|
+++++++++++++++++++++++++
|
czwartek, 04 lutego 2010
...wlasnie przeczytalam wpis przyjaciolki (moge tak powiedziec o Tobie??? w sumie malo sie znamy, ale jakos tak mi blisko do Ciebie choc geograficznie daleko...) i tak sobie pomyslalam...
W zasadzie to ja w piatek zakoczylam pierwszy semestr mojego kursu psychoterapii poznawczo - behawioralnej.Formalnie zajecia skoczylismy w polowie grudnia, ale do 7 stycznia musielismy zapisac hemtentamen czyli w wolnym tlumaczeniu "egzamin domowy" - w zasadzie nalezaloby nazwac to praca zaliczeniowa. Maksymalnie mozna bylo dostac 24 punkty, 19 zeby zaliczyc - dostalam 21,5 - chyba niezle jak na invandrare czyli imigrantke z az 1,5 rocznym stazem???
Ale zeby nie bylo za letko to moj pacjent caly czas albo odwoluje wizyty albo nie przychodzi, nie widzialam go w sumie od listopada... Szansa na to,zeby udalo nam sie rozpoczac czesc lecznicza naszych spotkan wydaje sie byc niewielka... Coz, dzis napisalam niezwykle dyplomatyczny list, sama sie wycofujac z naciskania na niego i oddajac jemu inicjatywe.Pilka na jego czesci boiska, zobaczymy co odpowie a ja powoli zaczne sie rozgladac za nowym pacjentem...
Macie kogos z lekiem panicznym albo z fobia spoleczna??? Przysylajcie do Kramfors...
Na dworze marne -2, az trudno uwierzyc majac w pamieci piatkowe i sobitnie prawie -30...
Oczywiscie bylo to az 2dniowa tym razem fala mrozow, trafilo na nasz wyjazd ze zwiazkiem zawodowym lekarzy na doroczny zjazd regionalnej sekcji.. Wyjazd do miejscowosci Åre, ktora przez Szwedow jest traktowana jak jakis kurort alpejski a ktora na mnie zrobila wrazenie moze 1/3 Karpacza... Patrzylismy z nieogranoczonym podziwem na rzesze narciarzy dzielnie pracych na stok i wracajacych spowrotem z sopelkami na rzesach, brwiach, pod nosami i wogole wszedzie... My za to spedzilismy calkiem mile chwile w basenie i saunie hotelu http://www.holidayclub.se/hotell/start/, zjedlismy droga pizze na obiad i pyszny stek na kolacje, takze bylismy calkiem zadowoleni ;)
Nieco nam sie zadowolenie skwasilo przez to, ze dziecko nam sprzedalo katar, jemu po 3 dniach przeszlo a my wciaz prychamy i (w)zdychamy...
Byle do wiosny...
wtorek, 19 stycznia 2010
Oj tak, tak, wydaje mi sie jakbym to dopiero wczoraj siedziela w Malmo piszac poprzednia notke (chyba sama do siebie, coz, nie ma co ukrywac,ze poczytnym moj blog nie jest...) a to juz 2 miesiace temu...
Na swoje usprawiedliwienie Wysoki Sadzie mam to, ze w moim zyciu wiele sie dzialo w tym czasie... niestety wiecej zlego niz dobrego...
Moja kochana Babcia jest chora.Mniej wiecej zaraz po przyjezdzie moim z Malmo, zaczely sie klopoty po kolejnej z kolei, piatej z szesciu zaplanowanych chemii... nie mogla wyjsc na prosta, byla slaba, okazalo sie,ze wyniki morfologii bardzo sie pogorszyly, bardziej niz poprzednim razem po drugiej chemii.
Zapadla decyzja,ze dostanie znowu transfuzje tym razem nie 2 a 3 jednostek krwi. Poprzednio jakby w nia wstapilo nowe zycie, tym razem poprawa nie byla taka spektakularna, dalej byl dosc slaba.Wypisali ja z interny, ale nie czula sie calkiem dobrze.
Wieczorem tego samego dnia dostala goraczke i biegunke.To ja wymeczylo potwornie, kilka nastepnych dni radzilam mamie i dziadkowi ja przede wszystkim poic bo miala bardzo niskie cisnienie 60/40 i byla coraz mniej kontaktowa a goraczka skakala co pare godzin do 39st. Byli nawet na izbie, karetka ja zawiozla, dali kroplowke, sprawdzili wyniki, dali antybiotyk i stwierdzili,ze w babci stanie z rozregulowana odpornoscia bezpieczniej dla niej bedzie lezec w domu...
W poniedzialek bylo juz na tyl zle, ze dziadek poprosil ich lekarke rodzinna na wizyte domowa, ona zaraz po zbadaniu zdecydowala,ze nie ma na co dluzej czekac.W szpitalu przez pierwsze dni babci kolejnego pobytu byl zakaz odwiedzin, wiec nawet mama ani dziadek nie mogli byc przy niej, byl akurat szczyt zachorowan na grype. Z jej punktu widzenia bylo to moze nawet i lepiej, ze te kilka krytycznych dni miala mniejszy kontakt z drobnoustrojami, ale my wszyscy wahalismy sie miedzy ostrozna nadzieja i placzem...Czulam sie taka totalnie bezsilna... Caly czas myslami bylam przy niej, w pracy, w domu, wieczorem przed snem. Mawiaja jak trwoga to do Boga... tia...
Babcia tak naprawde juz sie ze swoja choroba troche oswoila, zyje przeciez juz dobre 20 lat od pierwszego jej ataku.Mimo wszystko, choc te lata z nia mozna by bylo potraktowac jako czysty zysk to ma sie poczucie niesprawiedliwosci, dlaczego teraz, dlaczego znowu ona, dlaczego po tylu latach... Wznowa w bliznie w 2000r. byla szokiem, po tylu latach spokoju, kiedy wlasciwie 5 lat bez nawrotu przyjmuje sie za wskaznik wyleczenia, w dodatku sprawdzana byla zdrowa piers i tam sie nic nie dzialo, a nikt w tamtym czasie nie sprawdzal co sie dzieje w bliznie... Jak z tego w miare wyszla to znowu gammapatia sie przyplatala, tez choroba na tle nowotworowego rozrostu komorek w szpiku, taka, ktora rzadko zabija, ale zwykle tli sie w organizmie i powolutku go oslabia z roznych stron.I serie leczenia, duzo lagodniejszego niz teraz, ale jednak zwykle po jakims czasie nieskutecznego, proba za proba... Babcia bardzo jest dzielna, zwykle wogole nikt by nie pomyslal,ze wogole ma jakies problemy ze zdrowiem, usmiechnieta, zawsze jest skupiona na innych.Nazywamy ja czasami babcia - terrorystka bo jak sie do niej idzie po prostu nie sposob sie obronic przez najedzeniem, napiciem do wypeku ;-) i zawsze z usmiechem ale tak nas wymanewruje ze zwykle w koncu robimy jak chciala...
Juz sie wydawalo,ze jednak sprobuja nowego, skutecznego choc nie obojetnego leczenia szpiczaka, to zupelnie przypadkiem odkryli plyn wokol pluc...Szczescie w nieszczesciu mozna by powiedziec bo 2 tyg pozniej bylo go tyle,ze babcia prawie nie mogla oddychac... Bardzo ja namawialam na leczenie tlumaczylam,ze jakby lekarze ja zdyskwalifikowali z leczenia chemia to by znaczylo,ze nie ma szans, ale skoro chca ja leczyc to nie wolno sie poddawac... Zniosla 5 z 6 zaplanowanych chemii, nie bez powiklan ale 4 razy jakos sie z nich wygrzebywala w ciagu tych 3tyg przerw, teraz juz nie dala rady... za duzo na raz dla jeden nawet tak dzielnej i walecznej osoby... Ale wierzylismy, ze musi byc dobrze, po prostu MUSI...
No i narazie chyba jest.Kiedy bylam u niej na jeden dzien w Polsce na pocz grudnia juz byla lekka poprawa, ale wciaz balismy sie miec nadzieje,ze to minie i ze wroci jeszcze do domku. Wciaz ciezko oddychala, szybko sie meczyla no i momentami opowiadala o rzeczach, ktore na pewno rozegraly sie w jej glowie a nie w rzeczywistosci. Mozecie sobie wyobrazic jak ciezko odejsc od lozka babci, ktora blaga,zebym zostala bo boi sie ze pielegniarki zrobia jej w nocy krzywde...
Ale kryzys minal, z kazdym dniem miala i ma sie lepiej.Po chyba jeszcze tygodniu na internie przeniesli ja na 2 tygodnie na paliatywna, gdzie ustawili jej leczenie p/bolowe i w poniedzialek przed swietami wypisali do domku.Dal pewnosci wzielismy skierowanie na po swietach, ale mimo pewnych trudnosci poradzili sobie z dziadkiem w domu z pomoca na poczatku nas a teraz glownie mojej mamy...
Babcia nie wie o tym,ze choroa sie rozsiala, przynajmniej nie od nas ani nie od lekarzy, czy sie sama domysla nie wiem... Uznalam,ze bedac tam gosciem na pare swiatecznych dni nie mam prawa jej mowic, skoro ani dziadek ani mama tego nie zrobili... Poki co jest dobrze, miala duze problemy z podnoszeniem sie z siedzenia i chodzeniem, ale cwiczy codziennie i jest juz w stanie prawie sama to robic, czasami z niewielka pomoca, choc nogi sa dalej slabe... Uzywaja pampersow dla bezpieczenstwa, babcia probuje nabrac wagi bo stracila jej troche przez te 2-3 tygodnie.Ma apetyt, wiec waga idzie w gore, juz nawet powiedziala, ze musi znowu zaczac uwazac na ciasta i slodycze po w swieta sobie pozwalala na male ilosci, a wiecej przytyc nie chce...
Co bedzie dalej???Nie wiemy... Mama unika tematu z nia, babcia wprost nie pyta, choc poprosiila mame o zalatwienie z rodzinna skierowania na podstawowe badania, na rehabilitacje itp.Ale o dalsza chemie nie pyta, zobaczymy... Oczywiscie moze wie, moze sie domysla... Moze nie wie a odczekuje az nabierze wiecej sil...
Nie chcialabym jej musiec wyjasniac tego przez telefon, choc jestem gotowa to zrobic, jesli zajdzie potrzeba. Mama powiedziala,ze nie chce brac tego na siebie, ze nie odwazy sie, bo boi sie,ze babcia stracilaby wole walki i dalszego zycia... Ale czy nie straci jej jeszcze bardziej jesli dowie sie przypadkiem lub od kogos obcego??? Ma wokol siebie wiele osob, dla ktorych jest wazna i dla ktorych powinna chciec zyc, ale kto wie, jak zareaguje w takiej sytuacji? My rodzina nie wiemy...
Zycie toczy sie dalej, po trudnym grudniu przyszedl Nowy Rok i styczen, po swietach niespodziewanie spedzonych jednak w Polsce (dostalam dodatkowe wolne w zwiazku z choroba osoby bliskiej, nie wiedzialam,ze jest cos takiego i mam nadzieje,ze nie bedzie mi potrzebna ta wiedza zbyt czesto...) wrocilismy do zwyczaju rozmow telefonicznych z babcia raz na pare dni i czekamy, jak jej organizm sie bedzie zachowywal...Oby do lata, oby minal czas przeziebien i infekcji, to jest cos czemu jej organizm moglby nie podolac...
Ciezko bylo patrzec na Babcie,taka chudziutka, zmieniona, z siwymi cienkimi wloskami...Zawsze miala takie piekne fryzury, upiecia, koki, wlosy od wielu lat rozjasniala wiec byly dosc suche, ale za to swietnie sie trzymaly upiete i w dobrze zrobionym koku mogla chodzic i 2 tygodnie ;-) Zawsze umalowana, elegancka, teraz siedziala na fotelu w pizamce i sweterku, na Wigilii dala rade pobyc z nami moze z 1,5 h a potem musiala sie polozyc odpoczac...Koniecznie chciala przyjsc do mamy w pierwszy dzien Swiat, na imieniny, ale po tym zdala sobie sprawe,ze skorka nie jest wart wyprawki i ze pewnie nie posiedzialaby zbyt dlugo z nami a trzeba by ja bylo znosic, wnosic, wiezc...A to jednak i wieksze zagrozenie, ze ktos czyms ja zarazi...
Mam tylko nadzieje,ze cokolwiek jest jej pisane spedzi ostatnie miesiace zycia w domku i zasnie spokojnie, kiedy przyjdzie czas, ze nie bedzie cierpiala... Szkoda w takich momentach, ze czlowiek jest tak daleko i nie moze wpasc na kawke i galaretke do Babusi :-(
poniedziałek, 16 listopada 2009
Tak tak, moi mili parafianie... Od stalego, europejskiego ladu dzieli mnie tylko tenze twor

Most nad Sundem (dun Øresundsbron, szw Öresundsbron) przebiega nad cieśniną Sund i łączy Kopenhagę, stolicę Danii z Malmö w Szwecji. Dokładniej połączenie składa się z mostu o długości 7845 m, sztucznej wyspy o długości 4055 m i tunelu o długości 3510 m. Szlakiem tym przebiegają dwie dwupasmowe jezdnie i dwa tory kolejowe. Droga przebiegająca przez most jest częścią drogi europejskiej E20. Most ten jest najdłuższym mostem w Europie, jak również najdłuższym mostem na świecie, który łączy dwa państwa. Most otwarto 1 lipca 2000 (za wikipedia.pl).
I od razu czuje sie roznice...powietrze jakies takie lagodniejsze, bardziej jesienne a po drodze z kursu do hotelu, kiedy juz mialam wdepnac na zakupy do supermarketu ICA natknelam sie na... Polskie Delikatesy :-)
Zachwytu na widok polskich sokow, powidel, zup, puszek, oscypka, slodyczy i wielu innych rzeczy nie zrozumie nikt, kto robi codziennie zakupy w osiedlowym sklepiku a raz w tygodniu wybiera sie do hipermarketu w Polszcze, zrozumiec to moze tylko emigrant ;-)
I niby na codzien az tak nie brak mi wielu produktow, ale jak przychodzi co do czego to tak jak dzis wychodze z pelna reklamowka, tylko jedna bo z wieksza iloscia nie zabiore sie do domu...Jakbym tu przyjechala autkiem sluzbowym zostawilabym w tymze sklepie majatek a tak tylko marne 130zl ;-)
No ale apropos podrozy... Na szczescie spowrotem wracam samolotem a raczej samolotami, zabierze mi to cale 5,5h od wyjscia z kursu do wyladowania na lotnisku 20km od domu...W niedziele niestety tak latwo nie bylo i podroz z Kramfors (2 autobusy do Sundsvall, pociag do Sztokholmu i nocny pociag ze Sztokholmu do Malmo+ lacznie ok.2h15min czekania miedzy polaczeniami) zajela mi marniutkie 14,5h...
No ale musze przyznac,ze przebieglo to i tak zadziwiajaco sprawnie, bez zadnych opoznien, i nawet hotel znalazlam. Pokoj okazal sie byc spory, z duzym 2os lozkiem, kanapka, stolikiem, lazienka a nawet wneka kuchenna z lodowka, mikrofala, mala kuchenka i naczyniami... Od biedy mozna i obiadek sobie ugotowac ;)
No ale minusem jest to,ze cale 5 dni bede sama...samiutka...Niech mnie ktos przytuuuliii...
Tia...
No ale jeszcze wracajac na chwile do podrozy, czas przejazdu z Sundsvall do Sztokholmu to jedyne 3h 20min (ok 400km), fajnie co??? Wrazenia sa momentami nieprzyjemne, czuc przyspieszenie w uszach, ktore sie zatykaja a jak sie odzie czlowiek czuje sie jak po 2 Zywcach ;-) tak zarzuca na zakretach... Juz za ok. 2 lata maja kolej puscic dalej na Polnoc i bedzie latwiej sie wydostac z Kramfors, przez ktore kolej ma jezdzic, oby, oby :-)
Natomiast do co nocnego pociagu juz wiem, ze NIE NALEZY zgadzac sie na lozko na gorze...Wiecie jak wysoko ono jest???Wyobrazcie sobie wysokosc normalnego polskiego wagonu kuszetki zy sypialnego, widzicie oczami wyobrazni 3 lozko, to najwyzsze???To moje 3cie lozko bylo na wysokosci jakby 4tego w polskim wagonie!!! Herre God (Dobry Boze) jak nie mam leku wysokosci to wlazlam tam i do rana nie schodzilam... Spac wiele tez nie spalam, bujalo jakos tak i trzeslo... takze pozwole sobie udac sie za chwile na zasluzony wypoczynek, by nabrac wigoru na kolejny dzien wykladow nt alkoholizmu, narkomanii i uzaleznienia od lekow uspokajajacych,,, po zajeciach skocze chyba po winko do Systembolaget :-P
Hyk...
Dobranoc :-***
niedziela, 18 października 2009
Chciala Szanownym Panom i Drogim Paniom przedstawic nowego czlonka naszej male rodziny :

Jeszcze nie wiemy jak bedzie mial na imie, robocze wersje to Alex, Leon... wiecej pomyslow narazie brak.Z Rudim poki co obchodza sie na wieksza odleglosc, cos tam oba dwa posykuja albo udaja ze sie nie widza ;-)
środa, 07 października 2009
++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Blox mi nie puscil calego tasiemca w jednej notce...Matko, co ja stworzylam...
KONIEC O PRACY!!! Ufff...
Dawid juz na serio zaczal szwedzka szkole.Przynalezy juz calkowicie do swojej klasy, obecnie drugiej.Ma to szczescie,ze do tej samej, z reszta jedynej klasy 2giej trafili Taye, kolega z zeszlego roku i Abasim, kolega ze swietlicy.Poza tym ma tez kilku kolegow rodowitych Szwedow i w klasie i w swietlicy i nawet na naszej ulicy. Mam wiec nadzieje,ze jemu sie wszystko dobrze uklada.Wyglada na w miare zadowolone z zycia dziecko. Lekcji ma mniej niz w Polsce, choc mamusia dba o jego czas wolny zadajac rozne zadania z ksiazki do klasy 2 z Polski, tak zeby nauczyl sie pisac po polsku, nie zapomnial calkiem jak sie czyta no i rozwijal swoja wiedze o Ojczyznie.Glupi to on nie jest, ale glowa kapusciana straszna.O graniu na PS2 albo PSP na pewno nie zapomni, ale juz o a) przebraniu sie w domowe ciuchy, b) wrzuceniu ciuchow do prania, c) zgaszeniu swiatla, d)podlaczeniu komorki do ladowania (o dziwo o PSP pamieta, hmmm), e)odlozeniu na miejsce pada, sluchawem, 1000 innych rzeczy itp, itd, itk, itm...na pewno...Walczymy z tym, czasem jak nam sie zbierze krzykiem, systemem punktow karnych, a ostatnio systemem nagrod, ktory jednak z racji moich niebytnosci w domu nie do konca sie jeszcze wyksztalcil i troche nam kuleje...
Na szczescie w zasadzie nie choruje.Mocno zastanawiam sie nad zasadnoscia szczepionki na swinska grype, ktora ma byc bezplatnie wykonana na wszystkich zyjatkach w Szwecji, sama jeszcze nie wiem czy sie zaszczepimy, zwlaszcza,ze opinie na temat szczepionki rozne sa i w Szwecji jak i w wielu panstwach Europy pandemii poki co nie widac...Ma 8 stalych zebow z przodu, kilka z tylu, reszta mleczakow narazie siedzi twardo...Rosnie jak na drozdzach, w weekend kupowalismy mu nowe buty zimowe, jedne ma rozmiar 36 drugie 37, brakuje 1-2 rozmiarow i bedziemy sie dzielic butami, czyt mama po roku dostanie w spadku pare par butow...Nasze skarpetki i koszulki a nawet i majtki czasem Radek juz myli ;-) Chlop siega mi pod nos i mysle,ze kolo 10 urodzin bedziemy juz mogli rozmawiac oko w oko...Tylko czekam jak mu sie waz sypnie, falsetem przemowi i przyprowadzi do domu dziewczyne ( bo mam nadzieje,ze jendak nie chlopaka), powiadamiajac mnie,ze przed 40stka zostane farmor, czyli babcia (mama taty). Rozumek nie nadaza za cialem, mimo to dziecko ku polechtaniu mojej dumy ale i przerazeniu komunikuje mi czasami, ze on to sie na medycyne wybiera...Pewnie mu sie jeszcze nieraz zmieni...
Odkad nauczyl sie jezdzic na rowerze i na Komunie dostal i rower i hulajnoge byl przez cale lato i jeszcze teraz bardzo samodzielny.Czesto jechal sam ze szkoly, albo po szkole jechal do kolegi i wracal troche pozniej.To sie skonczy wraz z pierwszym sniegiem, ale na pewno ten etap uniezalezniania sie od rodzicow jest juz w rozpedzie...Z reszta sami na tym korzystamy czasem zostawiajac go na troche w domu jak jedziemy na zakupy czy np chcemy isc do kina...
Aaaaaaaaaaaa tak, tak chodzimy, czemu nie... tzn bylismy az cale 3 razy, 1 na Harrym najnowszym, za to 2 razy na ambitnym filmie bo szwedzkojezycznym...Slyszeliscie o ksiazkach Stega Larssona? Podobno sa tez popularne w Polsce a film na podstawie pierwszej czesci trylogii Millenium byl rozpowszechniany w wielu krajach.Filmy sa naprawde niezle, zwlaszcza 1 czesc, choc druga tez niezla, jezykowo dosc trudne nawet na moim poziomie, zwlaszcza ta nowa czesc, ludzie mowia tam dosc niewyraznie i szybko, choc oczywiscie sens calosci sie rozumie.Przeczyttalam juz na wakacjach w Turcji ;-) pierwsza czesc a teraz czytam druga, zeby poglebic temat (bo film jednak z koniecznosci wiele ciekawych watkow pomija), w oryginale oczywiscie (w razie jakbym nie miala dosc szwedzkiego po 8 h w pracy lub po 4dn kursie na temat teori wyuczania sie nowych umiejetnosci albo teori przywiazania czy jakzesz to sie moze po polsku nazywac)
Plany powiekszenia rodziny ograniczymy chyba narazie do nabycia metoda kupna nowego kota, coby nasz Rudi mial towarzystow na zime.Ostatnio sie tak rozzuchwalil, ze zaczal polowac na okoliczne ptaszki, znasza trofea do domu i odwiedzac naszych sasiadow, skaczac im na klamki, zeby otworzyc drzwi (niezly jest, co??? umie tez aportowac rurki, poza tym ze smakiem pozywia sie np moim strojem kapielowym, skarpetkami, juz woreczki foliowe i w/w rurki wydaja sie mniejszym zlem, dopoki po ich zezarciu nie odda tego co przyjal). Wszystko to dzieki zamkowi magnetycznemu i na niego otiweranej bramce w drzwiach garazu, przez ktore to drzwi wychodzi i wchodzi kiedy chce... Takze skoro juz nawet Radek dojrzal to nabycia kota, zamierzam kuc zelazo poki gorace.Licze po cichu, ze mlody kociak da Rudiemu w kosc tak jak kiedys on s.p. Szajbie i to go zniecheci np. do konsumpcji 3ciego juz stroju ;-) Innych powiekszen rodziny spodziewac sie trudno.Mimo kolejnen w moim otoczeniu epidemii ciaz (jedna zaowocowala 2mies Lenka, 3 kolejne swe rozwiazanie beda mialy na przelomie ok. 4 tyg od konca listopada do konca grudnia) ja wydaje sie byc zaszczepiona i calkowicie odporna na ten zarazek.Mimo 5 lat prob efektow brak.Jeszcze byly jakies podejrzenia a to ze u mnie jakis feler a to ze u Mensza, ale ostatnie badania sa w normie a dzidzi nowej jak nie bylo, tak nie ma.Czasem mysle,ze moze po prostu nie jest nam dane... albo ze to nie czas i nie miejsce i dlatego dzidzia nie pcha sie na swiat... Kto wie... Bedziemy jeszcze drazyc, choc mam pewne watpliwosci czy w obliczu braku pracy Radka, tylko 1 pensji, mojej specjalizacji, roznicy wieku miedzy Dawidem-jedynakiem, mojej zeszlorocznej przygody szpitalnej (choc niby RMI nic nie pokazuje i jestem uznana za calkowicie zdrowa) i jednak wieku ;-))) warto podejmowac jakies bardziej zmasowane dzialania, to jednak jakas czesc mnie (pewnie ta pragnaca zachowac kontrole nad wlasnym zyciem) nie chce odpuscic marzenia od rodzince typu 2+2 (+2koty i 200m domek).
W obliczu jednakowoz faktu, iz nie tak dawno dziecko nam wparowalo do sypialni w trakcie Akcji Powiekszania Rodziny i ze ostatnio wyglasza mi komantarze, ze mu halasujemy np w niedziele rano ;-) to ja wogole powinnam sie PTSD nabawic (zesp strsu pourazowago) - on z reszta tez, khekhekhe, i zaprzestac wogole tego typu haniebnych i wstydliwych czynnosci.Tudziez indziej i tak wiele tego nie bedzie, jak bede w domu bywac w weekendy...tiaaa...
Teraz moze slow pare o Menszu.Monsz wrocil rowniez do lawy szkolnej.Z braku laku czyli perspektyw pracy zaczal kurs czegos w rodzaju swojego kierunku studiow, oczywiscie w wersji dla imigrantow.Zajecia maja po teoretycznie 7h dziennie w tym 1h przerwy na lunch (szwedzka swieta krowa...), przy czym jako ze kurs jest wspolny dla 4 gmin, to max 2 dni maja kurs stacjinarny a 3 dni przez Internet.Maja specjalny program i kanal komunikacyjny.Czesc zajec jest na niezlym poziomie, przy czym mam na mysli zawansowanie jezykowe, bo jesli chodzi o wiedze jako taka nie sa to zbyt odkrywcze tamaty dla srednio inteligentnego czlowieka, zwlaszcza, jesli sie skonczylo studia w tym temacie.Czesc jest zenujaca, na poziomie ponizej krytyki. Srednia wypada na plus jak sie porowna do kursu jezykowego.Plusem jest tez niewielka (jak na tutejsze warunki zyciowe) suma pieniedzy tzw zasilku na studiowanie, zawsze to jakas kwota na plus a nie na minus.
Oczywiscie Monsz przezywa wzloty i upadki samopoczucia, samozaparcia wielkiego nie ma do nauki, wiec dobrze, ze ma chociaz jakis bat nad soba.Mowi juz nieco plynniej, wciaz mieszajac odrobine angielskiego, gorzej z pisaniem, ale mam nadzieje, ze i to z czasem przyjdzie. Alternatyw jest niewiele, ofert pracy jak na lekarstwo. Choc i on zbyt aktywnie nie szuka... Sama nie wiem, nawet ciezko mi sie juz o to czepiac i gledzic, bo faktem jest, ze naokolo trabia, ze tu zwlaniaja 300 osob a tam 100, o tym ze gdzies zatrudniaja nie mowia wcale.Jednoczesnie wiekszosc polowek jakas prace znalazla a jak sie nie probuje i nie szuka,sama praca nie przyjdzie...No i ciezko tez gledzic, jak z jednej strony ma sie wystawiona na ciezka probe meska dume utrzymanka, z drugiej wciaz sie pamieta, ze przez kilka lat studiow to utrzymanek utrzymywal cala 3os rodzine...
I z tematu utrzymywania mozemu juz sprawnie i gladko przejsc do tematu domku. Zostawilam go sobie na koniec by zmazac odium marudzenia, narzekania i czarnowidztwa, ktore mogly sie ujawnic we wczesniejszych akapitach. Gdyz mimo i aczkolwiek iz przed nami ogromna w moim mniemaniu pozyczka na 50 lat, rachunki za prad za ogrzewanie, no i rachunki za wszystko inne rowniez, plus ewentualna przebudowa/rozboirka/zamiana niby-kominka, ktory okazal sie byc glownie przeorsnieta polka pod kwiatki i swieczki, pomimo ze nad ranem z oszczednosci bywa chlodniasto ;-) (w nocy trzymamy 18-19 st, ale w weekend sprawilismy sobie cieplutkie kolderko-pierzynki, wiec w nocy cieplo nam jest a po wstaniu w polprzytomnym gescie rozpaczy zarzucam na siebie a)gruby szlafrok b)grube skarpety oraz natychmiast wlaczam dmuchawe na gorze na 20st) to no i choc mieszkamy w jakims wsio-miasteczku na zapadlym krancu cywilizacji, w podobno miescie narkomanow (ale takie same komentarze slyszalalm o conajmniej kilku innych, bynajmniej nie tylko szwedzkich miastach), bez wystaw, spektakli, galerii sklepowych itp. to ja jednak jestem szczesliwa urzadzajac meblami z Jysk i Ikea swoj domek, uwielbiam jak moj monsz stopniowo skreca, instaluje, podlacza rozne meble, lampki, zaslonki, rolety, lozka, itp...W koncu nasze...niedoskonale, nie zawsze takie jakbym chciala, ale nasze...
No o czym by tu jeszcze...sama nie wiem...
Jak nasz dzien wyglada...W tygodniu wstajemy ok 6.45, ja myje glowe,monsz wygrzebuje sie z lozka.Jemy sniadanko, kanapeczki z bialym serkiem wlasnej produkcji i warzywkami (dziecko platki, najchetniej cynamonowe, ktore przywozimy z Polski bo te dzikusy Szwedzi takich nie znaja...).Jesli monsz ma szkole w domu jedziemy z Mlodym sami, jesli wychodzi jedziemy w trojke.Gubia mnie pod praca, potem Dawid pod szkola.Po 15 Radek zgarnia Dawida, albo Dawid sam sie telebie do domu (teraz to dobre 35 min spacerku...), ja zwykle koncze o 17.Czasem zakupy, czasem gotowanie, jedzenie, pieczenie chlebka,zmywanie, sprzatanie, prasowanie.Zwykle kole 20 zasiadamy przed TV albo kompem, monsz czasem cis dlubie, rozpakowuje, skreca itp. Ja cos tam ukladam, albo haftuje (nie z przepicia, ale krzyzykami),czytam literature fachowa albo kobieca itp. Spac zwykle idziemy za pozno przez co rano zwykle jestem niewyspana, niezaleznie czy halasujemy wieczorem czy nie ;-) (kto nie rozumie przenosni,nie czytal uwaznie calego maila, wiec niech zaluje, cius cius cius...)
W weekendy o ile nie jedziemy na zakupy i monsz mnie nie zrywa bladym switem o 8.30 to ja przynajmniej lubie sie pogniezdzic do 9-9.30.Potem sniadanki,gotowanko i inne pzyjemnosci.Czasem jakies mile spotkanie ze znajomymi, czasem spacer, albo czas we 2oje lub 3oje...Oczywiscie weekendy mijaja duuuuuuuuzo szybciej niz dni robocze.Choc zgodnie z tym co moje baaardziej doswiadczone zyciowo mama i babcia zawsze powtarzaja im czlkowiek starszy tym czas mu szybciej leci.Bo kiedy mi minelo 13 miesiecy pobytu w Szwecji????????????
Ani sie obejrzymy spadnie pierwszy snieg, i nie ostatni niestety, swiat po krotkiej wiosnie, 3 tyg upalow, lecie, ktrorego juz potem nie bylo i mroznej zimie znow przybierze barwe biala (snieg) i czarna (niebo przez wieksza czesc doby zwana dniem), moze przed pierwszym sniegiem ja po raz kolejny skoncze 18 lat, na pewno juz ze sniegiem 9 lat skonczy MOJE DZIECKO (no kiedy, niech mi ktos powie, KIEDY to zlecialo??????), potem przyjda swieta, w tym roku chyba spedzane na obczyznie ( z powodu braku urlopu wykorzystanego na 3 pobyty w Polsce i na urlop ; rodzina by mnie zastrzelila, moze z reszta zastrzeli jak to przeczyta, ale racjonalizuje sobie to tak, ze postaramy sie pierwsza Wigilie w nowym domu spedzic jak najmilej, moze w 3jke, moze ze znajomymi, ktorzy tu zostana, a z rodzina milo bedzie sie spotkac moze przy Nowym Roku, moze w ferie zimowe...Pewnie, ze brak czasem tego osobistego kontaktu, zwlaszcza gdy chorobsko atakuje kogos bliskiego albo realia zyciowe kogos nam drogiego doluja, ale tez i jak juz sie widzimy czasem do glosu dochodza niepotrzebne negatywne emocje, niespelnione oczekiwania, zawiedzione nadzieje, ktore potrafia zatruc te wyczekiwane, wytesknione i tak krotkie spotkania...
Poza tym mam ciiiichutka nadzieje,ze jak chorobsko przycichnie lub wygasnie a okolicznosci zyciowe pozwola to w przyszlym roku choc czesc najblizszych wybierze sie w ta podroz na drugi koniec swiata i nawiedzi nas u nas w domu.Nie moge sie juz tego doczekac i mam nadzieje,ze beda to mile dni wypelnione rozmowami, spacerami i wycieczkami.Na 100% az tak idealnie nie bedzie ;-) ale i tak nie moge sie doczekac. Mam tez nadzieje,ze przyjaciele o nas nie zapomna i pojawia sie tutaj wczesniej czy pozniej, sprawiajac, ze posiadanie pokoju goscinnego nabierze cech sensu i potrzebnosci...
I to chyba na tyle...Bosz... Jesli ktos przeczytal calosc i nie opuscil jednego zdania to niniejszym nadaje mu tytul Wytrzymalca Roku, i oglaszam wszem i wobec ze ta osobe kocham do szpiku kosci za to, ze ma tyle sily, wiary w moje umiejetnosci pisarskie i sympatii do nas.Buziaki i usciski czyli puss och kram.
No to rzeczywiscie dluuugo mnie nie bylo w swiecie komunikujacych i opowiadajacych co tam u mnie slychac...
Co mam na swoje usprawiedliwienie, jesli wogole cos mam...
Coz ciezko powiedziec.Generalnie to od kilku tygodni, zwlaszcza w ostanim mam poczucie, ze zycie wymknelo mi sie nieco spod kontroli.
Dzis na kursie w Umea robilismy SASB - test zawierajacy kilkanascie pytan, ktory umozliwia stworzenie graficznego obrazy naszego obrazu samych siebie.
Calkiem duzo mi tam wyszlo w zakresie milosci siebie samej, hehe, akceptacji swego zycia i troski o siebie, czyli zdecydowanie pozytywnych cech w takiej ilosci w jakiej je mam, ale rownoczesnie sporo checi zachowania kontroli nad swoim zyciem.Niby jest ona takze w rozsadnych granicach, ale tez jest to jakas wypadkowa, srednia matematyczna z kilku pytan i mam wrazenie, ze jednak czasami jest jej za duzo...
Ale wracajac do meritum.
Wakacje byly juz strasznie dawno temu i tylko zdjecia przypominaja ten slodki okres nierobstwa i lenistwa przetykany paroma wycieczkami i wypadami po okolicy (nie za daleko bo przez wiekszosc czasu upal byl nieznosny, ufff). Zdjec narobilismy cale mnostwo, kilkaset, oczywiscie wiekszosc z nich to np. ujecia basenowe, codziennie prawie takie same czy zdjecia hotelu albo widoczki, cos czego nie wywoluje sie bron boze na papier, ale co fajnie miec na pamiatke i do pokazania znajomym. Wyprobowalismy tym samym nowy, zakupiony w dniu wyjazdu spontanicznie aparat, stary raczyl odmowic posluszenstwa tegoz dnia rano, jego laskawosc tylko, ze nie juz tam na miejscu...Nowy jest podobny, tej samej firmy, ale z bardziej imponujaca liczba mpix (cokolwiek by to nie znaczylo) i z 10x zoomem optycznym - jak na takie malenstwo zblizenia robi boski, co da sie dostrzec np na zdjeciach zachodu slonca nad morzem czy na zdjeciu ksiezyca (a nie byl on wtedy zbyt duzy, to zdjecie na max zblizeniu opt plus cyfr).
Generalnie z samego hotelu,jedzienia jestesmy zadololeni,jedzenia bylo az za duzo i ze skutkami tego bedziemy jeszcze troche walczyc w mrokach zimy.Sprzatanie mogloby byc solidniejsze, ale uszlo.Zycie ratowala nam sprawna klima, dzieki ktorej dalo sie spac, choc staralismy sie nie schladzac za bardzo, zeby sie nie pozaziebiac.
Chorob nie do konca udalo nam sie uniknac.Dawid dzieki Jeep Safari (szumna nazwa wycieczki zorganizowanej glownie dla wydebienia z turystow jak najwiekszej ilosci euro,dolarow,lirow i kazdej innej waluty; widoki w gorach nawet ladne, tzw meczet jakis takie biedniusi, osada nomadow okazala sie domem glownego przewodnika, mowiacego dosc kanciatym angielskim i raczacego nas zabawami rodem z wiejskiego wesela i sprosnymi zartami) nabawil sie okropnego kaszlu - dla uatrakcyjnienia wycieczki prawie caly czas zalogi jeepow polewaly sie woda, wode dostarczono nam w butelkach i chcac nie chcac bo nikt sie nie pytal wszyscy wszystkich zaczeli oblewac.To co bylo w miare fajne przez pierwsze 5 minut, po 5 h przestalo byc, zwlaszcza jak raz dostalam woda z weza (lodowata notabene) w plecy a innym razem woda rozgrzana przez slonce ze zborniczka do mycia szyb innego auta...Generalnie nic co by bylo warte az tylu euro. W kazdym razie Dawid przeszczekal potem dobry tydzien, a dosc ciezko 8-latkowi zabronic na wymarzonych wakacjach np. kapieli w basenie...Na wiecej zorganizowanych wycieczek nie pojechalismy, stwierdzilismy,ze szkoda nam pieniedzy, wolimy nast razem wykupic sobie jakas objazdowke tygodniowa a potem tydzien plazowania...
Ja zaliczylam pol dnia z bolami brzucha, choc wody z kranu nie pilam, mam natomiast spore podejrzenia ze byla ona i w jedzeniu czasem i w lodzie do drinkow a i szklanki po napojach byly nia splukiwane (bo nie wyparzane przeciez), chlopakow to ominelo, za to Radek dostal jakiejs dziwnej wysypki na brzuchu sami nie wiem czy od morkiej wody czy od kremu do opalania czy jeszcze czegos innego.
No ale to nie bylo az takie dokuczliwe.Zawiodlam sie na organizatorze, kontakt z przedstawicielem biura podrozy ograniczyl sie do powitania na lotnisku i pozegnania w autobusie.
I to tyle.Podsumowujac bylo goraco, smacznie i leniwie.
A potem ciezki i zimny powrot do rzeczywistosci.W Szwecji czekala na nas zimna jesien, temperatura szybko zjechala najpierw w okolice 10, potem 5 a ostatnio w nocy nawet z lekka ponizej zera. W ruch poszly wiec cieple buty, szaliczki, cieplejsze kurteczki i rekawiczki a sukieneczki na ramiaczkach spoczely w przechowalni to nast urlopu...
UWAGA ZACZYNAM O PRACY (bedzie dlugo, kto chce pominac prosze zjechac w dol do ++++ ;-))
Poza tym praca, wyjazdy, kordynacja zajmuja wiekszosc mojego czasu przez ost 5 tygodni.W pracy jako takiej wiele sie nie nabylam, w zasadzie tylko pierwszy tydzien.Potem bylam 4 dni w Sztokholmie na nordyckiej konferencji psychiatrycznej (zakladajac,ze wszystkie wyklady nt ostatnich nowosci w psychiatrii byly wyglaszane w jez. angielskim i tak wiele zrozumialam), 4 dni w Sundsvall (wrocilam po roku do szkolej lawy, by tym razem przez 4 semestry zglebiac w ramach kursu uniwersyteckiego na pol etatu tajniki terapii poznawczo-behawioralnej czyli jednego z nurtow psychoterapii, co jest elementem niezbednym do uzyskania specjalizacji w Szwecji a jednoczesnie ostatnio bardzo modnym tu tematem, wg tutejszego odpowiednika Min Zdrowia w polaczeniu z Naczelna Izba Lekarska psychoterapia jest metoda z wyboru w leczeniu leku i depresji i malym i srednim nasileniu, nawet bez lekow) a teraz od wczoraj do piatku jestem w Umea (dzis kurs w przeprowadzaniu badania obrazu samego siebie, czyli jak pacjent sam na siebie patrzy w zaleznosci od choroby na ktora cierpi, ze szczegolnym uwzglednieniem zaburzen odzywiania a jutro i pojutrze podsumowanie tworzenia regionalnych programow opieki w zab. odzywiania, ktorego to programu notabene jeszcze nie zdazylysmy z kolezanka do konca napisac...)
Najwiecej pracy i dlugofalowego wysilku czeka mnie z tym drugim wyzwaniem, czyli kursem psychoterapii, po tutejszemu steg ett i KBT (kognitiv-beteende terapi) czyli pierszym stopniem wtajemniczenia w temat. Nie wiem jeszcze czy wyobrazam sobie siebie jako psychoterapeute, tak bardzo ta jednak mocniej humanistyczna choc i tez naukowa dzialka rozni sie od tego co robie na codzien, czyli stosowania lekow albo zmniejszajacych nasilenie objawow, albo usuwajacych przyczyne (w psychiatrii wlasciwie rzadko). Nie powiem, ze kurs zaczynam tylko z musu (choc czasowo jestem przymuszona zaczac go JUZ teraz, akurat zorganizowano go tylko 100km od miejsca mojej pracy co zmniejsza ilosc koniecznych dojazdow, oszczedza czas i pieniadze pracodawcy - taaa bo wiecie, tu taki kurs, niezaleznie czy robiony obowiazkowo do specjalizacji czy z wlasnej, nieprzymuszonej woli i od dawna wyrazanej checi, robi sie mimo oszczednosci i ciec, na koszt pracodawcy; z kasy sluzbowej oplacilam sobie ksiazki, w tym kilka z Polski, pracodawca daje auto sluzbowe lub zwraca za inny srodek dojazdu, placi za hotel, zwraca za jedzenie itp...no i caly kurs odbywa sie w godzinach pracy...plusy mojej tu sytuacji uswiadomila mi kolezanka z roku z Wroclawia, a potem z pracy w Z., ktora na kurs w Wawie dojezdza w weekendy, oplacajac wszystko, dojazd, nocleg, jedzenie, ksiazki i jeszcze placac niemale pieniadze za sam kurs...), ,,, troche dluga dygresja mi wyszla, wiec nie tylko z musu, ale i z ciekawosci... A ze pierwszego pacjenta z rozp. zaburzen lekowych mamy miec wlasciwie od razu (oczywiscie pod nadzorem, bedziemy spotykac w kilkuosobowych grupach naszego handledare, czyli w dowolnym tlumaczeniu trzymajacego za raczke a odpowiadajacego superwizorowi po polsku, co 2 tyg, bedziemy nagrywac sesje terapeutyczne, nasze zachowanie, sposob stawiania pytan, formowania takiej sesji bedzie na biezaco oceniany plus dostaniemy wsparcie w tym, co robic dalej i jak...) wiec dosc szybko sie przekonam z czym to sie je...
Oczywiscie jeszcze przed rozpoczeciem kursu musialam sie zaczac wczytywac w literature, jedna ksiazka po szwedzku juz prawie przeczytana, druga, ktora Szwedzi musza przeczytac w oryginale po angielsku a ja mam to szczescie,ze znalazlam polskie tlumaczenie - jest przeczytana w jakiejs 1/3... Nie koniec na tym, do konca semestru jesiennego, ktory tu trwa do Swiat Bozego Narodzenia powinnam przeczytac jeszcze z 3-4 niesamowicie niezbedne ksiazki, z czego jedna czy 2 po angielsku, po kilkaset stron kazda, aaaaaaaaaaaaaaaa...Odpada, normalnie nie ma szans, nawet zakladajac ze moj angielski bierny nie jest taki zly jak sadzilam...
Jakby tego wszystkiego malo bylo to jeszcze wiadomo, trzeba w koncu skonczyc pisac ten program leczenia zab. odzywiania, zeby szef nie powiedzial ze nie wywiazujemy sie z podjetych zobowiazan, no i poza kursem, handledningkiem i pacjentami lekarskimi i terapeutycznymi znalezc czas na robienie specjalizacji i na rodzine, urzadzanie domu, odpoczynek, samorealizacje, poznawanie siebie, schudniecie, wypieknienie... i zmadrzenie buehehehe...
Moja kolezanka po fachu, aktualnie z brzuszkiem i na zwolnieniu, remontujaca dom, do ktrego za chwile sie przeprowadzaja i spodziewajaca sie powiekszenia rodzinki na przelomie listopada i grudnia podsumowuje to, ze nam sie tu w Szwecji w dupkach poprzewracalo, ale faktem jest, ze tu sie pracuje w tygodniu uczciwie swoje 40 godzin, nie ma zadnego szemranego wychodzenia wczesniej czy kombinowania.To sprawia,ze pracuje sie generalnie od 8 do 17, bo w tych godzinach pracuje nasza poradnia.Oczywiscie w tym jest godzina dziennie przerwy na lunch a jako ze sami teraz sie rejestrujemy w systemie to ja ja sobie skracam do pol godziny i codziennie zarabiam pare minutek, ktore jak mi sie uda zgromadzic moge sobie potem odebrac jako wolny dzien.Raz w tyg mamy prawo wziasc z czasu pracy godzine na sport, spacer itp, co skrzetnie i dosc czesto wykorzystuje. Poza tym mam wywalczone z szefem prawo do 4 h czasu na nauke, ktory sobie odbieram w piatki, dzieki temu bedac w domu po 12, nawet jesli kolejne pare godzin spedzam uczciwie z nosem w ksiazce...
Ale juz np. bedac na stazach gdzies indziej musze dojezdzac poza czasem pracy, albo jesli miejsce jest dalej przebywac tam w tygodniu, wracajac do domu na weekendy.A kroi mi sie dobre 1,5 roku roznych stazy, przy czym z braku studierektora, czyli osoby, ktora ma sie zajac pomoca w administracyjnym zorganizowaniu takich spraw i z braku innych specjalizujacych sie w Kramfors, nikt dokladnie jeszcze nie wie co, gdzie, ile i kiedy.Pewnie ok. 9 miesiecy w Solleftea, czyt dojezdzanie 30min latem, 45 zima w jedna strone a reszta w Sundsvall (100km), Umea(ponad 200) lub Ostersund(tez ok.200), czyli pobyt poza domem w tygodniu, powrot na weekendy.Bomba, co nie???Zakladajac ze jeszcze jakies kursy kilkudniowe w miedzyczasie i psychoterapia na tapecie, zajmie mi to wszystko nie 2 lata jak powinno, ale minimum 3 jak nie 4...Musze sie zebrac w sobie, bo pewnie niedlugo spotkam sie z szefem, zeby to przedyskutowac a on latym przeciwnikiem czy tez patrzac optymistycznie partnerem do rozmowy nie jest... No ale ja sie rozbestwilam, zapisalam sie do zwiazkow zawodowych i mam nadzieje,ze uda mi sie uzyskac cos konkretnego...
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
wtorek, 25 sierpnia 2009
... za oknem ostatnie dni nawet sloneczne, choc rano jak wstaje wita mnie mgla jak malowanie... Na szczescie mgla sie podnosi i niebo bywa nawet bezchmurne. Dzieki temu w dzien temperatura szaleje gdzies w okolicach 20paru w sloncu, WOW...
No coz... lato Szwedow a przez to i nas nie rozpieszcza... Pocieszam sie tylko tym ze za 4 dni bede grzala moje 32-letnie kosci w sloncu Turcji :-) W tym hotelu http://www.wakacje.pl/hotele/turcja/hotel-premier-tac-16960.html bedzemy mieszkac, jesc i spac przez 2 tyg od najblizszej soboty...
Nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo.Cale wakacje kiedy jedni wspolpracownicy wlasnie wrocili z urlopu a inni na niego szli ja trwalam dzielnie na froncie, teraz oni wszyscy beda musieli jakos podzielic miedzy siebie zalegle sprawy z calych wakacji a ja sobie bede wypoczywac w milym towarzystwie moich Panow :-)
Moze uda nam sie tez cos ciekawego zobaczyc, jeszcze nie postanowilismy czy i na jakie wycieczki sobie pojedziemy, ale mysle ze sie zdecydujemy, w koncu nie sposob cale 2 tyg lezec na lezaku przy basenie ;-) tak mi sie wydaje :-)
Poki co w tym tyg w ramach odskoczni zamiast pacjentow i poradni mam dojazdy 50km w jedna strone i kurs z terapii rodzinnej. Gdyby nie te dojazdy byloby duzo milej.No ale ktos wymyslil, ze nam milej bedzie na 5 dni wyjechac z domu i sobie nocowac w bliskosci z ichnim folklorem w czyms co sie zwie Galsjo Bruk )tu troche zdjec http://www.galsjobruk.com/Default.asp?path=16301&pageid=14179 ), pocieszam sie,ze moglo im przyjsc do glowy zrobienie tego wogole gdzies daleko od domu, przy tych 5 milach szwedzkicg da sie jeszcze dojezdzac...
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Mieszkamy na nowym juz tydzien... dopiero tydzien??? Ostatnie rzeczy zabralismy ledwie w piatek z mieszkania i jeszcze czeka nas tam akcja WS jak wielkie sprzatanie przed oddaniem kluczy Krambo,czyli naszej miejscowej spoldzielni mieszkaniowej...
Tymczasem w nowym domu z kazda chwila czujemy sie bardziej u siebie... Klucze dostalismy juz w piatek w poprzednim tygodniu, pierwsze wieksze rzeczy przewiezlismy w sobote i niedziele i z niedzieli na poniedzialek tydzien temu juz tam spalismy,ale czulam sie jak w goscinie u kogos, ani troszke nie czulam sie jak u siebie.Wszystko obce, dzwieki, zapachy, widoki... Dopiero stopniowo, stopniowo z kazda noca bylo coraz lepiej, w koncu w czwartek juz podpisalismy papiery i formalnie stalismy sie wlascicielami, oczywicie na spole z bankiem ;-) a w piatek spedzilismy calutki dzien wydajac pieniazki w centrum handlowym Birsta m. in. w odpowiedniku naszej Castoramy czyli Bauhaus i w Ikei (czyt Ikieea) opowiedniku naszej Ikei (czyt Ikea ;-)) choc wlasciwie nalezalo by powiedziec odwrotnie bo to szwedzka firma w koncu...
Najwazniejszym tam zakupem byl stol do kuchni (ba stol - lotniskowiec, 2,60 dlugi :-)), komoda dla Dawida i regaly na ksiazki, poza tym lawa do kominkowego no i milion piecset sto dziewiecset drobiazgow... Druga faza zakupow miala miejsce wczoraj, pojechalismy tym razem na polnoc to Örnsköldsvik (czy Yszynswik ;-)) i dostalismy meble ogrodowe (upatrzone wczesniej w sklepie tej samej sieci Rusta w Birsta w Sundsvall, ale tam jest taki nawal klientow, ze zestaw byl tylko na papierze bo z 8 potrzebnych krzesel na magazynie bylo juz tylko 2szt) i krzesla do kuchni (od dawna upatrzone w Jysk (poznajecie??? kolejny szwedzki wynalazek przeszczepiony do Polski), w dodatku akurat o polowe przecenione i zamowione wczesniej w Härnösand (czyt Hernysand ) bo w Birsta co??? sie skonczyly ofkors ;-) no ale Övik sprostal wyzwaniu i krzesla ( po jakis 1000 k..., p... i innych literek przy pierwszym krzesle pod adresem skosnookich,ktorzy jak sie okazalo pozalowali na dobre sruby, przez co Radek meczyl sie ponad 2 h, kolejne juz poszly znacznie szybciej w 3h-7szt) stoja juz skrecone przy stole...
Jest pewna niewielka szansa,ze do wakacji uwiniemy sie w miare z rozpakowaniem.Mebli wiele wiecej nie kupimy bo sie fundusze koncza, niestety, a tak milo bylo pojechac i bez wiekszego zmruzenia okiem kupowac to co czlowiek wie, ze jest potrzbne, ech...
piątek, 10 lipca 2009
No i przyszedl TEN dzien. Na szczescie nasza Msza komunijna byla zaplanowana na wspaniala godzine 12.30,wiec nie trzeba bylo zrywac sie skoro swit. Wstalismy o w miare normalnej godzinie, wrzucilismy na zab male co nieco i trojca cala tzn. moj monsz,ja i tesciowa ruszylismy do Lubina do mojej fryzjerki zrobic sie na eleganckie laski i laskow.
Troche nam na tym czasu zeszlo,ale wrocilismy na czas. Dawid byl juz obstrzyzony ''na kogucika'' dzien wczesniej,wystarczylo wiec tylko troche zelu i byl elegancki i przystojny ;)
Ubralismy sie wszyscy i podczas gdy ja nakladalam na moj sliczny podobno pysiak tzw. tapete monsz mial pojechac zawiezc ciasta do restauracji.Mial... i zawiozl... ale w miedzyczasie wsiadal do auta w spodniach od garnituru zakupionego na legnickim targu i po 3 sekundach wysiadal w tychze samych spodniach wzbogaconych w pieeeekna dziure na d... - szew raczyl byl sie calkowicie rozpruc... Do restauracji pojechal wiec w jeansach a jego mama z igla w reku wziela sie za szycie. (Od razu mi sie przypomnialo, jak moja mama zszywala mu w ostatniej chwili muszke na 5 minut przed slubem ;-))
Ciasto dojechalo, ja w miedzyczasie juz sie zrobilam na bostwo, wiec wykorzystalismy chwile na cykniecie zdjec w ogrodzie.
   
 
Spodnie "sie" zszyly i przetrwaly uroczystosc, na drugi dzien szew reczny zostal wypruty i zastapiany szwem maszynowym przez moja mame.
Impreze wytrzymaly nawet moje stopy dzielnie maltretowane przez 2 h w pozycji stojacej w niebotycznie dla mnie wysokich szpilkach-szczudlach ;-) no ale jak sie chce wygladac, trzeba cierpiec, nieprawdaz???
Msza przebiegla bez wiekszych zaklocen. Troche czekalismy pod Kosciolem, w czasie gdy kamerzysta filmowal a fotograf cykal zdjecia wszystkim dzieciom... my robilismy wlasne, slusznie liczac ze i tak beda lepsze niz masowe ;-)
 
...ale w koncu msza mogla sie rozpoczac,potrwac i zakonczyc...

Msza byla nie za dlugo, nie za krotka, lecz w sam raz. Dzieci mowily,spiewaly jak to zwykle przy takich okazjach, pownie troche sie tez nudzily. Dawid ziewal co u niego jest oznaka zdenerwowania, ale nie krecil sie za bardzo, nie okladal kolegow swieca ;) nie mial tez na szczescie ze soba ksiazeczki, ktore to polozone na podporkach spadaly wszystkim jego sasiadom ;-) Jedyny dysonans to to, ze Dawid wracajac juz od komunii poszedl srodkiem Kosciola a nie bokiem ;) pogubil sie biedactwo, ale ani razu tego nie cwiczyl na zywo,wiec nic dziwnego...
Msza sie skonczyla, a cala rodzina samochodami kilkoma udala sie do restauracji na zasluzony posilek.
Wszyscy zjedli obiadek, potem bylo rozpakowanie pamiatek i prezentow...

...po czym wyleglismy na sasiadujacy z restauracja placyk by juz teraz w scisle rodzinnym gronie uwiecznic wydarzenie z naszym szanownym synem w roli glownej :
    
Wszyscy zadowoleni lub przynajmniej na takich wygladajacy rozeszli sie do domu a my z delikwentem pojechalismy na ostatnia modlitwe i rozdanie pamiatkowych obrazkow.

Pogoda wykazala sie daleko posunietym wyczuciem chwili i deszczyk spadl dopiero jak jechalismy do domu z restauracji sie przebrac, przy czym juz jak dojezdzalismy do Kosciola wyszlo slonce i na niebie pojawila sie przepiekna tecza :-) Uznalam,ze to byla dobra wrozba i ze dzien ten mozna zaliczyc do udanych :-)
Podsumowujac... Bylo bardzo sympatycznie.Z pewnoscia niespiesznie, bez wiekszego stresu. Czy rozbudzilismy w Dawidzie potrzebe wiary w Boga, to sie okaze. Taki byl glowny cel tego wszystkiego, bo do regularnego chodzenia do Kosciola z wielu wzgledow trudno go bedzie zachecic, raz ze my sami nie chadzamy, dwa ze tu nie ma polskiego Kosciola a jezynie raz w miesiacu katolicka msza po szwedzku. Mam jednak cicha nadzieje,ze udalo mi sie przyblizyc mu kwestie Wiary, Nadziei i Milosci i ze wyniosl z tych przygotowac jakas dobra lekcje katolicyzmu... Oby wiecej bylo w Polsce takich wyrozumialych ksiezy, ktorzy jak nasz Proboszcz uwazaja,ze skoro ludzei, ktorzy wyemigrowali, maja wole, checi i chca poswiecic wlasny czas zeby dzieci przygotowac do przyjecia sakramentu, to trzeba im to jak najbardziej ulatwic a nie rzucac klody pod nogi...
czwartek, 25 czerwca 2009
Zanim nadszedl dzien samej Komunii czekalo naszego Budrysa jeszcze przezycie Pierwszej Spowiedzi Swietej.
Przyznam,ze w domu na codzien nie poslugujemy sie terminami : grzech, przewinienie, pokuta...
Juz raczej : kara ;-) typu niegranie na PS2 i nieogladanie TV ;D najlepiej jednoczasowo, zeby braku jednego dziecko nie kompensowalo drugim...
(Naszla nas z Radkiem refleksja,ze za naszych czasów największa karą było siedzenie w domu.Dawid, choć odkąd mieszkamy w Szwecji docenia pobyt na dworze , zwłaszcza że po opanowaniu jazdy na rowerze może samodzielnie pojechać do kolegów i spędzić miło czas z nimi, to jednak zamknięcie w domu nie byłoby dla niego aż taką karą jak dla nas...Może za parę lat, jeśli szlaban na wyjścia będzie się równał niespotkaniu z kolegami i wyłączeniu z życia społecznego ;-) ale narazie najlepiej działa odcięcie od mediów... nagle dziecko ma tyyyyyle czasu... poczyta komiks, zmolestuje rodziców na jakąś planszowkę... Mamoooo nuuuudzę sięęęę...)
Tiaaa...Nie jest tak latwo wytlumaczyc 8-latkowi czym jest grzech,przeprowadzic go świadomie przez wszystkie warunki dobrej spowiedzi.No,ja na pewno nie jestem najlepszą osobą do tego, zero przygotowania pedagogicznego czy teoligicznego ;-).Ale mysle tez - mam nadzieje,ze tym sama nie grzesze ;-) - ze nie to jest jednak w tym wydarzeniu najnajnajwazniejsze by być 100% poprawnym politycznie...
Chodzi IMHO bardziej o to,zeby dziecku przyblizyc Boga, wszystkie wartosci - milość, zrozumienie, wsparcie, nadzieja, przyjażń, lojalność...
Z pomoca i ze wsparciem fachowym ksiazki Moja pierwsza spowiedź ks. bpa Antoniego Długosza przeszlismy przez przygotowanie teoretyczne, zas dzieki wspolnym rozmowom wieczornym cale wydarzenie staralam sie Dawidowi przyblizyc organizacyjnie . Nie udalo sie to w 100%, hehe... ale mysle ze i tak bylo OK.
Co sie nie udalo zapytacie? Mimo, ze w przebiegu naszych przygotowan cierpialam na lekkie rozdwojenie jazni - srednio 3 razy w tygodniu wcielalam sie w role spowiednika...Po pierwsze wiec zmienialam plec, pod drugie zawod, po trzecie ... no coz bylam i ksiedzem dumajacym... i podpytujacym... i lekko drwiacym :-P zeby mojego syna oswoic z ta nowa dla niego i specyficzna sytuacja... Wiec mimo tego byl cholernie zdenerwowany i spiety...jak to on nie ujawnial tego slownie,ale zachowaniem...ziewaniem...zagryzaniem zębów...
Poszlabym za niego nawet,hehe matencja-kwoka, ale roznica bylaby chyba widoczna na pierwszy rzut oka, wiec musial pojsc sam za siebie...
W przeciwienstwie do wielu dzieci, ktore recytowaly z pamięci wpatrzone w ścianę za księdzem, albo miały przy sobie karteczki z odnotowanymi kilkunastoma punktami (zwłaszcza dziewczynki) Dawid mówił w miarę swobodnie i bez ściągi.Ale podchodząc znak krzyża uczynil tylko slownie, przewiesil sie prawie przez modlitewnik zamiast ukleknac ze zlozonymi rekami i z ksiedzem rozmawial troche jak z kolega...Poza tym oczywiscie zapomnial jaka mial zmowic modlitwe na pokute jakas minute po spowiedzi ;-)
Nikt nie jest idealny...Oj nie ;-) ... Pokute zmowil jakas inna, rodzice do sakramentu tez przystapili i zadne pioruny z niebosklony nie polecialy,wiec w niedziele moglismy wszyscy spokojnie podejsc do ostatniego aktu sztuki KOMUNIA :-)
CDN...
niedziela, 14 czerwca 2009
Na pewno niejedna mama komunisty lub komunistki choc nie chcialaby byc na moim miejsca na emigracji, uczyc sie obcego jezyka, nowej kultury, ludzi i miejsca, chetnie zamienilaby sie w dziedzinie przygotowania do Komunii ;-)
Bo bylo ono wysoce indywidualne i niestresujace, nieukrywam.
Do naszego proboszcza G. poszlismy zaraz po tym jak tylko bylismy w zeszlym roku w Legnicy przejazdem z Warszawy.Powiedzielismy w czym rzecz,ze w sierpniu wyjezdzamy a mamy w domu 8-latka i jako ze nie bedzie przynalezal w przygotowaniach do zadnej Legnickiej, polskiej a nawet szwedzkiej parafii chcielibysmy do poslac do Komunii w mojej parafii, w tej samej w ktorej przed prawie (bez 19 dni) 10 laty slubowalismy a nieco ponad 8 lat temu chrzcilismy naszego ancymonka. Ksiadz nie widzial przeszkod,nakazal uczyc go modlitw, jak bedzie mozliwosc uczestniczyc we mszy i pokazac sie w miedzyczasie jak/kiedy bedziemy w Polsce.
Po wyjezdzie zabralismy sie do ciezkiej sztuki nauczenia naszego dziecka modlitw z ksiazeczki.Te podstawowe znal oczywiscie,ale zostalo nam spooooro do nauczenia.Kazda mama ktora swoje dziecko uczyla Wierze w Boga czy 10 przykazan czy Chwala na wysokosci wie,ze nie jest to latwe.Jezyk modlitw mocno odbiega od wsplczesnego i czesto jest dla dziecka zwyczajnie niezrozumialy a co dopiero nauczalny... No ale jak mowil ogr Shrek do Osla : Jakos poszlo...
Potem zaczelismy czytac Biblie dla Dzieci - wersja uproszczona zdecydowanie ale mimo to nieraz wymagala dodatkowego wytlumaczenia czy to slownictwa czy sensu wydarzen.Na tyle na ile moje swieckie informacje wystarczaly staralam sie wyjasniac wszystko i przekladac z polskiego na dzieciecy...
Do Polski pojechalismy na Swieta Bozego Narodzenia, ale ksiadz stwiedzil,ze na pewno Dawid umie wszystkie potrzebne modlitwy, kazal pocwiczyc z nim sam przebieg mszy, ktora przeciez tez nie jest wolna od roznych skomplikowanych tekstow, ktore my dorosli wypowiadamy juz nie wnikajac w ich tresc i pochodzenie zwykle a dziecko pyta : "A dlaczego tak?","A co to znaczy?"...
Czas pobytu spedzilismy pozytecznie zamawiajac albe i odwiedzajac zamowiona restauracje, co wiazalo sie z wplata kolejnej zaliczki. Pierwsza wplacilismy juz w sierpniu... A po powrocie kontynuowalismy edukacje.
Na Wielkanoc spotkalismy sie raz jeszcze z Ksiedzem proboszczem, ktory wreczyl nam tekst spowiedzi do nauczenia, porozmawialismy tez chwile o tym, jak to we wspolczesnych trudnych czasach wielu rodzicow wyjezdza z dziecmi zagranice.Nasz ksiadz zgodzil sie na podobny jak u nas cykl przygotowan w sumie kilkanasciorga dzieci - podsumowal to prosto, dlaczego on jako ksiadz mialby rzucac klody pod nogi rodzicom, ktorzy mimo wyjazdu, pobytu w obcym kraju, trudnosci czesto z dostepem nie tylko do polskiego ale wogole do katolickiego kosciola maja wole, chec i sile przygotowac swoje dzieci do sakramentu Pierwszej Komunii Swietej? Madre slowa i oby wicej ksiezy o takim podejsciu dla dora wszystkich dzieci emigrantow...
Po rozmowie z ksiedzem odebralismy tez uszyta juz albe i ustalilismy menu na obiad.No i udalo nam sie zrealizowac 2/3 z nielatwego zadania ubrania naszego Komunisty i nas samych tzn kupilismy garnitury i koszule dla obu moich Panow no i buty dla Dawida - zostalo wciaz ubranie mamusi,ktore musialam juz sobie kupic w Szwecji... Upatrzylam sobie jedna sukienke na Allegro,ale balam sie kupowac troche w ciemno.Na szczescie kolezanka, ktorej podeslalam link do aukcji powiedziala,,ze chyba widziala podobne sukienki u nas w sklepie. Jak sie okazalo rzeczywiscie byla do ta sama firma,kolor tylko inne kroje, z ktorych jeden mi sie nawet spodobal. Mialam watpliwosci jak wygladam, ale Synowi sie z miejsca spodobalo, skomplementowal mnie wiec juz nie bylo wyjscia, sukienka i pasujace do niej bolerko zostaly zakupione.Pozostalo skompletowac dodatki - buty wystarczylo wyciagnac z szafy i nauczyc sie w nich przemieszczac ;-) a torebke upatrzylam na pare zlotych na niezastapionym Allegro. Okazalo sie,ze tak idealnie trafilam z kolorem,ze przyjaciolka pewna byla,ze kupilam ja jako komplet z butami ;-)
Jako ostatni choc nie najmniej wazny oczywiscie etap czekalo nas przygotowanie do pierwszej Spowiedzi Swietej czyli wyuczenie formulki ale przede wszystkim przenalizowanie warunkow dobrej spowiedzi no i tego jak robi sie Rachunek Sumienia. Ufff nie wiem czy nie bylo to najtrudniejsze zadanie bo jak 8-latkowi tlumaczyc pojecie grzechu i uswiadomic jakie on sam mogl popelnic grzechy? No zadnych powaznych oczywiscie,ale pare sie znalazlo tych mniejszego kalibru... Jako ze nie mielismy mozliwosci tu u nas uczestniczyc we mszy czesto wcielalam sie w role duchownego i prowadzilam msze a Dawid byl wiernym dzielnie odpowiadajacym i modlacym sie,czesto w podobny sposob cwiczylismy inscenizacje spowiedzi a ja staralam sie wcielic w spowiednika, raz milczacego, innym razem podpowiadajacego a wreszcie i dociekliwego...
Mimo tego ze probowalismy wszystko przewidziec, rozwiazac wczesniej wszystkie problemy i nauczyc Dawida jak ma sie zachowywac, co ma mowic itp. nie uniknelismy pewnych niewielkich i z perspektywy czasu smiesznych niespodzianek...
poniedziałek, 18 maja 2009
Zasadniczo to dzis mija juz tydzien odkad umowa wstepna podpisana zostala i 6 dni odkad zaliczka przelana na konto obecnego-prawie bylego wlasciciela...
Zdazyl oczywiscie juz ja czesciowo uplynnic i w sobote chwalil sie nam nowym nabytkiem motocyklowym na zjezdzie dwusladow w Kramfors...
A zycie sie poki co toczy jakby nigdy nic dalej i wlasciwie - poza wypowiedzeniem umowy na mieszkanie - niewiele sie zmienilo...Jeszcze ponad 70 dni do przeprowadzki, mam nadzieje ostatniej w najbliszym czasie...
Dzis bylismy na rozmowie w szkole,odpowiednik naszej polskiej wywiadowki,tylko ze indywidualnie miedzy rodzicami i nauczycielem.Raz w semestrze takiez sie odbywaja.Poprzednio nauczycielem byla Anna Brita,obecnie Dawida i Taye przejela od jakis 2 miesiecy Gittan. Chyba nawet z perspektywy mojej jest ona lepsza osoba do poskromienia Dawida, bardziej stanowcza i wymagajaca niz Anna Brita.
Poza niezbyt wyrazna wymowa,ktora czasem utrudnia zrozumienie Dawida innych problemow Gittan nie widziala.Z matmy nasz orzel radzi sobie poki co dobrze, zobaczymy jak mu pojdzie jak sie zaczna nowe tematy a nie powtorki z pierwszej klasy ;-)
Zostalo mu w zasadzie 2 tygodnie szkoly,bo potem jedziemy na ponad tydzien do Polski w zwiazku z Komunia a jak wrocimy to w pt jest tylko zakonczenie roku i wakacje...
Takiemu to dobrze...
No chyba ze w Polsce z babciami zostanie to wtedy juz 3go czerwca zaczna mu sie wakacje...
Za to ja w przyszlym tygodniu w Sundsvallu koczuje,mamy z Asia-Niamka cos co sie zowie studiebesok czyli obejscie poszczegolnych oddzialow, zapoznanie sie z pracujacymi tam lekarzami, zebysmy tez potem w wakacje czy nawet po nich wiedzialy z kim rozmawiamy i gdzie naszych chorych ewentualnie wysylamy...
Czy Niameczka moja zostanie w Solleftea z Mackiem czy nie okaze sie prawdopodobnie w tym tygodniu,wiele znakow na niebie i ziemi wskazuje,ze wybyja nam do Sundsvalu na stale. Niby to nie daleko,ale troche mi szkoda tracic moja kolezanke i wsparcie moralne w poradni, fajnie bylo miec kogos tutaj, mowiacego w ludzkim jezyku ;-) ale wiem,ze dla nich powinno byc to lepsze i ciekawsze,moze obojgu uda sie robic to co chcieli, Mackowi ortopedie a Asi neurologie...
Czas pokaze...
niedziela, 10 maja 2009
...nie,bo nie chcialam tym razem zapeszyc. W zasadzie dalej nie chce przynajmniej poki umowa wstepna nie bedzie podpisana.Wiec zamieszcze tylko fotki i opis a na reszte spuszcze zaslone milczenia pewnie do koncowki nastepnego tygodnia... OPIS *Lundängsvägen 15 (adres, w wolny tlumaczeniu ulica Lesnej Polany ;-) ) *Pris: 990 000 kr (uzgodniona cena) *Byggår 1981 (rok budowy) *Tomten 987 kvm (dzialka) *Bo + biarea 155+43 kvm (pow.domu,pow gospodarcza) *Garaget 55 kvm (garaz) *6 rum och kök (6 pokoi i kuchnia) *bastu,bubbelpol,nya vitvaror,allt är renoverat (laznia,wanna babelkowa,nowe sprzety,wszystko wyremontowane) *huset är i vitt mexitegel (dom ma konstrukcje drewniana a na zewnatrz jest oblozony biala cegla ) *2 st luftvärmepumpar värmer huset 20700 kilowatt totalförbrukning el, stor murspis med kanaler till alla rum om man vill elda (2 klimatyzatory,ogrzewaja dom,20700 kW calowitego zuzycia pradu, duzy,murowany kominek z kanalami do wszystkich pokoi jesli ma sie ochote palic)





ENJOY!!! I prosze trzymac kciuki za podpisanie umowy...
wtorek, 05 maja 2009
Metallica höll vad de lovade. På måndagskvällen spelade bandet i Stockholm som kompensation för den inställda konserten den 8 mars då sångaren James Hetfield blev matförgiftad. Konserten lockade 16 498 åskådare, vilket innebär publikrekord för en konsert i den 20 år gamla Globen. Det tidigare rekordet hade Bruce Springsteen som 1992 tryckte in 16 337 åskådare. CZYLI Metallica dotrzymala obietnicy.W poniedzialkowy wieczor zespol gral w Sztokholmie by zrekompensowac odwolany koncert z 8 marca,kiedy wokalista James Hetfield zatrul sie jedzeniem ( podobno mu ostrygi zaszkodzily ;-) ) Koncert przyciagnal 16 498 widzow co stanowi REKORD PUBLICZNOSCI na koncercie w 20-letniej historii Globen.Wczesniejszy rekord nalezal do Bruce Springsteena ktory w 1992 roku zgromadzil 16337 widzow. A my tam bylismy,razem z zespolem wylismy a zdjecia ktore zrobilismy wlasnie sie na Picase zaladowalismy :-) Zapraszamy do ogladania :-) http://picasaweb.google.pl/vovokavovoka/METALLICAGloben4Maja2009r#
niedziela, 05 kwietnia 2009
Na dalekiej Polnocy Szwecji wiosny jak nie bylo, tak nie ma,mimo ze teoretycznie Marzanna utopiona (nawet ja osobiscie jedna ustrzelilam na nasza-klasa.pl wirtualnie), astronomiczna wiosna sie zaczela i nawet w ostatnia niedziele zaczelismy liczyc czas wg letniej miary... No ale zrobilo sie zdecydowanie cieplej,przynajmniej w niektore dni, snieg splywa i za oknem i w niektorych miejscach pokazala sie nawet burozielona zeszloroczna trawa.Takze szansa jest,ze jak juz wrocimy z naszych wojazy bedzie bardziej wiosennie niz zimowo... Ostatnio do lez prawie rozbawil mnie moj wspolpracownik stiwerdzajac slodko,ze juz lato w drodze hehehe... a ja niewierna Tomaszyca nawet tego wiosna jeszcze nie nazywam choc i ziemia i ptaszko juz buzuja checia zmiany w porach roku ;) Ostatnie 2 tygodnie bylo juz przyjemnie, troche cieplej, nawet jesli w nocy temperatura ocierala sie o 0 stopni to w ciagu dnia bylo kilka stopni na plusie . Ale zima tak latwo tu nie odpuszcza, w poprzedni weekend zaczelo byc zimniej, potem w niedziele zaczal proszyc snieg i w koncu w nocy z pn na wt napadalo jakies 5 cm swiezego puchu a temperatura przy calkowicie bezchmurnym niebie spadla nad ranem do -10st... Brrr...Monsz byl zalamany, ze musi znowu odsniezac rano samochod...Jak to sie czlowiek do dobrego szybko przyzwyczaja... Poki co wiec zostawiamy Szwecje na granicy por roku i sami za granice wyjezdzamy a wlasciwie wylatujemy.W nocy z wt na sr wyruszamy na Skavste,lotnisko niby pod Sztokholmem a tak naprawde pod Nykoping 100km prawie na pld-zach od Sztokholmu.Stamtad 1 h 40min lotu i juz bedziemy we Wroclawiu...Powrot w kolejna srode i potem 2 dni zwiedzania stolicy,o ile pogoda dopisze ofkors... Tym wiec wpisem chcialam wszystkimnielicznym czytelnikom,ktorym zyczen nie zloze osobiscie zyczyc zdrowych,spokojnych Swiat Wielkiej Nocy spedzonych w milej, rodzinnej atmosferze. 
Tylko sie nie objedzcie ani nie opijcie ;-) za bardzo :-P
|