O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
wtorek, 22 stycznia 2013

Skarzylam sie ostatnio na uciazliwe czekanie? No to mi sie perspektywa zmienila, ja sie bardzo chce ponudzic...

Rok rozpoczal sie zabawowo i co nieco wybuchowo - pokazem ogni sztucznych. Zyczylismy sobie i znajomym wszystkiego naj naj naj. Po powrocie zycie plynelo normalnym, utartym rytmem, snieznie nie bylo, za to mroznie czasami.

Niestety takoz bylo tez w zeszly czwartek, a ze monsz byl tego dnia wolny, wiec hajcowal w piecyku, zeby utrzymac mila dla ciala i ducha temperature. Bo musicie wiedziec mili moi ze w Szwecji naszej znaczy sie polnocnej, temperatury w okolicach -20st i mniej - czyli wiecej stopni na minusie, nie sa morderczym atakiem syberyjskiej zimy ale normalna rzeczywistoscia trwajacym od dnia pojedynczego do dni wielu pod rzad. Rady wiec nie ma, na placenie za prad grzejacy 30-letnie elektryczne grzejniki nie ma kasy, pompy ciepla, ktore u nas sa klimatyzatorami z funkcja grzania - sa juz kilkuletnie i owszem, grzeja niezle jak jest na plusie, haha, jak nie trzeba, ta ktora mamy na gorze jeszcze daje rade i przy -10 ale ta na dole juz przy -5 dmucha nam ozywczym zimnym wietrzykiem... Kominek wiec byl glownym zrodlem ciepla w tych cieeeeezkich i ziiiiimnych dniach...

Przyszlam z pracy, chlopaki pojechali na trening handbollu a ja ogladalam mecz w tej samej dyscyplinie na MS w Hiszpanii miedzy Polska i Serbia. Mecz byl emocjonujacy, nie powiem, ja dzialalam w kuchni smazac, gotujac i piekac jak typowa Matka Polka acz na obczyznie i acz dietowo.

Mialam rowniez zadanie dodatkowe mianowicie podtrzymanie plomienia ogniska domowego w kominku. Raz podrzucilam ale potem tak sie zaferowalam mieszaniem w garnkach i kibicowaniem w emocjonujacym meczu,ze sie zagapilam. Przezylam wiec swoiste AAAHAAAAA kiedy Radek i Dawid staneli w drzwiach, polecialam na dol, szurgnelam spora szczape do paleniska, podkrecilam wentylator orzdmuchujacy cieplelko po domu i radosnie wrocilam do mieszania w garach...

Nie minelo minut pare a w domu zasmierdzialo, zadymilo i zawylo - czujniki dymu daly znac, ze zawartosc dymu w powietrzu oddechowym znaczaco wzrosla. Monsz mnie malo nie pozarl, nieslusznie jak sie po chwili okazalo podejrzewajac ,ze ogien wygasl a ja podrzucajac na slepo albo wypuscilam za duzo dymu albo zdusilam plomien do reszty. Wylaczylismy wyjace czujniki gluchnac ledwie w polowie... Monsz pogrzebal w palenisku, zeby  sie znowu zapalilo... dymi dalej... tyle ze zaczelo wyraznie byc widac,ze zrodlo dymu jest ... pod sufitem na zlaczu pieca z podsufitowa boazeria...Whats common???

Jako ze na dworze jak juz napomknelam bylo przyjemniutkie -25st - nic tylko wietrzyc, ale nie bylo wyjscia, otworzylismy drzwi... a tu dymu wydymilo jeszcze wiecej... przygaszenie w kominku nic nie dalo, wyniesienie dymiacych szczap na snieg tez nie... Dziecko wyekspediowalismy do kochanych sasiadow, sama zlapalam za telefon i zadzwonilam w pierwsze miejsce jakie mi sie skojarzylo z podejrzeniem, ze chyba cos sie pali w kominie... do kominiarza... Przypominam, ze byla godzina ok. 22...

Kominiarz wysluchal i dal najmadrzejsza rade jaka dac mogl, dzwonic po straz... Nigdy w zyciu nie mialam do czynienia ze sluzbami ratunkowymi inaczej niz z pogotowiem na dyzurze, przywozacym mi pacjentow. No ale wyjscia nie bylo...Przeprowadzilam wiec rozmowe w celu uzyskania pomocy, ale nie wprawienia w panike strazy, brakowalo nam bowiem do atrakcji jeszcze tylko zajechania czerwonych wozow Strazaka Sama czy innego Jensa na sygnale...

W miedzyczasie w domu zrobilo sie zimno, bo z racji siwego dymu balkon na gorze okresowo otwieralismy. Ubrana w zimowe rzeczy zapakowalam to co najcenniejsze czyli klucze, dokumenty, pieniadze... Monsz wyniosl do sasiadow komputery i aparat... W takich chwilach czlowiek ma pustke w glowie, w domu stosy rzeczy, ubran, zdjec, pamiatek... co zabierac? Nas nie gonily plomienie i chwile mielismy na ogarniecie sie, ale i tak nie bylam w stanie wymyslic nic konstruktywnego.

Po chwili pod dom zajechaly 2 wozy na szczescie TYLKO swiatlach i woz szefa akcji. Impreza z momentami chyba 7mioma a przecietnie 5oma strazakami ruszyla. Mimo braku sygnalu paru sasiadow wyleglo popatrzec, a jakze, ale zimno ich po chwili zniechecilo... Teraz to juz moge sie z tego ponasmiewac, jak wiem,ze nic nam sie nie stalo, dom caly i co ponajwyzej bedzie nas to troche kosztowalo kasy a nie zdrowie, zycie, wlasnosc, ale do smiechu zapewniam Was ze nam nie bylo...

Strazacy wygasili kominek do konca, wyprozniki popielnik, wdrapali sie na dach, sprawdzili wnetrze komina... nic... a dym sie dymi... Zapadla wiec decyzja, rozwalamy... MOJ KOCHANY KOMIIIIINEK... nie no, wcale nie taki kochany, ale byl, grzejacy, cieplutki... Cegielka po ciegielce, podlewajac co i rusz piana z gasnic (2x wiekszych niz nasza jedyna, a zeszlo ich prawie 4 cale...) rozebrali prawie cala jedna strone pieca.

Powod dymu i tlenia odkryl sie stopniowo niesamowicie zdziwionym oczom naszym i ich. Otoz jakis piiiiiiiiip (tu nastepuje seria epitetow w lacinie kuchennej...) Szwed kurna jego mac za kominkiem, w bezposrednim sasiedztwie nagrzewajacej sie z cala pewnoscia rury do komina umiescil... co??? oczywiscie nie mam pojecia do czego tam potrzebna, z racji,ze caly dol ma betonowe sciany, konstrukcje DREWNIANA oblozona obficie, a co bedziemy sobie zalowac IZOLACJA... Rece opadaja... Prawdopodobnie jest to czesc elementow montujacych do owczesnych paneli, ktore sa zamontowane na scianach sasiadujacych z kominkiem, ale PO CO TO WSZYSTKO ZA KOMINKIEM??? Piec prawdopodobnie stawial pierwszy wlasiciciel domu, zaczynam podejrzewac,ze byla to radosna konstrukcja wlasna bo sam komin na planach domu jest, ale kominka nie ma... Na szczescie kominek do uzytku byl regularnie sprawdzany przez kominiarza i dopuszczany... Moze sie teraz ten wydatek chociaz oplaci???

Cud ze caly dom nie jest drewniany, ze nie zapalilo sie wszystko bo malo tam za piecem tlenu bylo, ze to sie stalo jak nie spalismy, jak Dawid nie byl chwile sam w domu co sie zdarzalo, jak pojechalismy wieczorem po zakupy itp. Zylismy poniekad z bomba zegarowa pod nosem bo bylo to tylko kwestia czasu, kiedy to zlapie temperature i tak czy inaczej sie zapali. Juz wczesniej w ciagu tych 3 lat Radek palil intensywniej od czasu do czasu i pewnie wlasnie intensywnosc palenia tym razem przewazyla szale...

Akcja rozwalania, opanowywania dymienia i tlenia trwala od 22 do 3. Panowie jezdzac w swoich zasniezonych gumiakach po naszych panelach grzecznie krok po kroku opanowywali sytuacje. Wyjeli cala tlaca sie mniej lub bardziej izolacje, wyciachali zweglone i okopcone sadza kawalki desek. Poczestowalismy ich okolopolnocna kawa i polskimi ciasteczkami z cukrem co spotkalo sie z pozytywna aprobata. Filek z racji swej szwedzkiej wstydliwosci schowal sie gdzies i do rana nie pokazal, za to znany z polskiej goscinnosci Rudolf krecil sie pod nogami a potem wzial udzial w likwidowaniu wszelkich barier miedzynarodowych uganiajac sie za swiatelkiem lasera i latarek, jak to tylko koty potrafia ;) My zas ubrani w zimowe spodnie, polarne kurtki, czapki i solidne rekawice - siedzielismy sobie na schodkach na pietro... starajac sie nie szczekac zebami... na koniec akcji w domu bylo +5st... w srodku... I juz nawet sobie sie podmiewywalismy... chwilami... No bo co nam pozostalo w srodku nocy i akcji ratunkowej...

Na szczescie strazacy uspokoili nas,ze nie bedziemy nic placic za sama akcje, bo juz sie tego obawialismy z racji, ze nie dosc,iz strazakow pieciu spedzilo tu sporo czasu to jeszcze wykonali oni solidne roboty rozbiorkowe...

Odjezdzajac zostawili nam koncowke swojej pianowej gasnicy i miernik temperatury, kazali czuwac do rana, kontrolowac czy temperatura sciany za kominkiem spada. Ja posiedzialam jeszcze z godzine, potem warte przejal monsz i trzymal sie dzielnie do 7 rano, poki sie nie upewnil,ze temperatura spada.

Obraz zniszczen niby niewielki. Poza kominkiem samym w sobie ucierpiala najblizsza okolica, sciana jest brudna od sadzy, narzedzi i piany.Inne sciany juz pewnie troche byly poddymione wczesniej teraz sie jeszcze ciutke dobrudzily. W powietrzu unosil sie zapach dymu i pewnie na meblach osiadla sadza, ale nie przeszkodzilo nam to w ozywczym snie do 12. Do pracy jako prawie pogorzelica postanowilam sie nie udac... Z reszta wszyscy zostalismy w domu.

Od ubezpieczyciela na haslo kominek stary jako i dom uslyszalalam, ze on to juz nie jest ubezpieczony, wiec wizja sporych wydatkow stanela mi przed oczami,ze o kilku tygodniach w mrozie nie wspomne. Na szczescie postanowili jednak potraktowac moje niedobory jezykowe na moja korzysc i jak wspomnialam o strazakach, nadpalonych elementach konstrukcyjnych itp przelaczyli mnie do likwidacji szkod po pozarze a tam juz dostalam namiar na likwidatora. O dziwo wiec, mimo, ze zdazyl sie zrobic pt po lunchu czyli prawie weekend udalo mi sie sciagnac do domu na wstepna ocene co prawda nie jego ale firme wspolpracujaca w likwidacji tego typu szkod i naprawach. Panowie razno, ozywieni po kawce, ofkors i ciasteczkach naturalnie przystapili do ogladania i tego co za piecem i okolicy i systemu odzyskiwania ciepla, ktory z piecem byl polaczony... Wezwali pania od urzadzen oddymiajacych, dostalismy wiec na caly weekend dwa pizdzielniki, majace pozbawic nas i otoczenie przynajmniej czesci woni kielbaski z grilla. Okazalo sie,ze strazacy sprawdzajac czy ogien nie rozprzestrzenia sie wyzej w scianie naruszyli zawor zmywarki, stojacej pietro wyzej przy rzeczonej scianie, wiec w zasadzie do dzis zmywamy jak za krola Swieczka, recznie (zawor byl niby wczoraj uszczelniany ale ktos cos jakos zakrecil i wody brak...), poza tym wczoraj zabrali nam duzy TV - musi byc sprawdzony czy nie wciagnal sadzy, zabrali kanape i dywany do czyszczenia/prania, zabrali ksiazki do przechowania w magazynie i wszystkie meble, bo bedzie mniejszy albo wiekszy remont... Jaki duzy nie wiem i nie dowiem sie, poki likwidator nie skontaktuje sie z nimi i nie ustala tego.Czyli moze pojutrze...

By nie szczekac zebami musielismy chcac niechcac zalaczyc czesc kaloryferow, jak temperatura rosnie - zalaczamy gorna pompe. Dolna juz naprawde ledwie ciagnie, wiec przed marcem nie byloby sensu jej uzywac i w koncu zapadla decyzja wymieniamy... decyzja, ktora odladalismy na jakis okres bez wydatkow na wyjazdy, swieta, zakupy takie czy inne i jakos ten moment nie chcial przyjsc. Wyjazd na bal Polonii do Östersund Anno Domini 2013 odwolany... Wyjazd na weekend na ferie sportowe odwolany... Dobrze, ze bilety do Holandii juz dawno kupione, zaplacone i bezzwrotne, bo pewnie to tez bysmy odwolali. Nasze Karaiby w tym roku beda sie nazywaly varmepump Mitshubushi a nasze Kanary zapewne przyjma forme nowego kominka... JUPPI...

Ale zeby nie bylo, naprawde sie ciesze, ze wszyscy cali i zdrowi...

No to nam sie rok zaczal... co??? Z harcerskim czuj czuj czuwaj i spiewem na ustach: Plonie ooooognisko... nie, moze nie bede spiewac... Pa pa, calusow 102...

czwartek, 10 stycznia 2013
Po 10min krecenia raz za razem numeru udalo mi sie dodzwonic do wlasiwej podjednostki zajmujacej sie przyznawaniem specjalizacji. Nawet dostalam namiary na 2 osoby, ktore maja sie zajmowac moimi papierami, potwierdzilam wiec przynajmniej,ze doszly. Jedna z tych osob ma nawet z lekka polsko brzmiace nazwisko, ale mowi kompletnie bez obcego akcentu... W kazdym razie jak juz sie dodzwonilam i tak uslyszalam,ze nie zdazyla jeszcze popatrzec w moje papiery i nie zdazy wczesniej niz po 2-3 miesiach od wplyniecia :( wiec luty-marzec najwczesniej... A zanim ich nie zobaczy nie jest w stanie mi nic powiedziec, czy te papiery z Polski starcza czy nie tez powinnam cos doslac... Jednak jesli ''postepowalam zgodnie z radami i wskazowkami na ich stronie internetowej nie powinno byc problemu''... Pewnie ze tak zrobilam, ale rady sa dosc ogolne i interpretacja ich wypelnienia moze byc rozna... Buuu a myslalam,ze uzyskam cos wiecej... nawet peselu nie wziela...
 
No ale 2-3 miesiace, a licze je od daty wplyniecia czyli 20 grudnia 2012, brzmia jednak nieeeco lepiej niz pol roku, jak to jest napisane na ich stronie www. Bedzie jednak gorzej, jesli dojda do wniosku,ze musz zdobyc jeszcze jakies zaswiadczenie czy przeformulowac jakis papierek z Polski - moze zajac czas,zeby go zdobyc, przetlumaczyc... To czekanie mnie wykancza, moze jest jakis lek na wqr....???
 
++++++++++++++++++++
 
Efter 10 minuters väntan för att komma fram lyckades jag nå engeten för behörighet och även få namn på 2 pers som förmodligen kommer att vara inblandade i mitt ärende, den ena har efternamn som låter liiiite som polskt... men pratar svenska utan någon som helst brytning... I vilket fall som helst... när jag har kommit fram till henne fick ja bara höra att de inte börjar titta igenom mina papper fö...rrän efter 2-3 månader, alltså kanske febr-mars och förrän dess kan hon inte ge ngt besked om mina papper räcker till eller om de behöver kompleteras. Men ''om du har följt de råd och anvisningar som finns på våran sida bör det inte vara några problem'' eller ngt i stil med det. Problemet är att varje råd och anvisning kan tolkas på olika sätt... Jag hoppades att hon skulle i alla fall ta mitt personnummer, men nej... TRÅÅÅÅÅKIGT att hänga så här i luften...
Tja... men 2-3 månader låter ändå ngt bättre än genomsnittlig handläggningstid på 6 månader. Det blir värre om de då upptäcker att jag måste skaffa eller omformulera ngt intyg från Polen, det kan ta tid att skaffa och få det översatt... Väntan gör mig gaaaaaaaaaaaaaaaalen, fins det någon bra medicin för det???
 
 
17:21, zapiski_szwedzkie
Link Komentarze (2) »