsala obejrzec kilka aut, ale zobaczymy... Dzis byl mecz z drugiej fazie grupowej ME w pilce recznej Polska:Szwecja... Nie wszyscy sledza, ja zaczelam teraz ogladac no bo jak dziecko gra nie wypada juz nie weidziec co sie dzieje w tej dziedzinie w swiecie... Mecz zakonczyl sie ... REMISEM 29:29... I mozna powiedziec, ze bylo to salomonowe rozwiazanie, kto nie ogladal duuuzo stracil, jaki horrrror!!! Mecz z Dania to byla male pifko... po pierwszej polowie zagranej jak na rolce czyli relanium, nasi przegrywali 9 do 20, juz wydawalo sie ze pozamiatane, Radek poszedl na gore ogladac tvn turbo zdrajca, Niamki zaczely pakowac sie do domu, tylko ja i Dawid dzielnie kibicowalismy... Nie wiem co trener graczom powiedzial a raczej wiem,ze nie byly to slowa parlamentarne, ale POMOGLO!!! Co prawda nie gralismy na 100%, ale przy ledwie poprawnej grze Szwedow my gralismy lepiej, powolutku odrabialismy i REMIS!!!!!!!!!!! ... Z punktu widzenia polityki miedzypanstwowej wynik idealny, choc troche sie zastanawiam, dlaczego qrdelek nasi nie sprobowali jeszcze oddac ostatnego rzutu na bramke w ost sekundzie, ale widac, tak mialo byc... Za to miny szwedzkich zawodnikow schodzacych z boiska... bezcenne... Choc szkoda mi ich bylo... troszeczke... oni tez uslysza pare slow prawdy od trenerow... Ale hahaha... no i syn bedzie mogl chyba dalej trenowac, ;-) uff... a my mozemy dalej kibicowac juz na spokojnie obu zespolom...
piątek, 13 stycznia 2012
Monsz mnie namowil dzis na wyprawe do Sollefteå w celu obejrzenia i przejechania sie dwoma autkami. Poniewaz iz nasz Fordzio pomijajac postepujaca powoli fale rdzewienia wykazuje tez tendencje do wydawania dziekow ostrzegawczych np o probie skrecenia kol do skrecenia albo przekroczenia 120km/h... No i trzeba bedzie sie dopozyczyc w banku troche i dzielnie splacac ratki kolejne, bo odlozyc narazie nie ma z czego... Przejechalismy sie Citroenem C5 (roczniki mlodze niz 2005 juz sie tak podobno nie psuja, choc wiele zalezy od egzemplarza, ale tak to jest z kazdym nowym autem z elektronika, a Radusiowi sie usmiechalo hydropneumatyczne zawieszenie, miekkie, dla kregoslupa, ktore jednak okazalo sie nie AZ takie rewelacyjne...) i Hyundaiem SantaFe (tu w gre wchodzi troche starsza bryka,za to z 4x4, prowadzil sie zadziwiajaco dobrze,przetestowalismy go na sliskim i noooo... wart zainteresowania...), pare jeszcze mamy typow... W citroenie C5 poczulam sie dzis OBNIZONA (w Dawidowym slowniku rownowaznik PONIZONA, hehe) - po ustawieniu fotela dla mnie nie da sie ustawic lusterka wstecznego tak,zebym dobrze widziala cala szybe bez przesuwania sie w fotelu, no OBNIZAJACE!!!! hehe... Tak wiec C5 odpada... CDN
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Jako ze gra B nam sie trafila i tego jednego punkciku zabraklo przyszlo nam sie odnalezc w grze B. Doszlam do pocieszajacego wniosku,ze nie ma tego zlego, bo przynajmniej chlopaki grali z druzynami na podobnym poziomie i mieli szanse sobie dobrze poradzic... Bo wiecie, sport dzieciecy, ale roznice poziomow jednak sa... Np. dziewczynki z Kramfors weszly do finalu A, ale tam spotkaly sie z druzyna ze Stolycy,ze Sztokholmu znaczy sie, ktora trenuje nie 2 a 4 razy w tygodniu, ma po 2 mecze w kazdy weekend a nie tyle ile wyjdzie z ligi i czasem meczow treningowych...No to sila rzeczy sa bardziej zgrane,ograne, wytrenowane... Mimo to naprawde doceniam,ze nawet w takim Ramvik, Krafors czy Harnosand sa druzyny, sa ludzie, ktorzy poswiecaja im czas i uwage i sily,zeby chlopcy i dziewczyny zamiast szwendac sie po ulicach albo siedziec w domu grajac w pilke reczna na WII ;-) zaczely sie ruszac, uczyly sie walczyc, wygrywac i przegrywac no i dzialac w zespole... Final zaczelismy meczem pozno w sobote od mocnego zwyciestwa w cwiercfinale 17 do 5. Jako ze dosc szybko stalo sie jasne, ze wygramy, trener mogl sobie pozwolic na male rotacje skladu i wprowadzanie tych nieco slabszych zawodnikow na nietypowe dla nich pozycje... Kolejny krok do pokonania mielismy w sobote w poludnie. Polfinal byl dluuugo wyrownany, ale druzyna grala razem, zgodnie i wygralismy 7 do 10. Nasi przyszli finalowi przeciwnicy mieli jeszcze bardziej wyrownany polfinal, wygrali w koncowce 10 do 9. Musialo to niezle nadszarpnac ich sily, bo na nas juz im och nie starczylo. Final byl ciekawy, ale dosc jednostronny. Choc nie bede sie uskarzac na to,ze wygralismy 16 bramkami do 6 i ze syn nasz kochany zaskoczyl bramkarza przeciwnikow swoim niezbyt sily ale wysokimrzutem, strzelajac DRUGA bramke w zawodach. Zaden rodzic, ktorego dziecko strzela 5 czy 10 bramek w meczy nie doceni tych 2 goli tak jak my, hehe... Radosc byla ogromna, zlote medale, usmiechy, usciski, nawet z mamuska i piatka z tatuskiem. Potem tylko prysznic i do autobusu. Triumfalny powrot do rzeczywistosci kole polnocy. I jak powiedzial Dawid wszedzie dobrze, ale w domu najlepiej, po czym teatralnie runal na kolana ucalowac panele w przedpokoju, hehe... Kopparcupen, wracamy za rok!!!
czwartek, 05 stycznia 2012
4 dniu urlopu minely... Wczoraj na fb napisalam: wersja 1.0 planu pracy naukowej prawie napisana... Z jednej strony zysk bezcenny, bo mialam czas w koncu przysiasc i przejrzec materialy, przeanalizowac, zestawic i spisac, z drugiej szlaczek mnie trafia,ze trace wolne dni na regeneracje na prace ;-( Ciekawe czy sie za jakis czas nie dowiem,ze plan jest totalnie beznadziejny i do radykalnej poprawki...
Coz, w zasadzie niewiele sie zmienilo. W srode jeszcze podopisywalam troche... za to popoludnie spedzialam urlopowo, najpierw trzesac dupka na Zumba a potem w kinie z Niamkami, Ola i Tarasiukami. Bylismy na hollywodzkiej wersji ekranizacji sagi Larssona, The girl with the dragon tatoo.Coz, szlam pozytywnie nastawiona, ale uwazam nieskromnie,ze wersja szwedzka wygrywa jakos tam 7:3. Lepszy dramatyzm, lepsza aktorka w ramach roli Lisbeth Salandet jak i Henrika i Blomkvista... No lepszy no... ale amerykanie sie postarali, zadowolone odglosy sasiadow z sali bylo slychac przy scenach kreconych w oddalonym o 4 mile Sollefteå... Pare scen ujeli, ktore szwedzka wersja pomijala... tekst fuck me, fuck me, fuck me hahaha...
Jutro skoro swit 5.30 pobudka i jedziemy na 3 dni do Falun, na puchar w pilce recznej Kopparcupen. Dawid gra... ostatnio niezle mu szlo, nawet na treningu bramki strzelal, oby na cupie nie bylo gorzej.
Dzis wypadl mu kolejny mleczak, ale z niego fajny szczerbusek boczny hahaha... uroczo wyglada...Chyba wrozka szczerbuszka musi wpasc...
No i dzis zapomnielismy o urodzinach Dawida kolegi kurde... Mial isc na 13ta... a byli u nas Tarasiuki isie zagapilismy, przypomnialo nam sie dopiero wieczorem...Wstyd... mam nadzieje,ze kolega zrozumie...
Dobranoc...
sobota, 31 grudnia 2011
Kochani... Juz niby przy swietach sie zyczy i Szczesliwego Nowego Roku, ale coz zaszkodzi pozyczyc raz jeszcze? Tym razem nie dwu, nawet nie trzyjezykowo ale wielojezykowo ;-)
czwartek, 29 grudnia 2011
... tak po szwedzku nazywa sie ten okres, dni pomiedzy... Znany z mellandagarsrea czyli wyprzedazy sni pomiedzy w Polsce zwanych poswiatecznymi... ale nie ma tu az takich rabatow jak w UK czy USA ani takich dantejskich scen jak tamze... My w tym roku w kazdym razie ze wzgledow oszczednosciowych jak i pracowych raczej nie skorzystamy... (A i wlasnie sie dowiedzialam,ze Szwedzi uknuli nawet na te dni specjalne zyczenia. przed swietami zycza God Jul czyli Wesolych Swiat, przed Sylwkiem Gott Nytt År czyli Szczesliwego Nowego Roku a w mellandagar ... God Fortsättning czyli Milego Kontynuowania... tylko czego, hmmm... swiatecznej szynki? obzarstwa? lenistwa? kanikuly? hehe...) Choc dzieki Tesciom, co do ktorych nie mam w sumie pewnosci czy w koncu czytaja czy nie (tzn jesli juz to Tesciowa, ale chyba czytasz prawda Mamo???) na naszym polskim koncie znalazla sie wcale nie taka mala niespodzianka pokarpiowa gotowkowa za ktora niniejszym serdecznie dziekujemy, na pewno sie bardzo przyda. Na cel wiadomy z gory czyli prezent dla Andrzeja, Radka chrzesniaka, co za chwile w wiek dorosly wkracza, na Radka terapie i na mnostwo wydatkow, na ktore juz juz mialam pchac pieniadze ze szwedzkiego konta czyli w zasadzie przelac z pustego w prozne, bo jak poschodza wszystkie oplaty, kredyty, rachunki to jak zwykle niewiele zostanie... Tymczasem do nastepnej wyplaty miesiac a do tego czasu potrzeby sa... W nast weekend po Sylwku jedziemy z Dawidem na turniej pilki recznej, tzn on jednym busem z kolezankami i kolegami a my w drugim w ogonie z czescia rodzicow. Nie chcial jechac sam a i my nie chcielismy puszczac go samego w taka daleka wyprawe... zwlaszcza ze jednak wiekszosci chlopcow towarzysza rodzice a czesto i dziadkowie... Milo mu bedzie ze bedziemy tez kibicowac och meczom... Ale bedzie mogl byc z kolegami, beda skoszarowani razem w jakiejs szkole albo akademiku, podobnie jak na pucharze w noznej pilce w lecie w Svall. Tak wiec czesc rodzicow jedzie autobusem jak my, czesc woli jechac wlasnymi autami, ale my podziekujemy, zwlaszcza po ostatnich wiatrach nie mam na to najmniejszej ochoty - wlasnie o dziwo wcale nie lezacy dzis z rteszta tylko w smetnych resztkach snieg w tym roku jest problemem a sztormowe wiatry od wczoraj... Nam wywalilo na szczescie tylko jedna oslone tarasu, ale ludziom pozrywalo dachy, kable pradowe, zatrzymane bylo czesc pociagow... I dzis dalej wieje, choc niby troche slabiej... Czesc rodzicow nie jedzie wcale... dzieciakow sie z domu pozbeda, wolnosc i swoboda ufff... hehe... Ja sie ciesze,ze spedzimy sobie te 2 dni razem ale nie w domu z menszem, przyda nam sie taka odskocznia od codziennosci... Turniej jest w Falun, kawalek drogi, mam nadzieje,ze pogoda pozwoli polazic troche po miescie... Oj tak, te swieta byly krotkie, minely jak zwykle szybko... Na moze bardziej zdrowo i ociupinke sie objedlismy, oczywiscie wszystkiego bylo za duzo i jeszcze bedziemy caly tydzien tzn mellandagarna wykanczac... Ale dobre zarelko, wybralismy to co lubimy.Praca w tym tygodniu byla w zasadzie odpoczynkiem, pacjenci postanowili nie sprawiac problemow, nie chorowac ostro, chcieli tylko czasami przedluzyc sobie recepty troche za wczesnie albo na zbyt duza ilosc uzalezniajacych tabletek, ale to normalne... Przyjec planowych prawie wcale, bo tu od tygodnia przed BN do tygodnia po Nowym Roku,tzn do po Swiecie Trzech Kroli sa male wakacje, maly okres kanikuly, w odroznieniu od duzej kanikuly czyli wakacji letnich, od polowy czerwca do polowy sierpnia (wtedy to kazdy pracownik ma PRAWO do min. 4 tygodni ciaglego wolnego, ha...) - nic sie nie dzieje, spowolnienie, spokoj, cisza i niejoza... hehe... Od jutra ponad tydzien wolnego, nie calkiem luznego bo musze w koncu plan pracy naukowej napisac, ale przynajmniej w domku pobede. Jutro dzien na nauke oficjalny a potem niby urlopik, ale nieoficjalnie trzeba bedzie przebic sie przez pare artykolow o migracji, integracji itp i wymodzic jakis fajny tytul i podloze do pisania pracy...Tytul, na ktory wpadlam wczoraj... "What doesn't kill you makes you STROOOONG!!!" czyli lekarzy kilku opowiesci wlasne o migracji i integracji w Krolestwie Szwecji... Czy cos w ten desen... Pochwalilabym sie jeszcze czyms, ale nie moge, pochwale sie po fakcie, hahaha w kazdym razie dzis sie wyzywalam artystycznie i to udanie... Ide spac... Natti natti... Jakies plany sylwestrowe? Prosze mi sie spowiadac...
czwartek, 22 grudnia 2011
Wszystkim ktorzy tu wpadaja, zagladaja, regularnie czytaja albo moze tylko zjawili sie przypadkiem zyczymy wszystkiego naj naj naj!!! I to w dwoch jezykach a co!!!
PS. Dzis na FB znalazlam zdanie, ktore chce Wam przeslac jako dodatek to zyczen, calkiem GRATIS ;-)
wtorek, 20 grudnia 2011
...dzis zadzwonila Babcia Dawida, a moja mama Ewa...Dawidka niespodziewanka dotarla do nich... zdekompletowana... Bo przeciez co moga wysylac bogate emigranty ze Szwecji do Polszczyzny zadulszczyzny... No monejki moze jakies, albo cennosci... a jeszcze napisali,zeby ostroznie traktowac, na peeeeeewno cos cennego... A kurde CENNEGO!!! Bo z serca, pamieci i tesknoty zrobionego od wnuka dla Babci, Dziadka, Wujka Taty Chrzestnego i Pradziadka...Finansowo drozej kosztowala wysylka niz sam material, ale wlozony czas i chec i wlasnorecznie napisany list do rodziny na swieta i drugi zalegly w odpowiedzi do babci... to sa rzeczy bezcenne... A KTOS kogo nawet nie znize sie,zeby opisowo nazwac inwektywami, ktorych polski jezyk nie jest pozbawiony - otworzyl koperte, 2 obrazki rozpakowal ze swiatecznego opakowania, trzeci pewnie wqurzony brakiem cennej zawartosci alboprzy otwieraniu calej paczki uszkodzil, nawet nie odpakowujac...Koperte z kartka i listami nie wiem, wyrzucil? Obrazki puscil dalej, dobre i to. Ale niespodzianka zepsuta, Babcia kochana odzaluje i dwa pozostale obrazki zapakuje i dla Wujka i Pradziadka, ktorzy pewnie z calej 4ki najmniej jednak docenia istote checi dziecka i wartosci... a list i kartka z zyczeniami przepadly w nicosci... Urok wysylania listow na papierze, przez dziecko odkryty delikatnie jakby poszarzal, bo mail jeszcze mozna probowac odtworzyc, ale listow sprzed 2 tygodni i tygodnia juz nie ma sensu, bo sie zdazyly zdezaktualizowac. A wiecie co jeszcze mnie wkurza? Ze przez jakiegos %&^^&%^%&^ grrrrrrr... moje dziecko mialo lzy w oczach, wrazliwiec moj kochany, zwyczajnie mu sie przykro zrobilo, ze sie niespodzianka nie udala... GRRRRRRRRRRRRRR... Mam nadzieje,ze wlasciwa instancja zanotowala, rozge przyniesie i zgage i kaluze pod nogami i slizgawice, zeby sobie pojechal na pietach i d... obtlukl i jakies zylaki, hemoroidy, pasozyty i 40 dowolnie wybranych plag egipskich...Ciekawe czy niespodzianka tego samego sortu dotarla do drugiej Babci i Dziadka i do Mamy Chrzestnej...
niedziela, 18 grudnia 2011
Moja znajoma marynarka http://tnij.org/oovv wlasnie szuka nastroju swiatecznego... Fakt, nielatwo mi jest znalezc atmosfere lat dzieciecych, zapachow jeszcze swiatecznych nie ma... ale w kuchni stoja 4 puszki i miska pysznych pierniczkow, ozdoby swiateczne w koncu dzis odkurzone i powieszone, a za oknami sypnelo akuratna iloscia bialego puchu, ktory blaaaagam niech juz z nami ostanie,bo swiat naokolo zrobila sie jakos taki bardziej zimowy, przyjazny, jasny no i swiateczny... W pokoju siedzumy przy kominku, z braku szyby jest blacha wiec nie widac trzaskajacych plomieni w tym roku, ale milutko i cieplutko. Na obrzezy stoja swieczki i plomyki migaja... W glowie powoli klaruje sie plan dzialan na nastepny tydzien do Wigilii. Jutro rozejrzec sie za drzewkiem i moze kupic plus dziecko ma w szkole julfest czyli cos w rodziju polskiej wspolnej Wigilii, beda razem jedli potrawy zamowione na wynos z restauracji, a potem tance albo ogladanie wspolne filmu, co sobie wybiora. Wtorek domowo, wiec moze uda nam sie ubrac choinke? W srode Dawid ma ostatni trening przed swietami a ja moze wybiore sie z kolezanka na podwojna godzine Zumby w Sollefteå, wiec pewnie niewiele bedzie przygotowan do swiat, chyba ze zaliczyc do nich zrzucanie kalorii, hehe... Za to w czwartek pelna mobilizacja, zakupy, odmrazanie lososia, ktory trzeba w polowie w piatek upiec w majeranku, mniam a w polowie zrobic w galarecie mniam, mniam... Poza tym w czwartek trzeba odsolic sledzia na szube i obgotowac marchewke, tejze roche wiecej od razu do salatki. W pt jaja do szuby i scieramy pyszne warstwy, potem w kosteczke kroic bedziemy salatke z marchewki, jablka, grzybkow marynowanych, jajek, ogorkow kiszonych i kukurydzy i groszku z puszki, mniaaaaam...Co tam jeszcze... aaaa pierogi ruskie wyjac z lodowki,ale to pewnie albo wieczorem w pt albo w sb rano i ciacha zamrozone przy okazji pieczenia na urodziny Dawida, brownies pyszne, seromakowiec i jablecznik...Pewnie jeszcze zrobie jaja faszerowane na pierwszy dzien swiat, bo one sa z szyneczka... No i jak ma sie tyle planow kulinarnych to przeciez nastroj trzeba miec, prawda??? Mam nadzieje, ze w pt uda mi sie wyjsc wczesniej, planuje wyjsc w lunch, to wtedy i zdaze ze wszystkim i nie bede musiala gonic w pietke... Kiepsko te swieta wypadaja w tym roku, malo czasu, malo wolnego, ale zrobimy najlepsze z tego co sie da... A dzieki mojej kochanej, niezawodnej mamusi bedziemy mieli oplatek na Wigilie do podzielenia sie dzieeeeki kochana, juz mialam Anitke prosic,zeby z Polski koniecznie przywiozla, ale przyszedl razem z kartka swiateczna... Buziaki, nam tez bedzie Was brakowalo... Ciebie zwlaszcza... U nas juz spokojniej, pogadalismy, cwiczymy pozytywne nastawienie, Radus bardzo, bardzo sie stara...Psychoterapia czyli madre Polakow rozmowy z profesjonalista beda jak najbardziej na miejscu,a poki co odreagowalismy spedzajac mily, lazy, prawie rodzinny wieczor w pt u Niamkow, bylo faaaajowsko, bezstresowo, beznapieciowo, graniowo, dyskusyjnie i spokojnie... Po powrocie w ramach sobotniego nicnierobienia zrobilismy pare rzeczy, tylko to 21 nam zeszlo a potem juz blogie nierobstwo, haha... Dzis dzien kuchenny, robota na 4 rece z naszykowaniem lunczykow na caly tydzien, najlepiej plynnych lekko, w sosiku tak zeby Radek podgrzal i z termosika sobie wyjadl. Mission comleted!!! Niedziela minela ostatnia adwentowa, ostatni przedswiateczny tydzien czas zaczac...
czwartek, 15 grudnia 2011
... jest takie przyslowie znacie prawda? Moze nie do konca adekwatne w naszej sytuacji, bo w ogolnym rozumieniu slowa az takiej biedy nie klepiemy. Nie finansowa znaczy... Choc zyjemy na chwile obecna na styk z oplatami, wydatkami i utrzymaniem domu, ale jakos z miesaica na miesiac idzie i prawie sie wiecej nie zadluzamy...Jedynie gdzie w glowie czasi sie lekki strach a co jak zachoruje??? Raz juz wyladowalam w szpitalu niespodziewanie, kto powiedzial ze nawet jesli to sie nie powtorzy to jakas inna przypadlosc mnie nie trzasnie... I zeby bylo jasne JA nie zaluje ze wyjechalam i wydaje mi sie,ze mimo pewnych trudnosci wyjazd byl jednak dobra decyzja dla naszej rodziny pod wieloma wzgledami. Mowi sie,ze co nas nie zabije to nas wzmocni. Mysle, ze moze w Polsce nasz zwiazek tez by sie rozwijal, ale nie narazony na tak drastyczne zmiany i przestaweinia wartosci chyba rozwijalby sie wolniej, moze w innym kierunku... Narazie jestesmy na etapie bliskim agonii, ale zyjemy, dychamy, prawie sie nie klocimy, prawie nie podnosimy glosu ani sie nie obrazamy. Rozmawiamy... Wyciagamy wnioski... Widzimy trudnosci i dzieki dobrym ludziom naokolo je rozwiazujemy... Byl spory kryzys w piatek. Duuuzy kryzys przyszedl we wtorek. Ale nas nie usmiercil. Rezultat? Monsz wraca do lekow, tabletki problemow nie zalatwia, ale moze chociaz mu samopoczucie wyrownaja i go lekko wzmocnia. Nad tolerancja stresu i jego wlasnym poczuciem wartosci trzeba natomiast popracowac. Ja weszlam na wyzyny talentow terapeutycznych i jak juz ustalilismy,ze wyciagam wszystko, ale monsz nie czuje sie atakowany ani obrazany ani inne podobne to mi sie udalo skladnie, ladnie i prawie czysta polszczyzna (choc brakuje mi czasami polskich slow z tej dzialki zauwazam) wyklarowac dlaczego uwazam,ze tu juz musi zaistniec jakas terapia, ze trzeba dostac perspektywe z zewnatrz, od kogos kto w tym siedzi i wie o co w tym biega i kto pomajstruje Radkowi w glowie i pouklada to co tam jest w nieco wiekszym porzadku a moze i pomoze mu nauczyc sie jakis nowych strategii, ktore beda bardziej uzyteczne w jego obecnej sytuacji, wieku i okolicznosciach. Bo inaczej nigdzie nie dojdziemy. Bo inaczej skonczy sie to rozwodem lub rozstaniem jego lub moja depresja, problemami z dzieckiem albo jeszcze jakims innym misiem... Bo w malym stresie to jeszcze sie potrafi ten moj skad inad wielki i silny fizycznie a czesto i silniejszy ode mnie psychicznie facet zmobilizowac, poprzeklina, potupie noga ale idzie i robi i jest w tym swietny. Uwazam,ze potrafi rozwiazywac naprawde trudne sytuacja, nad ktorymi ja zalamuje rece i nie wyobrazam sobie zeby ktos inny robil to lepiej. A w innych obszarach zycia te strategie albo nie daja rezultatu, albo sie zniechecil do ich probowania nawet. Stres zewnetrzny, wymagania, odpowiedzialnosc go wytracaja z jakiejkolwiek rownowagi, o ile w piatek poszedl bardziej w kierunku wscieklosci o tyle we wtorek byla rozpacz, placz i zakret totalny, w zasadzie strategia rozwiazania problemu spadla na poziom, ktory bylby uzyteczny dla moze 6latka, rozplakac sie a potem zostawic zabawki w piaskownicy i spadac do domu pod kolderke. W sumie nie wiem kto mnie tu czytuje. Jesli tesciowa, mam nadzieje,ze sie nie obrazi, jesli napisze,ze kariera zawodowa Radka nie istnieje. Sklep nie byl wyborem dobrowolnym byl przymusem z rozsadku. Niby nikt go na sile nie trzymal, wiadomo. Bylo nam dobrze pod wieloma wzgledami i w chwili gdy ja nie zarabialam i nie mialam dochodow to sklep dal nam srodki na zalezenie i utrzymanie rodziny a dzieki temu,ze mielismy gdzie mieszkac bylismy razem i mamy Dawida.Ale kazdy kij ma dwa konce. Radek wiele lat byl jednak mniej lub bardziej na swoim, nie musial wykonywac polecen obcego szefa. Mogl wiele rzeczy robic po swojemu... choc niby nie byl, bo zawsze byli rodzice, brat, ktos mial zawsze lepszy pomysl na cos, nawet jesli gdy trzeba bylo zaczac robic rzadko byli chetni. To juz przeszlosc, nie ma co jej rozgrzebywac, ale faktem jest ze sklep i pomogl i zaszkodzil... Potem pierwsz praca na zewnatrz, w normalnym swiecie i wszystko sie posypalo, nie wytrzymal presji. Wtedy byla pacjonalizacja, wynoszenie obiektywnych i prawdziwych trudnosci no i przeciez nie kopie sie lezacego, wiec pomoglam ile umialam. Teraz sie to msci. Wydawalo nam sie,ze nie uciekamy od niczego a ucieklismy i od przeszlosci i od klopotow i od niepowodzen, myslac naiwnie troche ze jak zaczniemy od nowa to sie juz nie powtorzy. I moze to byla dobra decyzja, moze wyjdziemy na prosta, ale narazie ponad 3letnie bezrobocie, zamykanie sie w sobie, bo brak jezyka, bo mnie nie zrozumieja a teraz reakcje na moze nielatwa, ale jednak do opanowania sytuacje na praktykach najlepiej pokazuja,ze moj inteligetny, wygadany i kochany monsz i ojciec czasami jest kompletnie nieporadnym malym chlopcem... Kocham tez i tego chlopca, ale on musi sie nauczyc trzymac na uboczu i nie wylazic na wierzch jak wszystko sie sypie. Wtedy musi oddac ster mezczyznie, ktory z kata musi sie wygrzebac i rzadzic i walczyc. NO!!! Jakos mi sie udalo w kazdym razie tego mojego chlopca uspokoic na tyle,ze sie zebral do kupy, rozwiazal problem praktyczny i nie schowal sie w mysiej diurze. Ile go to kosztowalo psychicznie i fizycznie moge sobie wyobrazic, padniety byl jeszcze wczoraj. Sen w tej calej sytuacji tez nie jest najlepszy i nie pomaga. Popoludniu byla rozmowa, wyciaganie wnioskow i konsultacje online z przyjaciolkami na netowej liscie, ktore pomogly mi sie zdystansowac, zobaczyc sprawe z zewnatrz i znalezc mozliwe opcje. Teraz pilka po stronie Radka, jedna juz odbil, dzis wzial lek, druga rekawica ma byc terapia, ktora mama kolezanki zgodzila sie poprowadzic wstepnie przez skype (terapia po szwedzku to jednak troche wyzsza szkola jazdy i narazie nie czuje Radek,zeby moglo mu to pomoc, zeby sie mogl do konca w takiej sytuacji otworzyc) a poza tym Radek sam zaproponowal jak moze sie dowiedziec co dalej z praktyka (no, ja go nieco naprowadzilam, bo jak sie nie wie i sie czlowiek tylko domysla i sie gubi z czarnych wyobrazeniach, to jaka najlesza droga z tego... ZAPYTAC...prawda???) i jesli dostanie propozycje zostania juz na normalnej pensji to pewnie sprobuje. Jesli nie to wracamy do punktu wyjscia i wtedy mam nadzieje,ze z pomoca terapii Radek sam w sobie znajdzie odpowiedz co i jak chce robic dalej. Powrotu na kanape do wysylania tylko cv netem juz nie ma, jesli nasz zwiazek ma dalej trwac. Bo nie o mnie tu chodzi, ale o nas, o to,ze nas to niszczy, wysysa sily i naped takze ze mnie. A wyprowadzki w nowe miesjce i wyrywania korzeni na ta chwile po raz kolejny sobie nie wyobrazam. Nie mowie,ze tego nie zrobie, ale bylaby to ostatecznosc dla naszej trojki. Miejmy wiec nadzieje,ze znajdziemy inne rozwiazanie za zakretem, jeszcze go nie widac, ale na pewno tam jest... Tez we wtorek natknelam sie na forum doktorowym na artykul nt wzrastajacej liczby samobojstw w Warszawie i innych polskich miastach: ''Zdaniem dr. Roberta Wyszyńskiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego, coraz częściej na samobójczy krok decydują się osoby, które straciły pracę i wpadły w depresję. Pracuje w tej branzy i wynika z tego,ze zajecia bede miala coraz wiecej a nie mniej. Kryzys, dobrobyt na kredyt, ktory staje sie pulapka i ktorego w sumie ja tez zazywam, utrata statusu i tempo zycia przede wszystkim, kotre stawia przed nami coraz wieksze wymagania a nie dalo nam narzedzi w mlodosci do nauczenia sie jak sobie z tym wszystkim radzic... Wracam do pracy. Dobrze, ze nie mam w tym tygodniu zbyt wielu pacjentow, chyba nie bylabym sie w stanie na tym skupic, zeby im skutecznie pomagac...
niedziela, 11 grudnia 2011
Tututttuuuuu... Odtrabione przygotowanie pierogow ruskich na Wigilie. Mialam w zasadzie w zamiarze przygotowanie wczoraj tylko farszu a skonczylo sie wykonczeniem pierozkow.Nie liczylam dokladnie, ale kolo 80 sztuk jest. Ufff... Uwielbiamy wszyscy ruskie pierogi, stad ten wybor wigilijny, nieco specyficzny. Ale lepienie ich nie nalezy do moich ulubionych czynnosci... Wigilie spedzimy z przyjaciolmi. Robota sie dzielimy i kompletujemy, oni zrobia barszczyk z tortellini udajacymi uszki, ja rybke lososia pieczonego i chyba tez w galarecie, salatke warzywna i w/w pierogi a Jacek ma zlepic pierogi z kapusta i grzybami.Do tego zrobia salatke z tunczykiem. Po zarciu beda ciacha seromakowiec, jablecznik, brownnies, pierniczki i ciasto szafranowe... Mniami... Dzis obiad u znajomych, potem dekorowanie domkow z piernika u innych... Bedzie prawdziwie przedswiatecznie... Dzingel beeeeels dzingel beeeeels dzingel on de weeeeeej... :-P PS. Wieczorem musze w koncu wywiesic przedswiateczne dekoracje, moje bombeczki, ktore przyjaciolka okreslila czulym mianem KARCZOCHOW...
wtorek, 06 grudnia 2011
Odtrabiony snieg stopnial, potem bylo pare dni szklanki i deszczu. Wczoraj wieczorem biala cieeeeniuuuutka warstewka pokryla swiat naokolo... No nie powiem ladniej tak jest choc jak na moj gust jakies 10-20 cm sniegu w zupelnosci by wystarczylo... Dzis wazny dzien... 11 lat temu, dokladnie o tej proze, lezalam na porodowce w Lubinie, dolnoslaskie, stekajac i prac, by dokladnie o godz. 16.05 stac sie pelnoprawna i pelnoetatowa mama pewnego nastolatka... Nie wiem kiedy zlecialy te wszystkie lata... Czasami tesknie za tym malenstwem slodko mlaszczacym przy piersi lub wrzeszczacym ile pary w plucach, za tym urwipolciem 2latnim, ktory najlepiej znal jedno slowo NIEEEEE i zawsze zmierzal w przeciwnym kierunku, za 3latkiem, ktory odwaznie i bez mrugniecia okiem szedl najpierw do zlobka a potem do przedszkola, za 4-5 latkiem, ktory zaczal coraz wiecej i wyrazniej mowic i pytac, za rosnacym w rozumiem i wzroscie 6latkiem konczacym zerowke i wkraczajacym na dluuuuga i kreta droge edukacji, za przestraszonym nieco szkola i narastajacymi obowiazkami prawie 7latkiem, odwaznym 8latniem, ktory dzielnie zniosl najpierw przeprowadzke do Wawy, potem do Szwecji, nieco niesmalym 9latkiem, ktory pracowicie uczyl sie jezyka i staral sie nawiazac przyjaznie z tubylcami, za 10latkiem, ktory swietowal wejscie w 2cyfrowy wiek... Kolejny roczek minal... juz nie kilkulatek, ale nastolatek, mlody bo mlody, ale jednak. 100 lat synku!!!!!!!!!!
wtorek, 29 listopada 2011
Dopiero co donosilam,ze sniegu ani widu ani slychu a tu w niedziele aura nas zaskoczyla i sniegiem sypnelo, jak to zwykle bez umiaru od razu z 10cm...I co dziwne mimo granicznej temperatury na zewnatrz wciaz jest bialo, choc siedzac wlasnie przed komputerem w pracy slysze jak z dachu woda pokapuje, podejrzewam wiec,ze czesc z tego sniegu w wode sie zamieni a czesc pewnie w nocy zmrozi na przyjemny lodzik,zeby mi sie jutro z rana milej sunelo na zajecia z liderowania. Bede nadrabiac zajecia z dynamiki grupy, ktore z moja grupa mialabym w kwietniu, ale akurat wtedy zdaje teoretyczny egzamin z podstawowego kursu metodyki prowadzenia badan naukowych (uff jakos mi sie idalo przetlumaczyc ze szwedzkiego na polski, choc jakos po szwedzku lepiej mi to brzmi, hehe) i musze nadrobic teraz. Wogole dochodze juz od dosc dawna do wniosku,ze zorganizowanie sobie specjalizacji, pewnie w Polsce tez, ale w Szwecji przede wszystkim, ze wzgledu na mnogosc elementow obowiazkowych takich jak kursy, szkolenia, staze, auskultacje itp wymaga pojemnego kalendarza, zdolnosci organizacyjnych i stalej kontroli czy cos sie z czyms nie kloci, nie pokrywa, nie przeszdzadza... Nu ale w koncu nikt nie obiecywal ze bedzie prosto... I jako ze zaczynam widziec poczatek konca tych wiecznych puzzli, zaczynam tez coraz wiecej slyszec planow,ze strony mojej opiekunki specjalizacji i drugiego specialisty o tym,jak to beda ograniczac prace, schodzic z etatu itp... Bach sie strac... tzn strach sie bac, wyglada na to,ze na drugi dzien jak dostane papiur specjalisty przejme przychodnie i oddzial, chyba ze moj nowy kolega, mlody stazem, nieco mniej mlody cialem zalapie sie na stare zasady robienia specki i skonczy ja wkrotce po mnie (mniej formalnosci, mniej papierkow, latwiej, wiec moze dac rade, ja niestety nie mialam szansy poprobowac nawet bo szwedzka legitymacje dostalam za pozno...) Pytacie czemu pisze na blogu zamiast pracowac? Bo kazdy mozg moze sie w koncu przegrzac i potrzebowac odskoczni... a przegrzalam sie na poszukiwaniu literatury do mojego projektu. Siedze sobie wlasnie i przeszukuje 1 z wielu dostepnych baz medycznych i okolomedycznych a okazalo sie,ze nasza biblioteka, a mam na mysli wojewodzka biblioteke medyczna a nie jakas krajowa, ma dostep do prenumerat ponad 2000 czasopism roznego typu a nawet jesli nie prenumerujemy czegos, to jesli potrzebujemy jakiegos artykulu, mamy pelne prawo je na koszt biblioteki zamowic... Piekne co??? No to siedze sobie i grzebie w poszukiwaniu pomocnej do mojej pracy literatury, krazac poki co wogkol migracji i imigracji pracownikow sluzby zdrowia ogolnie pojetej, zwlaszcza lekarzy a momentami nawet w szczegolnosci psychiatrow. Zamierzam sobie pobadac jakie to czynniki przyczynily sie,ze wielu lekarzy przyjechalo do naszego malego szpitala z roznych krajow, jaka jest ich sytuacja rodzinna i okolomedyczna ogolnie mowiac, co sprawia,ze chcieliby tu zostac lub stad spadac i czy pracodawca moze miec na ich decyzje jakis wplyw. Ten kto sie troche na pisaniu prac naukowych zna juz widzi,ze nie beda to studia statystyczne a bardziej opisowe, polegajace na analizowaniu, wyciaganiu wnioskow i probie zrozumienia wzrocow... No to wracam do moich poszukiwan, mam jeszcze godzinke na nie dzisiaj a potem do domku... Sajonara... |
3ci mecz zremisowany 10:10... w piewszych kilku minutach chlopaki z przeciwnej druzyny miazdzyli naszych szybkoscia ataku, parli jak blyskawica. Przy 1 do 4 juz zwatplilam w sukces, co niniejszym odszczekuje hauuhauu...Bo Ramvik sie otrzepal podniosl, atak przyspieszyl, obrona z czynnym i dobrym udzialem Dawida sie uszczelnila, przy 7 do 7 wyrownalismy, potem nawet prowadzilismy 8 do 7 i bylo wet za wet. Niestety wyrownali. Wlos mi sie zjezyl na glowie bo sedzia za ostatni powstrzymany ich atak zarzadzil karny, ale przestrzelili... Coz, oni z remisem i tak weszli z 2go miejsca do finalu A, my do finalu B, byloby na odwrot, gdybysmy wygrali. Ale niewazne, bo wlasnie takie emocjonujace, wyrownane mecze do ostatniej sekundy czlowiek chce ogladac...