O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
poniedziałek, 30 stycznia 2012

Radek dzis dokonal dobrego uczynku, norrrrmalnie...

Wlasnie wrocil z treningu pilki recznej z Dawidem, ale okazuje sie,ze na treningu fizycznie nie byl. Zostawil tam Dawida i wrocil prawie pod dom, bo jadac natknal sie na polskiego Tira, jakis mlody chlopak, nie mowiacy ani po szwedzku ani po angielsku jechal w ciemno, bo nie mial zadnego zlecenia tylko na malej karteczce napisany ogolny adres nawet bez ulicy, tylko ze ma dojechac do tej i do tej firmy w Industrieområde czyli w obszarze przemyslowym, wiec mu GPS zle wykierowal i pokierowal nie do obszaru, bo takiej pozycji w spisie nie ma, ale na ulice Przemyslowa... i kazal mu w Kramfors wjechac wglab zglownej drogi i wpuscil w waska i stroma dosc momentami uliczke.

Kiedy chlopak stwierdzil,ze chyba zle jedzie i chcial nawrocic to na lodzie sie zsunal i na letnich oponach nie mial szans wyjechac. Stal w poprzek drogi i ani w te ani we wte... Radek popytal po okolicy,zorganizowal traktor i jakos go wyciagneli, chlopak traktorzyscie zubrowke dal, Radkowi musi wystarczyc satysfakcja z wykonania dobrego uczynku i miejsce w niebie,hehe...

Ale,ze ktos go w ciemno wyslal w taka droge przez pol Europy, nawet nie dajac porzadnego adresu jest NIENORMALNE!!! Nie uwazacie???

21:04, zapiski_szwedzkie
Link Dodaj komentarz »

Dzis okazalo sie,ze nasz sp. Fordzio juz nigdzie nie pojedzie, wg diagnozy z warsztatu ma zuzyte obie polosie, ... naprawa z kosztami robocizny kosztowalaby ok 7000 a auto jest warte moze 5000... wlasnie go wiec wyrejestrowalam przez Internet (kocham Szwecje, e-legitymacja z banku rozwiazuje wiekszosc spraw urzedowych...), musimy teraz tylko podpisac zolta czesc dowodu rejestracyjnego, ktory niepodpisany zostal w aucie, grrr... na szczescie warsztat nam go odesle a nasz gracik moze tam zostac na pare dni... Jak odeslemy podpisany papierek to szrot go zabierze, juz bez zadnych kosztow dla nas...jeszcze sobie odzyska benzyne, jakies 30l zostalo w zbiorniku paliwa, jakies czesci, pewnie jeszcze pare tysiaczkow zarobia a my sie pozbedziemy problemu.

Hultaj narazie sie dobrze miewa, odkrywamy go powoli, a to schowek pod siedzeniem a to Radek radio zmienil na nasze z forda, noname ale za to z USB, czytnikiem kart itp. Przeglad planowo mamy za jakies 2000km, ale chyba zrobimy na dniach, zeby powymieniac wszystkie plyny i sprwdzic,czy hamulce, rozne czesci skladowe osie, polosie itp sa ok itp. I tak musimy coroczny przeglad do dowodu rejestracyjnego zrobic do konca marca...

Brakuje nam chyba tylko trojkata i gasnicy, ktora z reszta tu nie jest obowiazkowa, zimowe opony mamy bezkolcowe,jednak calkiem porzadne - przy napedzie 4x4 radza sobie niezle nawet w glebokim sniegu, nie bedziemy wiec na gwaltu rety kupowac, tylko jak sie jakas okazja trafi... Pewnie albo nowe ale z tanszych albo lepsze uzywane, jesli w okolicy gdzies ktos bedzie sprzedawal... 2 nowe tzn lekko uzywane letnie musimy tez dokupic, nawet oryginalne alufele do nich mamy ;-)

No i mamy stalowe felgi od Fordzia, moze sie je uda z oponami jeszcze opchnac za pare koron na blocket.se to taka mala namiastka allegro tutejsza... Same opony jeszcze moze komus na rok starcza, felgi tez sie moga komus przydac...

Dochodze do wniosku po otrzepaniu sie z weekendowego szoku, ze kupowanie auta tutaj to sama przyjemnosc... 2 podpisy a wszystko inne komis zalatwia - jeszcze dzis sprawdzilismy,ze gostka dobrze zrozumielismy, tzn wroc, Radus moje kochanie na telefonie od rana wisial i sprawdzal..., zgloszenie zmiany wlasiciela to urzedu, platnosc podatku, czasowe ubezpieczenie za darmo na 2tyg a potem towarzystwo przysyla oferte i jesli ja wezmiemy to jeszcze 3,5 miecha za darmo... Midzio...

Wczoraj jechalam z Härnösand od Tarasiuczkow, autko prowadzi sie miodzio, z pewna doza ostroznosci narazie bo go nie znamy i nie mamy kolcow, ale jak dla mnie zdecydowanie lepiej niz ford kiedykolwiek, porownywalnie do sluzbowego z pracy...

niedziela, 29 stycznia 2012

Jak wspominalam ostatnio poszukiwania auta ulegly o tyle zastopowaniu,ze czekalismy na uplynnienie finansow poprzez wziecie pozyczki z banku. Pozyczka przyszla, nic wiec nie stalo juz na przeszkodzie by zaczac sie zastanawiac kiedy, o ktorej i dokad jedziemy. Zapadla decyzja,ze w piatek, z samego rana. Plan wstepny byl taki,ze weekend od pt do nd Dawid mial spedzic u Tarasiukow a my z okazji naszej malej rocznicy bycia ze soba czyli 16 rocznicy pewnej studniowki, ach, jaka ja juz stara jestem...hm, hm... no wiec w celu poswietowania mielismy spedzic mily, romantyczny weekend, niestety nie w Paryzu, ale w Sundsvallu... Okazalo sie jednakoz,ze miejsca do pojechania sa 3 a nawet 4, tzn Uppsala, gdzie byl Radka po wstepnej selekcji faworyt sposrod Santa Fe - z opisu idealny, maly przebieg, skorzana bezowa tapicerka, hak, system antyposlizgowy itp... Potem bliskie okolice Sztokholmu czyli Täby i Danderyd, w tym drugim miejscu byl drugi na liscie faworytow, starszy, z wiekszym przebiegiem, ale tez z hakiem i spelniajacy podstawowe warunki, kilka tysiecy tanszy... No i 2 autka Postanowilismy byly do obejrzenia nieco na wschod od Sztokholmu i Uppsali, w Eskilstuna, tam stal jeden Santa Fe i jeden Ford Maverick, ktory wygladal i kosztowal zachecajaco...

No i postanowilismy wiec w koncu weekend w miescie przesunac na kolejny tydzien i skupic sie na jednym zadaniu, odnowieniu domowego parku maszynowego...

W droge wyjechalismy w pt z samego rana o godzinie 4. Ja zapadlam w kojaca drzemke dosypiajac nocne zaleglosci z Radus prowadzil, popijajac kawke. W okolicach Sundsvall zaczelo tak sniezyc, ze predkosc jazdy znaczaco nam spadla, bynajmniej jendak poza ktorkimi momentami snu mi to nie zaburzalo... Przebudzalam sie chwilowo, ale za chwile przysypialam znowu... Z krainy Morfeuszka wyrwalam sie dopiero kolo jak sie potem okazalo Gävle... Otworzylam oboje oczu i zapytalam mensza jak sie jedzie... Swietnie, Chuj...wo czy tez Beznadziejnie... Na to maz odpowiedzial mi,ze jesli chce uslyszec szczera odpowiedz, to wiele wskazuje na to,ze tym autem my juz do domu nie wrocimy...Jak sie potem okazalo w tym momencie po raz kolejny szarpnelo mu kierownica w lewo i to dwa razy pod rzad, duzo silniej niz wczesniej, podjal sie blyskawiczna decyzje zjechania na parking,z reszta po 3h prowadzenia i tak musial odpoczac... Podjechal na srodek i chcial sie ustawic tylem... Wrzucil wsteczny, a aucie cos zazgrzytalo... i auto nie pojechalo na wöasnych 4 kolach ani w tyl, ani w przod... Cos co wczesniej szarpalo kierownica, wzielo i peklo, spadlo czy inne cus... odmowilo posluszenstwa w kazdym razie...

Coz... Mozecie chyba zrozumiec, ze w tym momencie wogole nie bylo nam do smiechu... Fordzio zawiodl pierwszy raz w trasie, w najmniej odpowiednim momencie... Niby na takie okolicznosci kupuje sie ubezpieczenie, ale jak juz sie to stanie ... lekka niemoc dopada... Skontaktowalismy sie najpierw ze znajomym, ktory pracuje w naszym towarzystwie ubezpieczeniowym. On nie mogl rozmawiac od reki, oddzwonili po chwili, wiec w miedzyczasie zapominajac,ze mamy tez w razie czego prawo do samochodu zastepczego goraczkowo zastanawialismy sie, jak my sie mamy dostac te 100km dalej do Uppsali, gdzie ewentualnie stal nasz przyszly niedoszly samochod...

W koncu siegnelam po telefon i wykrecilam numer do przyjaciela, do Jacka Tarasiuka... To jest jeden z powodow dla ktorych na chwile obecna chcialabym zostac w tym miejscu na ziemi w ktorym jestesmy, wlasnie dlatego,ze sa tutaj tacy ludzie, na ktorych nie tylko mozna liczyc jak sie chce pobawic, popic, posmiac, ale i kiedy sie wali i pali... Jacek z Anita po pol godzinie byli w drodze do nas swoja Sabcia...W tym czasie kolega doradzil,ze mamy darmowy assistance czyli zawioza nam auto do warsztatu, niestety nie do domu, co moze mogloby byc najlepszym rozwiazaniem (tu mamy tani warsztat, tam auto trafilo to jakiegos firmowego mechanika, gdzie godzina pracy pewnie bedzie kosztowala z 1000sek... a auto przy dobrych wiatrachmoze byloby warte do sprzedazy z 5000sek...)... powiedzial tez o tym aucie zastepczym, ale my juz dalismy sobie z tym spokoj, bo przyjaciele byli juz w drodze i chyba nawet wolelismy to rozwiazanie... choc przyszlo nam na nich czekac 4h... Wiedzielismy tez,ze jesli auta nam nie naprawiamamy prawo do darmowego noclegu w Gävle, ale coz z tego jesli wszystko wskazywalo na to,ze i tak nie oplaca sie go naprawiac, jesli warsztat tego dnia zamykaja wczesnie a w sobote jest zamkniety a poza tym czulismy,ze teraz juz musimy zmienic auto...

Jako,ze byla to nasza rocznica w tym chaosie, usilujac utrzymac dobre humory, wymienilismy sie prezentami. Monsz dostal 1 rozrywkowa i 2 poradnikowe ksiazki, ja moje kochane perfumki Green Tea, E.Arden. Zjedlismy kanapeczki, wypilismy herbatke, podgrzewalismy sie silnikiem...

Jako ze zle sprawdzilam w komorce nasze polozenie (w bezruchu gps pokazuje kierunki polnoc na gorze, poludnie na dole a jakpopatrzylam jakby bylo odwrotnie, gupia baba) wiec Anitka z Jackiem mineli nas, pojechali tam gdzie mysleli,ze bedziemy, potem jako ze to autostrada musieli pojechac kawal zanim mogli nawrocic i kolejny kawal w druga strone zanim moglo znowu przejechac obok naszego parkingu.

Przepakowalismy graty, zabierajac z Fordzika wszystko to mielismy tam upchniete na wszelki wypadek, np. lopate, linke to holowania, skrzynke z narzedziami, siatke do unieruchamiania bagazu, apteczke, ciuchy cieple, buty itp, itd... Kluczyki dowod rejestracyjny zostawilismy w aucie, informujac zaklad, ktory mial go przetransportowac do warsztatu, gdzie je zostawiamy. Bedac juz w drodze powiadomilam warsztat,ze nasze auto tam trafi, ale ze chcemy,zeby najpierw sprobowali sie tylko zorientowac co to moze byc i ile moze kosztowac a potem sie odezwali zanim zrobia cos,za co bede musiala placic...Nie odezwali sie do zamkniecia zakladu a widzielismy wracajac,ze auta na parkingu nie bylo, wiec pewnie nie zdazyli miedzy popoludniowa fika czyli kawa a piatkowym fajrantem o 16... Bedziemy wiec jutro dzwonic,zeby sie dowiedziec czy nasze auto olaca sie naprawic i sprzedac czy lepiej od razu je zeszrotowac...

A tymczasem niecala godzine pozniej juz bylismy w Uppsala. Zajezdzamy pod podany adres, a tam ani naszego wypatrzonego w necie auta ani zadnego pracownika... Zadzwonilismy pod podany numer telefonu, okazalo sie,ze ten sam handlarz ma jeszcze inne miejsce w tym samym miescie, jakies 2km dalej.Przejecalismy wiec tamze...I Hyundai, nasz wstepny faworyt byl, czekal,a jakze... tyle, ze z faworyta nieziele zostalo jak sie okazalo,ze miala byc skorzana tapicerka a jest zwykla i to maksymalnie usyfiona, jej stan i stan tapicerki z bagazniku wskazywal na przebieg nie 80.000 a 180.000km... Hak, ktory mial byc rozplynal sie, system antyposlizgowy chyba nigdy tego auta nie ogladal za to na pewno spotkalo sie ono na pewno z jakims slupkiem lub innym autem na parkingu bo bylo powgniatane na prawym przednim blotniku, pobdrapywane, z peknieta jedna z tylnych lamp i wypadowanym akumulatorem, w dodatku na tylko letnich oponach... Faworyt spadl z hukiem z piedestalu...

Coz bylo robic... zwinelismy sie spowrotem do Sabcia i chcac dotrzec jeszcze za dnia do kolejnego celu w okolicach Sztokholm ruszylismy w droge... Celem byl Danderyd. Radek probowal tam dzwonic dzien wczesniej,ale sie nie przebil. Na szczescie ja mialam wiecej szczescia, co prawda pod podanym numerem odpowiedzieli ludzie z Täby, ale z drugiego salonu tego samego wlasciciela, wiec dostalismy wlasciwy numer, potwierdzilismy,ze auto jest i ze mozna sie nim probnie przejechac... Dojechalismy, pokazalismy sie sprzedawcy, ktory wyposazyl nas w podstawowy sprzet do jazdy probnej, tzn. kluczyki, kierunek odnalezienia onteresujacego nas auta no i miotelke do odsniezania... oczywiscie... gdyz nasze auto stalo sobie na drugim koncu parkingu, zasypane sliiiczna warstwa 30cm sniegu...ot, taki maly sporcik na mily poczatek, hehe... No wiec odkopalismy, probujac zdazyc zobaczyc cokolwiem poki slonce nie zajdzie, obeszlismy, obmacalismy... wszystko zgadzalo sie z opisem. Byl wyjsciowo 3tys tanszy niz ten nieudany egzemplarzz Uppsali, ale i ma o 50000km wiekszy przebieg... za toricznik ten sam, hak, zadnych wgniecen ani stluczek na perwszy ani drugi rzut oka, poza malym peknieciem na tylnym zderzaku, pewnie jak ktos podczepial przyczepke na hak, tapicerka czysta, zadbana i niezniszczona tak jak i cale wnetrze i bagaznik. No i opony zimowe, co prawda bez kolcow, ale jednak, a nawet letnie na felgach aluminiowych, oryginalnych z Hyundaia, dwoch co prawda zjechanych, ale dwie sie nadadza na jeszcze ze 2sezony... Pojezdzilismy w te i spowrotem, hamulce nieco zastale ale sie roruszaly, silnik pracowal rowno... Niestety o tej porze w pt, w Sztokholmie mozliwosci zrobienia na szybko przegladu nie bylo... No ale udalo nam sie utargowac 1000sek zceny na benzyne na powrot i ... 2 letnia gwarancje na wszelkie uszkodzenia silnika, ukladow roznorakich, napedu 4x4, sprzegla wiskotycznego itp, itd... wszystko poza normalnym zuzyciem auta... No to juz nie do odrzucenia oferta... Poprzeanalizowaniu zadow i waletow, podjelismy decyzje, bierzemy... Radek podpisal dwa papierki, facet odblokowal auto do uzytku, zglosil do krotkiego ubezpieczenia, tak bysmy mogli dojechac do domu i zastanowic sie gdzie go chcemy ubezpieczyc. Potem ruch karta, z czytnka wyszel maly papierek czyli dowod zaplaty i ... gotowe. Do bagaznika zarzucili nam letnie opony, dali folder gwarancji i do domu... Przepakowalismy graty z Sabcia i po ochlonieciu lekkim ruszylismy...

Ujechalismy moze z km kiedy autem zaczelo szarpac... Radek zle pracuje pedalami? Skonczylo sie paliwo??? Czy zesz qr... mac co znowu???? Kolejne auto jednego dnia zepsulismy??? GRRRRRRRRRRRRRR...!!!

Najpierw jakies 5 sekund zalamki, skret na czerwonym, uppsss... w slepa uliczke i decyzja zawracamy... Godzina 17.52, za 8 minut zamykaja komis... Mi sie prawie rozladowala komorka, myslalam,ze juz calkiem calkiem, ale okazuje sie ze jeszcze dycha... cale szczescie bo karteczki z numerem znalezc nie moge, jak z Radka komorki dzwonilam na numer z faktury wogole mnie nie laczylo... ale ze moja komorka jeszcze dychala znalazlam numer w historii i udalo mi sie dodzwonic. Gostek mial czekac... przecielismy jak strzala spowrotem,na krztuszacym sie i szarpiacym silniku i chyba na 2, moze na 3 cylindrach siejac za soba zapach nie do konca wypalonej benzyny... suuuuper przeciez o tym sie marzy po calym dniu przygod samochodowych nie???

Facet czekal, przejechal sie autem...Radek ochlonal i chyba zdazyl sie domyslec diagnozy,ktora gostek potwierdzil, cos w silnikiem, chyba albo kable albo swiece. Zalatwil nam wizyte na ostro o mechanika, na koszt komisu ofkors... Drugi pracownik odeskortowal nas ok 15km do sasiedneij sypialni Sztokholmu, Vallentuna. I tam po podlaczeniu do komputera, ktory nie poazal absolutnie zadnych bledow w silniku machanicy  dokonali skomplikowanej naprawy naszego nowego auta... rozkrecili obudowe, odczepili co trzeba, papierowym reczniczkiem powycierali czesci silnika, ktore ktos zamoczyl myjac silnik do sprzedazy pod cisnieniem myjka... Potem osuszyl wszystko powietrzem pod cisnieniem, poskrecal wszystko i autko odzyskalo cylinderki, juppii!!! W dodatku, jako, ze byl pt, 19sta, okazalo sie,ze 3 z 4 pracownikow warsztatu to oczywiscie... Polacy, za czwarty na pewno niezle sie nauczyl mowic po polsku, albo przy swoich kolegach albo do polskiej rodziny...

Tak wiec po tym emocjonujacym i pelnym przygod dniu podroz do domu z popasem w Maxie w Uppsali i padajacym niezle od Hudiksvall do Härnösand sniegiem byla juz czysta przyjemnoscia. Trzymalismy rozsadna predkosc, bo nie znamy auta, opony mamy bez kolcow no i mielismy dosc emocji... I jedzie sie genialnie. Jak narazie proawdzi sie genialnie. Sama mialam nim okazje pojechac sobie dzis z Härnösand, gdzie u Tarasiukow opijalismy ten zakup, okupiona solidna porcja stresu i nerwow,  i juz lubie ten samochodzik, tak, jak nie lubilam Fordzia. Pedaly chodza lekko, lusterka jak w ciezarowce, wszystko widac z wysokosci, przejezdza przez 30cm snieg na podjezdzie do garazu bez najmniejszego problemu, jak w maselko... MIOOODZIO!!!

Jutro czeka nas a) dowiedzenie sie co z fordziem i albo naprawianie albo z wieksza doza prawdopodobienstwa szukanie szrotu, ktory go zabierze i wyrejestruje, najchetniej bez ponoszenia przez nas kosztow, potem wyrejestrowanie go, odzyskanie podatku,wypowiedzenie ubezpieczenia b) sprawdzenie,czy facet z komisu dopelnil wszelkich formalnosci ze zgloszeniem auta i ubezpieczeniem plus wybranie ubezpieczenia c) umowienie sie na przeglad w Huyndai, wymiana oleju, ktorego juz troche brakowalo, ewentualnie jakis tam plynow, sprawdzenie,ze wszystko dziala d) przeglad roczny auta, ktory musimy zrobic do marca i ktory mam nadzieje po przegladzie u dealera bedzie tylko formalnoscia...

Tak poza tym monsz oczywiscie probuje zalatwic praktyki, ale ze jego opiekun w urzedzie pracy zrobil sobie zimowe wakacje, zalatwianie czegokolwiek musialo zostac odsuniete w czasie na nast tydzien... Szwecja... scisla specjalizacja, kazdy zajmuje sie tylko jednym dzialem, nikomu sie nie spieszy a jak Radek powiedzial,ze zastanawia sie nad praktykami w 2 miejscach uslyszal,ze no on to sie musi zdecydowac i skupic na jednym miejscu.... aaaaaaaaaaaaaaaaaa... Jakby sie ktos NA NIEGO zdecydowal byloby duuuzo latwiej nam sie zdecydowac...

NO... W przyszlym tygodniu relacja z romantycznego weekendu we dwoje... chba ze nie bedzie romantyczny... albo chyba ze nie bedzie nic do opowiadania co sie nadaje do upubliczniania, hahaha... NO!!!

Dziekuje za uwage i pozdrawiam...

Tagi: auto Hyundai
23:16, zapiski_szwedzkie
Link Komentarze (4) »
sobota, 21 stycznia 2012

Dzis Dzien Babc i Dziadkow... Mi do jego obchodzenia pozostal juz tylko jeden kochany, ale jednak maly towarzyski Dzadek Wojtek. Choc trzeba mu dzis przyznac,ze nie wiem czy sam pamietal, czy to zasluga mamy, ale zadzwonil z zyczeniami, nice...

Pisalam dzis na blogu kolezanki komantarz, pozwole go sobie zacytowac, chodzilo jej o to,ze czesto zdarza sie,ze ludzie sie kochaja, sa ze soba latami a ich naj naj najblizsi czyli rodzice albo sie ledwie toleruja, albo  zwalczaja albo w najlepszym razie sa obojetni... Moi Dziadowi i Babciowie nie mieli okazji sie spotkac, ale i chyba takiej potrzeby nooo moze sie widywali czesciej na poczatku, jak bylismy malutcy...

Doceniam w tej chwili jak mam pisac o dziadkach hehe szwedzka modle na podawanie nazwy babci i dziadka w zaleznosci od ktorej strony sa... wiec moja farmor czyli mama taty byla z farfar czyli tata taty rozwiedziona, mieszkali pod jednym dachem ale stosunki byly nieistniejace z elementami chlodu miedzy nimi. Ale o tym sie z dziecmi nie rozmawialo... Babcia byla generalnie w gatunku tych starszych, babciowych babc w chusteczce, bez makijazu , ale nie zmienia to faktu,ze byla kochana...

Ale z moimi drugimi dziadkami, morföräldrar czyli rodzicami mamy spotykala sie tylko od wielkiego dzwonu, na naszych urodzinach, weselach i pogrzebach...Mormor i morfar czyli rodzice mojej mamy byli nam zdecydowanie uczuciowo blizsi, zwlaszcza mormor, mama mamy, ktorej mi tak bardzo bardzo brakuje... Szczegolnie w takich dniach jak dzis chcialabym moc podniesc sluchawke i zadzwonic do nieba zlozyc jej zyczenia, czy tez gdziekolwiek indziej ona sie teraz znajduej, bo przeciez energia jej zycia nie zniknela ot tak sobie ze swiata...

Nasi Rodzice a Dawida dziadkowi (w zasadzie jak ich zbiorczo nazwac, czemu akurat dziadkowie a nie babciowie, hehe...) troche sa sobie blizsi choc tez dzieli ich kilkanascie lat roznicy, ale mowia sobie po imieniu, nawet nie wchodza w konflikty, ale tez i nie spotykaja sie jakos prywatnie... Ale taka jest prawda,ze tesciowie w zasadzie poza rodzina sie z nikim sie spotykaja a moi rodzice raczej w starym sprawdzonym gronie czy tez tym co z noego po latach pozostalo... Masz racje, moze nam sie uda byc bardziej zgranymi tesciami/dziadkami, ale tez nie ma z tym nic pewnego... Zobaczymy.

W kazdym razie raz jeszcze wszystkim czytajacym Babciom i Dziadkom naszym i naszego dziecka WSZYSTKIEGO NAJ NAJ NAJLEPSZEGO.

Dziekuje tez za zyczenia od kilku osob, ktore pamietaly o moich imieninach (nie ma wsrod nich mojego mensza, taaa... to bedzie mial dlug do splacenia, uuuuu...) nawet jesli ich zwykle nie obchodze szczegolnie chucznie, jakos w tym okresie nie mam do tego melodii...

W zeszlym tygodniu spedzilam 3 interesujace dni w specyficznym miejscu, w klinice Psychiatrii Sadowej w Svall. Nie jest to ta sama psychiatria co moja czy nawet ostra psychiatria szpitalna. Inny czas pobytu pacjentow, czesto wielomiesieczny, inny typ pacjentow, albo skazani, ktorzy byli chorzy w trakcie popelaniania czynu i trafili tam zamiast do wiezenienia na wiele lat, albo Ci co sa aresztowani i zachoruja mniej lub bardziej psychicznie. Mialam okazje wspolpracowac z dwojka zupelnie roznych a jednak rownie ciekawych lekarzy, jeden z nich zrobil swietny wyklad nt obowiazujacych praw, druga jest tak pizytywna i tak lubiaca ta prace,ze jej entuzjazm az zaraza... Specyficznosc mejsca polega tez na scislych zasadach bezpieczenstwa, nie mozna miec swojego telefonu jako taka osoba z zewnatrz jak ja, ani torebki, przy wejsciu i miedzy wszystkimi oddzialami zamykane na karte i klucz drzwi, bramka na metale w wejsciu... Jeszcze kolejny tydzien teraz a potem jeden w lutym... Ciekawe doswiadczenie, naprawde...

Musialam jeszcze pocieszac moja kochana przyjaciolke i towarzyszke niedoli Niamke, ktora zpelna werwa i pozytywnym nastawieniem pojechala do Kramfors na spotkanie lekarskie i zostala zgaszona na wejscie, jej pomysl wykorzystania programu do ukladania schematu pracy lekarzy ze szpitala zostal olany, plany stazu na wiosne w Sundsvall spotkaly sie ze zdziwieniem,ze tak pozno chce to zalatwiac no i nasz nowy specjalizujacy sie, ktory ma szanse skonczyc specke wg starych zasad na koniec przyszlego roku chyba w oczach szefa stoi wyzej niz ona... Doszlysmy po paru lampkach wina do wniosku,ze zawsze bylysmy jednak tymi Polkami i chyba dla samego szefa jestesmy jednak pewnym rozczarowaniem, bo zamiast cichych, robotnych i poslusznych myszek dostal uparte, dazace do celu i w dodatku wspierajace sie kobiety, hehe... coz... musi teraz z tym zyc... I jakos NIE BUDZI mojego wspolczucia...

Z autem narazie przestoj o tyle,ze czekamy na pieniadze z banku, przegladamy oferty, zastanawiamy sie... Moze pojedziemy w pt w dol do Uppsala obejrzec kilka aut, ale zobaczymy...

Dzis byl mecz z drugiej fazie grupowej ME w pilce recznej Polska:Szwecja... Nie wszyscy sledza, ja zaczelam teraz ogladac no  bo jak dziecko gra nie wypada juz nie weidziec co sie dzieje w tej dziedzinie w swiecie... Mecz zakonczyl sie ... REMISEM 29:29... I mozna powiedziec, ze bylo to salomonowe rozwiazanie, kto nie ogladal duuuzo stracil, jaki horrrror!!! Mecz z Dania to byla male pifko... po pierwszej polowie zagranej jak na rolce czyli relanium, nasi przegrywali 9 do 20, juz wydawalo sie ze pozamiatane, Radek poszedl na gore ogladac tvn turbo zdrajca, Niamki zaczely pakowac sie do domu, tylko ja i Dawid dzielnie kibicowalismy... Nie wiem co trener graczom powiedzial a raczej wiem,ze nie byly to slowa parlamentarne, ale POMOGLO!!! Co prawda nie gralismy na 100%, ale przy ledwie poprawnej grze Szwedow my gralismy lepiej, powolutku odrabialismy i REMIS!!!!!!!!!!! ... Z punktu widzenia polityki miedzypanstwowej wynik idealny, choc troche sie zastanawiam, dlaczego qrdelek nasi nie sprobowali jeszcze oddac ostatnego rzutu na bramke w ost sekundzie, ale widac, tak mialo byc... Za to miny szwedzkich zawodnikow schodzacych z boiska... bezcenne... Choc szkoda mi ich bylo... troszeczke...  oni tez uslysza pare slow prawdy od trenerow... Ale hahaha... no i syn bedzie mogl chyba dalej trenowac, ;-) uff... a my mozemy dalej kibicowac juz na spokojnie obu zespolom...

piątek, 13 stycznia 2012

Monsz mnie namowil dzis na wyprawe do Sollefteå w celu obejrzenia i przejechania sie dwoma autkami. Poniewaz iz nasz Fordzio pomijajac postepujaca powoli fale rdzewienia wykazuje tez tendencje do wydawania dziekow ostrzegawczych np o probie skrecenia kol do skrecenia albo przekroczenia 120km/h... No i trzeba bedzie sie dopozyczyc w banku troche i dzielnie splacac ratki kolejne, bo odlozyc narazie nie ma z czego...

Przejechalismy sie Citroenem C5 (roczniki mlodze niz 2005 juz sie tak podobno nie psuja, choc wiele zalezy od egzemplarza, ale tak to jest z kazdym nowym autem z elektronika, a Radusiowi sie usmiechalo hydropneumatyczne zawieszenie, miekkie, dla kregoslupa, ktore jednak okazalo sie nie AZ takie rewelacyjne...) i Hyundaiem SantaFe (tu w gre wchodzi troche starsza bryka,za to z 4x4, prowadzil sie zadziwiajaco dobrze,przetestowalismy go na sliskim i noooo... wart zainteresowania...), pare jeszcze mamy typow...

W citroenie C5 poczulam sie dzis OBNIZONA (w Dawidowym slowniku rownowaznik PONIZONA, hehe) - po ustawieniu fotela dla mnie nie da sie ustawic lusterka wstecznego tak,zebym dobrze widziala cala szybe bez przesuwania sie w fotelu, no OBNIZAJACE!!!! hehe... Tak wiec C5 odpada...

CDN

21:07, zapiski_szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2012

Jako ze gra B nam sie trafila i tego jednego punkciku zabraklo przyszlo nam sie odnalezc w grze B. Doszlam do pocieszajacego wniosku,ze nie ma tego zlego, bo przynajmniej chlopaki grali z druzynami na podobnym poziomie i mieli szanse sobie dobrze poradzic...

Bo wiecie, sport dzieciecy, ale roznice poziomow jednak sa... Np. dziewczynki z Kramfors weszly do finalu A, ale tam spotkaly sie z druzyna ze Stolycy,ze Sztokholmu znaczy sie, ktora trenuje nie 2 a 4 razy w tygodniu, ma po 2 mecze w kazdy weekend a nie tyle ile wyjdzie z ligi i czasem meczow treningowych...No to sila rzeczy sa bardziej zgrane,ograne, wytrenowane... Mimo to naprawde doceniam,ze nawet w takim Ramvik, Krafors czy Harnosand sa druzyny, sa ludzie, ktorzy poswiecaja im czas i uwage i sily,zeby chlopcy i dziewczyny zamiast szwendac sie po ulicach albo siedziec w domu grajac w pilke reczna na WII ;-) zaczely sie ruszac, uczyly sie walczyc, wygrywac i przegrywac no i dzialac w zespole...

Final zaczelismy meczem pozno w sobote od mocnego zwyciestwa w cwiercfinale 17 do 5. Jako ze dosc szybko stalo sie jasne, ze wygramy, trener mogl sobie pozwolic na male rotacje skladu i wprowadzanie tych nieco slabszych zawodnikow na nietypowe dla nich pozycje... Kolejny krok do pokonania mielismy w sobote w poludnie. Polfinal byl dluuugo wyrownany, ale druzyna grala razem, zgodnie i wygralismy 7 do 10. Nasi przyszli finalowi przeciwnicy mieli jeszcze bardziej wyrownany polfinal, wygrali w koncowce 10 do 9. Musialo to niezle nadszarpnac ich sily, bo na nas juz im och nie starczylo. Final byl ciekawy, ale dosc jednostronny. Choc nie bede sie uskarzac na to,ze wygralismy 16 bramkami do 6 i ze syn nasz kochany zaskoczyl bramkarza przeciwnikow swoim niezbyt sily ale wysokimrzutem, strzelajac DRUGA bramke w zawodach. Zaden rodzic, ktorego dziecko strzela 5 czy 10 bramek w meczy nie doceni tych 2 goli tak jak my, hehe...

Radosc byla ogromna, zlote medale, usmiechy, usciski, nawet z mamuska i piatka z tatuskiem. Potem tylko prysznic i do autobusu. Triumfalny powrot do rzeczywistosci kole polnocy. I jak powiedzial Dawid wszedzie dobrze, ale w domu najlepiej, po czym teatralnie runal na kolana ucalowac panele w przedpokoju, hehe...

Kopparcupen, wracamy za rok!!!

Kopparcupen 2012

12:43, zapiski_szwedzkie
Link Komentarze (1) »

Jakby jeszcze ktos z ewentualnych czytajacych nie wiedzial, od piatku od poludnia The Radziewinski Family zmienila miejsce pobytu na Falun. Wraz z chlopakami i innymi rodzicami przemiescilismy sie - jak to sie mowi po szwedzku - w dol czyli na poludnie autobusem kierowanym przez ojca jednego z graczy. Mily sposob podrozowania na wieksze odleglosci, zamiast sie spinac, prowadzic, stresowac - sluchawki w uszy, poduszka na kark i chrap, chrap,zeby dospac po porannym wstaniu. Potem maly postoj na zarcie, jeszcze godzinka i bylismy na miejscu.

Wiekszosc rodzicow wynajela pokoje w hotelu pod samymi halami, w sumie dobry wybor, bo blisko z meczow, gorszy, bo do miasta 1,5 km z gorki, ale spowrotem pod gorke. My mieszkalismy w hotelu przy centrum, ale za to na mecze, gdyby nie to,ze w sasiednim hotelu mieszkala mama kolegi Dawida z zespolu ze swoim partnerem (szwedzka rodzina rozumiecie, on ma swoje 2 corki i syna, ona 3 synow, wspolnych dzieci nie maja) chodzilibysmy w te i spowrotem. Na szczescie w dniu przyjazdu autobusem odstawili nas pod hotel,zebysmy sie zameldowali, wrzucili bagaz i pojechalismy na mecz, a po meczu i w sobote rano, jak i pooludniu jechalismy juz autkiem.

Pierwszy mecz wczoraj do udanych nie nalezal,to juz chyba bedzie tradycja tej druzyny,ze pierwszy mecz przegrywaja na zawodach. Ja sie na pilce recznej poki co srednio znam, ale chyba problem lezy w tym,ze nie mamy stalego, dobrego, pogodzonego z faktem gry na tej pozycji bramkarza... Na bramce stoja na zmiane R. i K., obaj dobrzy w grze, w ataku, obronie i wszedzie, obaj strzelajacy bramki i lubiacy to robic. R. wyrosniety, on chyba jako jedyny w tej druzynie jest rok starszy od reszty, ale emocjonalnie jeszcze niezbyt twardy, wiec jak go ustawili wczoraj na bramce to byl nabombany nieco i bronil bez zaciecia, K. ma lekkie ADHD (o czym niech swiadczy fakt,ze gra w pilke reczna, treningi 3 razy w tyg, plus zawody plus liga i w hokeja, nie wiem jak czesto ale pewnie 2-3 treningi plus liga plus zawody...), biega, skacze, strzela, broni. (tanczy, stepuje i recytuje...) i tez nie za bardzo wyzywa sie w bramce... Bo jak oni sa tam bo chca, to mamy swietnych bramkarzy, ale jak chca byc na boisku to bronia po japonsku, jako tako i nam jeden element gry szwankuje...

No wiec pierwszy mecz wtopilismy (powiedziala matka, ktora siedziala na trybunach i usilowala choc zdejcia jakies robic...)

Aaaaaaa drugi mecz byl juz wygrany 13:5 aaaaaaa... Bo R. byl na bramce, ale mu sie chcialo i bronil swietnie, K. gral pierwsza polowe a potem sie zmienili i wszyscy byli szczesliwi...

A nowina sezonu jest taka że DAWID STRZELIŁ BRAAAAAAMKE!!!! Tralalalala...Tylko tu i na fb się mogę porządnie wycieszyc, dziecko zabronilo się wysciskac...Tia...Ale pozwolił łaskawie kupić sobie pamiatkowego t-shirta za jedyne 100sek i nadrukowac Dawid R....za kolejne 100 sek...No ale zapracował zwłaszcza, że wczoraj za 120sek kupiliśmy 2 kubeczki kawy, 2 kanelbullar czyli bułeczki cynamonowe i małą buteleczkę wody.Zgadnijcie ktoma dziś pełen plecak żarcia i picia ;-)

3ci mecz zremisowany 10:10... w piewszych kilku minutach chlopaki z przeciwnej druzyny miazdzyli naszych szybkoscia ataku, parli jak blyskawica. Przy 1 do 4 juz zwatplilam w sukces, co niniejszym odszczekuje hauuhauu...Bo Ramvik sie otrzepal  podniosl, atak przyspieszyl, obrona z czynnym i dobrym udzialem Dawida sie uszczelnila, przy 7 do 7 wyrownalismy, potem nawet prowadzilismy 8 do 7 i bylo wet za wet. Niestety wyrownali. Wlos mi sie zjezyl na glowie bo sedzia za ostatni powstrzymany ich atak zarzadzil karny, ale przestrzelili... Coz, oni z remisem i tak weszli z 2go miejsca do finalu A, my do finalu B, byloby na odwrot, gdybysmy wygrali. Ale niewazne, bo wlasnie takie emocjonujace, wyrownane mecze do ostatniej sekundy czlowiek chce ogladac...

CDN.

12:09, zapiski_szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 stycznia 2012
4 dniu urlopu minely... Wczoraj na fb napisalam: wersja 1.0 planu pracy naukowej prawie napisana... Z jednej strony zysk bezcenny, bo mialam czas w koncu przysiasc i przejrzec materialy, przeanalizowac, zestawic i spisac, z drugiej szlaczek mnie trafia,ze trace wolne dni na regeneracje na prace ;-( Ciekawe czy sie za jakis czas nie dowiem,ze plan jest totalnie beznadziejny i do radykalnej poprawki...
Coz, w zasadzie niewiele sie zmienilo. W srode jeszcze podopisywalam troche... za to popoludnie spedzialam urlopowo, najpierw trzesac dupka na Zumba a potem w kinie z Niamkami, Ola i Tarasiukami. Bylismy na hollywodzkiej wersji ekranizacji sagi Larssona, The girl with the dragon tatoo.Coz, szlam pozytywnie nastawiona, ale uwazam nieskromnie,ze wersja szwedzka wygrywa jakos tam 7:3. Lepszy dramatyzm, lepsza aktorka w ramach roli Lisbeth Salandet jak i Henrika i Blomkvista... No lepszy no... ale amerykanie sie postarali, zadowolone odglosy sasiadow z sali bylo slychac przy scenach kreconych w oddalonym o 4 mile Sollefteå... Pare scen ujeli, ktore szwedzka wersja pomijala... tekst fuck me, fuck me, fuck me hahaha...
Jutro skoro swit 5.30 pobudka i jedziemy na 3 dni do Falun, na puchar w pilce recznej Kopparcupen. Dawid gra... ostatnio niezle mu szlo, nawet na treningu bramki strzelal, oby na cupie nie bylo gorzej.
Dzis wypadl mu kolejny mleczak, ale z niego fajny szczerbusek boczny hahaha... uroczo wyglada...Chyba wrozka szczerbuszka musi wpasc...
No i dzis zapomnielismy o urodzinach Dawida kolegi kurde... Mial isc na 13ta... a byli u nas Tarasiuki isie zagapilismy, przypomnialo nam sie dopiero wieczorem...Wstyd... mam nadzieje,ze kolega zrozumie...
Dobranoc...