O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
sobota, 15 lutego 2014

Pierwszy tydzien dyzurowy. Co to oznacza? Oznacza to, że organizacja naszego małego oddziału w Solleftea i podobnego w Ornskoldsvik, nazywanego dla ulatwienia Ovik, musialy sie zmienic.

Organ nadzorczy, takie polaczenie naszego NFZ i MZ ocenil, ze nie da sie utrzymac oddzialow bez dostepu do lekarza specjalisty wieczorami i w weekendy, przynajmniej pod telefonem, takiego, ktory gdy przyjdzie potrzeba moze sie stawic na oddziale w wyznaczonym maksymalnym czasie.

Do tej pory personel mogl dzwonic do dyzurnego w Svall, w naszym szpitalu wojewodzkim, tam maja system dyzurowy na psychiatrii z tzw. framjourem, zwykle albo stazysta podyplomowym AT-läkare albo lekarzem w trakcie specjalizacji z psychiatrii - wtedy mozna liczyc na dobra prace i oceny dyzuranta, albo z psychiatrii dzieci i mlodziezy, sadowej lub z rodzinnej, bo Ci musza miec staze na psychiatri doroslych i w ich ramach maja tez dyzury na Izbie. Framjour albo primärjour czyli dyzurant przedni albo pierwszorzedny, poczatkowy... no ten w kazdym razie na pierwszej linii walki (ooo ja tam wlasnie siedzialam w trakcie stazu w Svall) jest na Izbie w dzien i popoludniu a wieczorem, w nocy i w weekendy ma tzw beredskap, czyli jesli nie ma pacjentow moze byc poza szpitalem i w ciagu pol godziny musi sie stawic w szpitalu. W ptaktyce zwykle bylo cos do robienia przynajmniej wieczorem a nierzadko i w nocy, kiedys zdarzyl mi sie dyzur, gdzie wolne mialam moze z godzine i tyle snu zlapalam a reszta przelazona. Takze moze z dyzurem na Izbie Przyjec nie ma co porownywac, tempo pracy inne, ale bywa... zwariowanie nieraz, haha...

Z punktu widzenia framjoura jest jednak fajne to,ze pod telefonem maz bakjoura, czyli specjaliste albo överläkare - gdzie överläkare to specjalista zwykle juz z jakims stazem i doswiadczeniem, tytul w zasadzie bardziej administracyjny niz naukowy. No i w zasadzie powinno sie dzwonic i potwierdzac kazda decyzje, pytac o rade, sposob rozwiazania spraw. Oni zjawiaja sie w weekendy na obejscie oddzialow, a w razie kryzysu np. 3 pacjentow na raz albo trudni pacjenci, maja obowiazek przyjechania i wspomozenia mlodszego kolegi. Z tym,ze teoretycznie na stawienie sie maja do 2h... wiec czasami moga nie zdazyc na najgorsza jatke...

U nas dyzur bedzie wersja bakjoura bez dostepu do framjoura na psychiatrii. To oznacza, ze jesli cos sie dzieje z pacjentem na oddziale niepsychiatrycznego, jedzie na sasiednia Izbe Przyjec i tam go oceniaja, jesli ktos na tej Izbie sie pojawi, kto wymaga oceny psychiatry, jest wsadzany w taxi albo a ambulans jesli jest w gorszym stanie, a w skrajnych przypadkach jedzie w eskorcie policji na ocene do przyjecia przymusowego... do Svall... Tak tak... z Solleftea czy z Ovik, 120km lub odpowiednio jakos tak 180km z Oviku, tam oceniaja czy wymaga polozenia i jesli tak klada, u siebie, u nas i odsylaja spowrotem albo tylko daja recepte i sla do domu. I w ten sposob moze sie zdarzyc, ze droga z IP w Solleftea na Oddzial Psychiatryczny w Solleftea polozony moze z 150m od niej, wydluza sie do 240km... Nie pytajcie mnie gdzie tu sens i logika... Ale inaczej nie da sie tego zrobic. Nie mamy tutaj na psychiatrii tylu lekarzy,zeby obstawic dyzuranta na stale w szpitalu, stazystow jest kilkunastu na caly szpital, ale tylko kilkoro 2-3-4 na psychiatrii, a czasem 0 albo 1. Specjalizujacych sie mamy dwoje na koncowce, szukamy nowych chetnych ale narazie bez powodzenia...

Z ledwoscia we wspolpracy z Ovik obsadzimy funkcje beredskap dla bakjoura czyli gotowosci pod telefonem specjalisty... dzielimy sie pol na pol i u nas za co drugi tydzien odpowiadac bede ja i moj kolega. A co drugi tydzien bedzie to obstawial Ovik - jednym stalym lekarzem i kilkoma tzw. sztafetowymi, czyli nie zatrudnionymi na etacie ale dojezdzjaacymi z inych rejonow Szwecji, na kontrakcie na wlasna firme albo przez firme zewnetrzna (taki szwedzki wynalazek, material na oddzialna notke, gdyby wogole kogos to interesowalo...)

Wiec w jednym tygodniu mam 5 dni, wt, cz, pt - od 16.30 do 8 rano i jeszcze sb i nd cala dobe. Teoretycznie moge przesiedziec je w domu a praktycznie moze sie zdarzyc ze bede musiala pojechac na oddzial. Z kolejny tydzien mojego kolegi ja biore 2 dni, wt i czw, w ten sposob odciazamy sie nawzajem, zeby nie musiec caly tydzien sie stresowac...

Jako ze obchodza mnie tylko pacjenci juz bedacy na oddziale, ryzyko nie jest duze... ale jest. Wiekszosc malych porad zalatwiac mamy przez telefon, leki, nadzow itp. Pojechac bedzie trzeba, jesli jakis pacjent z oddzialu pogorszy sie tak,ze moze byc konieczne wyslanie go do Svall na opieke przymusowa i wtedy trzeba ocenic, wypisac kwity, zalatwic pomoc policji... potrwac moze i pare h...

Narazie siedze w domu z telefonem i calkiem wyluzowac sie nie potrafie, bo jak... Mam ta smycz, doslownie do komorki podlaczona i w przenosni mentalna, haha... To czego sie obawiamy jest, ze Big Brother z Svall bedzie nam podsylal pacjentow w weekend, tych co trafili do Svall ale albo juz sie polepszyli albo wogole nie chca ich ta trzymac tylko wypchnac na ich macierzyste oddzialy. I wszystko fajnie w tyogdniu, jak moze ich na miejscu lekarz spotkac, pogadac, ocenic, zaordynowac leki. Ale gorzej w weekend jak mnie tam fizycznie nie ma... Maja niby tak nie robic, ale wiadomo... Okazja czyni zlodzieja... Na pewno beda testowac granice i ile im wolno.

Bo Svall genetalnie uwaza, ze oddzialy powinny byc tylko u ich, skoro u nas tak malo jest lekarzy. Tylko co powiedziec ludziom, ktorzy tam czuja sie wyobcowani, daleko od rodziny, nie da sie nic zaplanowac z gmina, opieka socjalna, sa odcieci od rodziny, znajomych... I te odleglosci??? Taaaaa uroki Szwecji i tak zle i tak niedobrze. Dlatego ta linia dyzurowa moze te nasze oddzialiki uratowac a z drugiej strony wiadomo... wieksze dla nas obciazenie i wiecej uwiazania...

Narazie to poczatki, nikt nie wie jak bedzie, jak to sie wszystko ulozy...

Ten pierwszy dyzurowy tydzien przyszedl po tygodniu ciężkim pracowo, bo dużo nowych pacjentow i trudnych pacjentow. I zaczal sie z przytupem zdrowotnym bo mi sie przyplatalo przeziebienie, pierwsze od chyba 1,5 roku ale generalnie rychlo w czas, prawda? Jakies takie nietypowe, katar glownie apsikowy, strzelalam seriami i chyba wyjatkowo wirusowy bo mnie ani raz calkiem nie przytkalo, bardziej apsiki mi wlasnie dokuczaly. Poza tym mi sie porobily owrzodzenia w buzi na granicy dziasla i policzka, przepraszam,ze tak opisowo, ale one dokuczyly mi najbardziej, zmuszajac przez 3 dni do brania Ketonalu, a ja NIGDY nie biore z ich powodu przeciwbolowych a jak mam inne bole zostaje przy skromniutkim Ibuprofenie... Na to wszystko wizytacja rodziny comiesieczna kobieca ;) i juz macie... jak nie urok to sraczka, prawda????

Cale szczescie wiec kochani, ze mamy akurat Olimpiade, juz pal szesc, ze w cieniu skandali, ze pogoda taka sobie, ze Norwedzy nie wierza Justynie, ze snieg sie topi. Ale nasi wygrywaja... Stoch, Kowalczyk, Brodka i znowu Stoch :) Na dodatek i szwedka Kalla, mieszkajaca na codzien w Svall a wiec prawie krajanka blyszczy podwojnym srebrem i zlotem druzynowo... Moze byc jeszcze lepiej, ale juz jest wspaniale... I tego sie trzymajmy, jeszcze 33h gotowosci, za oknem sieczka - pada snieg, prawie poziomo bo wieje i zacina, ciemno, srednio zimno, ale wolalabym sprzed kominka sie nie ruszac... no chyba ze jutro na 2 mecze synka. Co prawda przeziebienie go troszke przetarabanilo i siedzial 2 dni w domu, ale silny jest, juz sie ogarnal i moze grac. Takze kciuki mile widziane, jutro o 9.00 i 13.00. A rodzice, jak praca pozwoli, beda sie udzielac w sklepiku sprzedajac tosty, hopdogi *wersja Dawida, soczki, kawke, herbatke i inne w sklepiku, zarabiajac koroneczki na granie zespolu, ktory juz za 4 tyg startowac bedzie w kolejnych zawodach, tym razem po sasiedzku... w Svall :)

A jak dotrwam do nastepnego tygodnia czeka mnie podroz 50km na pln, do krainy zimy i sniegu z przyjaciolka i kolega z pracy na kurs... i znowu bedzi sie dzialo...

sobota, 08 lutego 2014

... sa normalna czescia codziennosci. I ja takze, jak Wy, miewam lepsze i gorsze okresy pod roznymi wzgledami. Wiec ... niniejszym znowu wracam, znowu nic nie obiecuje, ale sie postaram. Wystarczy???

Dzis sobota, wyteskniony weekend. Ten ostatni tydzien w pracy, niby calkowicie normalny ale byl jakis taki ciezki. Raz,ze pacjentow - jak na mnie - sporo, ale przede wszystkim sporo nowych duszyczek do uleczenia lub wyprostowania... Albo nowych dla mnie albo w ogole nowych u nas w poradni...

A to - wyjasniam tym, co nie wiedza, bo albo mnie albo specyfiki mojej pracy nie znaja - dla mnie oznacza wiekszy jednostkowy i czasowy naklad pracy. Osoby dla mnie nowe ale nie nowe w poradni, zwykle znane juz sa od lat wielu. To oznacza ze juz pewnie niejeden lekarz ich widzial i ocenial, ze mialy juz rozmowy z moimi kolegami, wspierajace albo terapeutyczne... i juz taki jestem swir, w koncu do swojej roboty trzeba pasowac, hehe... no wiec taki jestem swir, ze chce poznac pacjenta, obczytac ile sie da wstecz, przynajmniej wizyty lekarskie, pobyty w szpitalu... A to zajmuje czas... Znam lekarzy ktorzy wola podejsc do pacjenta jako tabula rasa, czysci, nieskalani i zrobic wlasna ocene, ale ja uwazam,ze to brak szacunku dla kolegow, ktorzy juz jakies tam oceny temu pacjentowi robili i diagnozy stawiali. Moge sie z nimi nie zgadzac, ale daj mi to jakis obraz tego co sie z pacjentem dzialo... Dwa brak szacunku dla pacjenta, ktory jest tu i teraz i zle sie czuje, ale powody samopoczucia zwykle tkwia w przeszlosci blizszej lub dalszej...

A jak pacjent jest nowy tzn. pierwszorazowy w psychiatrii to rozmowa jest dluzsza i wymaga zebrania najwazniejszych danych, zeby ukierunkowac moje myslenie i dalsze planowanie... A to znowu jesli ma byc w miare porzadnie zrobione wymaga czasu, ze juz nie wspomne,ze podyktowanie takiej wizyty tez nie zajmuje paru sekund...

A potem juz tylko recepty, zwolnienie lekarskie nieraz, gdzie co prawda danych pacjenta wpisywac nie musze bo mi to system wypelnia ale juz nie ograniczam sie do podania diagnozy a jeszcze czeka mnie opis funkcjonowania pacjenta i jaki ma to wplyw na jego zdolnosc do pracy. Poza tym tu sie pisze zwolnienie nie zawsze na 100% czasu ale np. mozna miec zwolnienie na 75, 50 albo 25%... czyli pracujesz krocej kazdego dnia ale pracujesz... No i dosc szybko warto zaangazowac Försäkringkassan, mniej wiecej odpowiednik naszego ZUSu w proces rehabilitacyjny, by zapobiegac przedluzaniu sie zwolnienia... Ciekawy sposob pracy choc jednoczesnie wymagajacy i czasozerny...

Poza tym mialam tez na wizycie pacjenta, ktory byl u mnie raz we wrzesniu i w tym tygodniu po raz drugi na tzw. second opinion, czyli na prosbe vel zadanie pacjenta spotyka on jednorazowo nowego dochtora, ktory przeglada dokumentacje i rewiduje albo potwierdza diagnoze  i leczenie... - wiec znowu obczytanie tomiszczy notatek, opisow wizyt, badan, testow... Ufff... przyznam,ze w pt popoludniu mialam juz tylko sile wyczolgac sie do domu.

I choc znam osoby, w dodatku niby calkiem mi bliskie... ktore lekcewazaco prychaja na ilosc pacjentow jakich ja mam na dzien lub neguja moje prawo po takiej skromnej ilosci pacjentow do bycia zmeczona, to ja zawsze mam ochote ich zaprosic wlasnie na taki tydzien w mojej pracy, a nawet na taki spokojniejszy... no moze wtedy na 2 albo 3 z rzedu, zeby zdazyli poczuc jak to jest nie "zalatwiac" pacjenta w 20 min kiedy sie wie, ze jego dolegliwosci przejda i juz nie musi nigdy do nas wracac a musiec od razu myslec perspektywicznie, planowac na zas, przewidywac, majac swiadomosc, ze jesli cos zrobie nie tak, nie zaplanuje, nie przewidze to potem i pacjent poniesie tego konsekwencje i dodatkowa praca wroci do mnie jak bumerang... Jako ze jestem jednym z 2 stalych lekarzy i MOI pacjenci pozostana MOI na wieki wiekow amen... A nie nalezy zapominac o ogromie administracji, jaka zalatwiam w tzw miedzyczasie. Jak miedzyczas jest - no problem... jak go nie ma wciska sie to w luki i luczki...I tak to tydzien za tygodniem plynie...

No ale ten tydzien pracy juz minal, ufff... Weekend zaczelismy w sposob przyjemny od spotkania z przyjaciolmi. Takimi wobec ktorych nie trzeba sie napinac, tlumaczyc, usztywniac, stroic... no wicie rozumicie, przyjaciele od tanca i od rozanca... Nie ze sie czasem nie ubierzemy elegacko, jak nas na urodziny czy inne swieta prosze, ale jak sie spotykamy bez powodu jest milo i luzno... Napilim sie, najedlim, pogadalim, posmialim.

Mielim ogladac otwarcie Olimpiady, ale sie nie nagralo. Za to posluchalismy o podrozy jednych w cieple kraje i popatrzylismy na stosunki niemowlakowe dwojga najmlodszych dzieciakow, jedno jednych a drugie drugich, a urodzine w odstepie 2 miesiecy, fajnie bedzie obserwowac jak beda razem dorastac.

Ta obserwacja moze byc z koniecznosci ograniczona jesli sie przeprowadzimy na poludnie...ale w tej kwestii popieram Scarlett O`Hara, pomysle o tym pozniej...

Dzis zas dzien z handbollem czyli pilka reczna, Dawida druzyna rozgrywala 3 mecze - po Kopparcupen w Falun w pierwszy weekend stycznia mielismy kilka bezmeczowych weekendow, za co nam teraz przyjdzie "zaplacic" kilkoma weekendami z wieksza iloscia meczow i wczesnymi pobudkami. Tym razem 3/3 mecze wygrane, w tym najbardziej emocjonujacy ostatni, wyrownany i wygrany 1 bramka, zdobyta w ostatniej sekundzie... Ufff...

Po powrocie obejrzelismy zalegle wiadomosci a teraz w tle leci Ostatni Samuraj, juz ogladany ale ciekawy... Jest wiec milo, spokojnie, w kominku zapalone. I kto by teraz chcial ruszac sie z domu, za oknem ciapcia rapcia, plucha, breja, pewnie w nocy podmarznie, w dzien zowu sie stopi, bleeee... Mimo zalet malych mrozow, chyba jednak wole typowa szwedzka, sniezna zime... Brakuje slonca, ale dzieki przyjaciolom i znajomym idzie przetrwac... Tym mocniej odczuwa sie, jesli wypadnie sie u ktorys ze znajomych, nawet tych dalszych, z kregu zaufania... nooo ale nie mozna dogadywac sie ze wszystkimi, pocieszam sie ;)

Jutro dzien w calosci domowy, spedzony na ogarnianiu rzeczywistosci, z racji pogody raczej spacerow nie przewiduje... Choc kto wie... ale poruszac sie zamierzam, co niniejszym publicznie deklaruje, liczac na przynajmniej moralne wsparcie i pozytywne fluidy. Bo waga mi sie moja nie podoba... Oooooo nie... ale co ja poradze, ze kocham jesc? Z tym,ze 5 kilo lzejsza jesc kochalabym tak samo a ubrania nie bylyby przyciasne...

Ta to refleksja pozwole sobie zakonczyc,  pisaninie. Kolejny tydzien obfitowac bedzie w nowe doznania, wiec jesli tylko czas pozwoli pozwole sie sobie odezwac. Mam nadzieje...