O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
poniedziałek, 09 lutego 2015

"...Zawsze bardzo współczułem Polakom mieszkającym poza Polska, bo to zesłanie. Życie na obczyźnie to banicja. Pewnie Wam nie jest lekko..."


To zdanie padlo w mailu od p. Zbigniewa, tego samego na rzecz ktorego wymyslilysmy pewna akcje, o ktorej pisalam na moim blogu na facebooku. Poczytajcie o Wielkiej wyprawie szydełkowych laleczek inspirowanych  postaciami Bolka i Lolka TUTAJ i TUTAJ. Jeszcze pewnie pare slow o akcji napisze, chlopaki wpadna tez z wizyta do mnie za jakies pare tygodni... moze miesiecy...



A poki co jedna z Polek-Emigrantek chciala zebrac nasze refleksje na temat pobytu na obczyznie, o tym jakie mamy odczucia nt. pewnego rzadzacego wzrod wielu Polakow stereotypu emigranta, postanowilam wiec sprobowac napisac pare slow od siebie tu na blogu. Nie wiem czy bedzie pozytywnie czy negatywnie, ale na pewno bedzie refleksyjnie.


Wiele juz napisalam o tym co przyczynilo sie do mojego/naszego wyjazdu z Polski - w projekcie listopadowym Klubu Polki nt powodow emigracji. A jak ja sie czuje tu, daleko od domu, bliskich, ojczyzny, miasta rodzinnego?


Czlowiek wyjezdzajac ze swojego miejsca urodzenia czy wychowania zawsze cos za soba bezpowrotnie zostawia, niezaleznie czy przeprowadza sie kilka, kilkanascie czy kilkaset km czy moze kilka tysiecy... Zostawiamy znane ulice, dzielnice, sklepy. Wszystkie katy, te dobre i te gorsze wspomnienia, np. przedszkole kolejowe, szkole podstawowa SP1 im. Powstancow Wielkopolskich i I LO imienia Tadeusza Kosciuszki, kosciol sw. Jacka, do ktorego chodzilam jako dziecko, gdzie przystapilam do Komunii i Bierzmowania i inny, pw. Najswietszego Serca p. Jezusa, u ks. Gacka, w ktorym bralismy slub, chrzcilismy i "komunizowalismy" syna, miejsca w miescie gdzie sie chodzilo na wagary (rzadko), na lody w niedzielny spacer z Rodzina,pierwszego pocalunku, miejsce pierwszego spotkania z ukochanym (silownia przyhutnicza...), wyprawy z dzieckiem w wozku. Wiec nieunikniona jest, cokolwiek by sie mowilo, tesknota i poczucie pozbawienia korzeni, przeszlosci.


To trwa przeciez, zanim zapusci sie korzenie na nowo... Bo ze tak sie dzieje jestem tego najlepszym przykladem. Jak roslina uschlaby bez korzeni, tak i my nie umiemy bez nich istniec. Poczatki byly trudne, haha, no nie bede ukrywac... Braki jezykowe... niewiedza co gdzie i jak sie tu robi... szukanie sklepow, towarow... poznawanie szkoly, pracy, kolegow. Zapamietywanie imion i nazwisk... nauczenie sie rozrozniania miedzy Britt Inger, Ingabritt i Ingmari...  Zwiedzanie okolicy... Ale czas mijal... Znowu mamy znajomych... przyjaciol, ktorych nie byloby, gdyby nie emigracja bo albo poznalismy ich na kursie jezykowym albo juz tutaj... Znowu mamy swoje miejsca, np tak zwane smultronställe jak ROTSIDAN, SKULESKOGEN czy HÖGA KUSTEN


W koncu ja mam tez swoja prace, swoich ludzi, nowych polskich i szwedzkich znajomych, przyjaciol, dom z ogrodem, na ktory w Polsce musialabym ciezko harowac biegajac miedzy pracami, zaciagajac kredyt nie w walucie w ktorej zarabialabym ale we frankach i teraz drzalabym o wysokosc rat i liczyla, ile po tych paru latach moj kredyt wzrosl (podczas gdy kredyt w koronkach z kazdym miesiacem maleje w niskie oprocentowanie czuje w nizszych ratach...).


Mamy juz nowe katy i wiele wspomn, ktorych nie byloby, gdyby nie ta przeprowadzka. Pewnie, ze nie zawsze bylo tylko pozytywnie, bylo wiele ciezkich i trudnych chwil... Np. to ze monsz dlugo nie mial pracy a ta ktora w koncu ma jest jednak nie na 100% pewna (przed Sylwestrem oddal wszystkie karty, klucze, ciuchy, wyplacili mu za zarobione dni wakacyjne... a po 3,5 tygodniach byl znowu w pracy...) - ale mimo wszystko bilans strat i zyskow zdecydowanie mi w tej czesci wypada na plus. Bo teraz mam stare moje miasto i ojczyzne i nowe hemstad i nowy hemland... a za pare miesiecy bede miala i nowe obywatelstwo... Jestem zdecydowanie jesli nie obywatelka swiata to na pewno obywatelka UE, czerpiaca pelnymi garsciami z wolnosci przemieszczania sie i zycia w dowolnym kraju Unii Europejskiej.


Znowu na mysl o tym, by po raz kolejny je, te korzenie juz ponad 7-letnie pozrywac az sie wstrzasam, choc przeciez wyprowadzki stad nie odrzucam tak calkiem... Kto wie, co bedzie... Czy moja praca sie jakos pouklada, czy monsz bedzie mial prace, gdzie bedzie chcial syn chodzic do szkoly... Czasami tekno nam by byc ciuuut blizej Europy i swiata... Wiem jednak, ze tu moj syn spedzil polowe swojego zycia i ze jemu nie bedzie tez latwo zaczynac od nowa. Ale WHAT DOES`NT KILL U MAKES U STRONGER... jak spiewa moj i nasz ulubiony zespol metalowy ;)


Wiem, ze poki jestesmy razem damy rade, raz dalismy damy znowu, chociaz nie byloby to chyba latwiejsze. No moze pod pewnymi wzgledami, ale rowniez i trudniejsze... Znamy jezyk,  juz sie oswoilismy z krajem, ale brakowaloby nam wielu kramforskich elementow, okolic, ludzi, ktorych z soba nie zabierzemy. I znowu ludzi osob... Ale mamy siebie. I znowu sprobujemy jechac DO czegos nowego a nie uciekac OD czegos...


Poza miejscami zawsze teskni sie za ludzmi. Za rodzina, za przyjaciolmi. Teskni sie za codziennoscia z nimi, choc jednoczesnie czasami czlowiek sie cieszy,ze ma pewien dystans. Ciezko jest gdy przyjdzie choroba, problemy czy smierc... Ciezko, bo nie mozna pojsc zapalic swieczki na grobie Babci i jestem zdana na ta wirtualna... Bo nie mozna wpasc do Taty do szpitala...


Ale nawet kiedy mama chcialaby moc sie z kims naradzic w sprawie wyboru sukienki, kanapy, stolu, kafelek... i wspomina o tym przy okazji rozmowy przez Skype a ja nie moge powiedziec wpadne w sobote to pogadamy... Chcialabym moc wpasc na chwile w tym pomoc. W skrajnych przypadkach mozna wpasc, ale kosztuje to czas i pieniadze plus wolne z pracy, nie zawsze wiec jest mozliwe. To boli. Ale jak wspominalam, choc kocham moja rodzine to jednak nie bylabym tym kim jestem, jesli mieszkalabym blisko nich... wiec i tu bilans mi osobiscie wypada na plus, choc ten bilans musi kazdy emigrant ocenic sam, z wlasnej perspetywy.


Wiem z obserwacji,ze duzo trudniej jest osoba ktore z rodzina sa bardzo zzyte, blisko, gdzie rodzina sie lubi bezwarunkowo, dogaduje, spedza ze soba duzo czasu, cieszy sie tym, nie ma konfliktow ani zbyt wielu spiec. Ciezko jest tez tym, ktorzy w Polsce maja wciaz firme, interesy, powiazania. Oni stoja okrakiem, szarpia sie, czesto widza, wrecz wypatruja negatywow wyjazdu czy tego miejsca w ktorym mieszkaja... One sa, te minusy, naprawde nie trzeba wcale ich szukac, same sie objawia. My je tez widzimy, ale je rownowazymy. A im jest trudno...


Tesknota jest niedolacznym elementem przeprowadzek, tak tych mniejszych jak i wiekszych, bo nawet wyprowadzka za praca na drugi koniec Polski wiaze sie z tesknota i rozstaniem. A przeprowadzki sa znakiem czasow. Ludzi od zawsze w mniejszej lub wiekszej skali emigrowali. Ale kiedys albo niedaleko, albo pod przymusem na drugi koniec swiata i juz nie bylo powrotu, nie bylo kontaktu z rodzina. Wciaz tak jest dla wszystkich tych biedakow z krajow objetych konfliktami, ktorzy przyjezdzaja do np. Szwecji. Ale wiekszosc z nas wyjezdza bo chce, bo szuka, bo sie chce rozwijac, ulepszac, zmieniac...


Swiat sie stal globalna wioska, odleglosci choc niby takie same sa jednak latwiejsze do pokonania (no doooobra, jak sie zaczyna planowac konkrety czasami bez przyjaciol nie daloby sie rady dopiac schematu podrozy, ale jednak przemieszczenie sie tych ponad 2000km w ciagu mniej niz doby to nie jest chyba zly wynik). Ale sa komputery, internet, kktory nosze w kieszeni, maile, smsy, komunikatowy, facebooki, vibery i inne... Mozna wyslac zdjecia, podzielic sie wydarzeniami, byc na biezaco. Rodzice nie do konca to wszystko ogarniaja, ale jakos sobie radza, natomiast mam nadzieje, ze jesli moje dziecko kiedys wyjedzie dalej ode mnie niz kilkadziesiat czy kilkaset km to bedziemy mogli byc w kontakcie i wiedziec co tam slychac na codzien...


Wciaz do Legnicy wracamy, bo przeciez choc niezbyt czesto to z przyjemnoscia odwiedzamy rodzine, ale Ci ludzie i to miasto nagle sie okazuje, ze nie sa statyczne. Zmiany widzi sie duzo wyrazniej, jesli przyjezdza sie raz czy dwa razy do roku. Jedne sa fajne, inne chcialoby sie zatrzymac, odwrocic. A z drugiej strony wiele rzeczy sie nie zmienia. Ludzie sie starzeja, choruja, ale w wiekszosci sa, zyja, czekaja... Lody na szczescie wzciaz sa tam gdzie byly. Wiele znanych miejsc rowniez... Tylko tez my sie zmienilismy... przyzwyczailismy sie do naszego nowego zycia, nowego domu.


Odwiedzamy kraj, z przyjemnoscia pokazujemy wiele miejsc synowi, ktory wyjezdzajac mial prawie 8 lat i choc obecnie ma ponad 14 to czuje sie i jest Polakiem - o czym niech swiadczy, ze jak Polska gra przeciwko Szwecji np. w szczypiorniaka ZAWSZE kibicujemy razem Polsce. I cieszymy sie, jesli ze Szwecja wygrywa (sceny zanoszenia chusteczek do wyplakania Dawida trenerowi od handbollu, mieszkajacemy na naszej ulicy tez juz byly, hehe).


No ale jak juz Polska nie gra, albo nie graja ze soba, kibicujemy tez i Szwedom. I widzicie, jestesmy bogatsi, mamy 2 ojczyzny, jednak blizsza sercu, ale obie kochane.


Decyzja o wyjezdzie powinna byc przemyslana. My juz nie jestesmy w wiekszosci pokoleniem, ktore MUSI lub JEST ZMUSZONE wyjechac, uciekac. Choc cos nas pcha, mozemy zdecydowac CZY, KIEDY i GDZIE a nawet i na ILE? I dlatego tez nie odbieram, nie odbieralam i nie bede odbierac nigdy swojego wyjazdy jako banicji, zeslania. Bo mimo, ze pewne rzeczy, zjawiska, to co bylo albo czego mi brakowalo mnie/nas z Polski "wygonily", to jednak bardzo chcialam, zeby nie byla to ucieczka od tego co w Polsce bylo lub nie bylo, a przynajmniej nie tylko.


Nie znalam Szwecji. Nigdy w niej wczesniej nie bylam, znalam ten kraj tylko z ogolnikow, jak wiekszosc ludzi. Wiedzialam, ze ma opinie panstwa bezpiecznego, socjalnego, z piekna przyroda. I to w zasadzie tyle... oczywiscie jak juz zaczelismy zastanawiac nad wyjazdem zaczelam szukac informacji, ale bardziej o konkretnym miejscu w ktore mielismy wyjechac. Internet daje cudowna mozliwosc wyszukania ludzi tu mieszkajacych, krajanow, z ktorymi mozna pogadac, wypytac. Ja zasiegalam jezyka, teraz ja pomagam innym. Sztokholmczykom, chcacym wyjechac do norrlandzkiej gluszy i polskim lekarzom, chcacym uciec od hegemonii NFZ, postepujacej nienawisci, zawisci, zazdrosci szarego Kowalskiego wobec tych zlodziei, oszustow lekarzy...


Dzieki wyjazdowi zobaczylam piekna kraine Norrland, a dokladniej Ångermanland, okolce Wysokiego Wybrzeza. Bylam w Sztokholmie. Ale tez widzialam Umeå, Luleå, Sunsvall, Uppsala, bylam w Köpenhamn (Kopenhadze), Legolandzie. Dzieki dobrej pensji stac nas bylo pojechac do Holandii, na Lanzarote i Gran Canaria, do Turcji... Z pracy bylam tez na dorocznym spotkaniu psychiatrow w Ameryce APA na... Hawajach... w Honolulu... Taaa naprawde... NA KOSZT pracodawcy... zrobilam tez w ramach specki kurs psychterapii i wiele innych ciekawych kursow, nic za nie nie placac i sie o nie nie proszac ani nie wyklocajac...


Nigdy nikomu nie mowie, tak wyjedz, tak przeprowadz sie tu. Staram sie pokazac plusy i minusy, ale zawsze podkreslam, ze to sa NASZE plusy i minusy. To co dla nas bylo przerazajace nie musi byc takie dla innej rodziny. To co nam sie podobalo, kogos moze odstraszyc... Jednak najwazniejsze co sie staram przekazac to, ze pobyt w nowym kraju ubogaca. Daje inna perspektywe. Inne rzeczy staja sie wazne. Na wiele rzeczy zaczyna sie patrzec z innej perspektywy. Czlowiek uczy sie wiele o sobie, swoich bliskich wzmacnia to rodzine... lub ja rozwala... Weryfikuje tez wiele znajomosci... Bo czesc znajomych bedzie uwazala emigrantow za zdrajcow, tchorzy, tych co sie poddali, uciekli... Inni beda uwazali Was za bohaterow, silnych, niezniszczalnych, wspanialych, odwaznych. Jeszcze inni kazdy znak, ze sie Wam wiedzie bedzie interpretowalo, ze zadzieracie nos do gory, ze jestescie pyszni, wywzszacie sie... Bron Boze pokazywac im plusy, zaraz beda podsmiechujki, zarciki, przytyki... Tak tak... Innym kontakt przez neta, maile, skupe, komunikatory nie bedzie wystarczal. Bo za rzadko, bo zbyt zdawkowo. Albo bo oni sie na tym nie znaja, nie maja czasu nauczyc sie i korzystac z nowinek, ktore nam emigrantom tak ulatwiaja zycie i kontakt z Ojczyzna... Coz... ja wciaz uwazam, ze Ci co chca miec ze mna kontakt maja go... Ci co go nie maja... ich strata, haha...


Ja staram sie, bez wpadania w samouwielbienie, czerpac pelnymi garsciami z tego mojego "sukcesu"... ciesez sie tym, co jest dobre... nie pomijam ale na codzien nie mysle o tym, co nie bardzo mi sie podoba, zwlaszcza jesli nie moge tego zmienic... Jest wiele rzeczy w Szwecji, ktore mnie wkurzaja, ta ich powolnosc, opieszalosc w podejmowaniu decyzji, niechec do konfliktow, czase brak przedsiebiorczosci czy asertywnosci... Te ich ciagle fiki, przerwy, spotkania, analizy, plany... a z drugiej strony moze Polakom czasami takie przytaniecie nad rzeczywistoscia by pomoglo??? Moze nauczyliby sie rozmawiac a nie mowic obok siebie???


Troche mnie niektore rzeczy ze Szwecji rozpuscily. Np. zalatwianie wielu spraw przez Internet z elektroniczna legitymacja, ktora ma kazdy z baku, placenie prawie wszedzie i za wszystko karta, mozliwosc znalezienia prawie kazdej osoby przez hitta.se czy eniro.se, fajne wyszukiwarki podrozy, ticket.se albo resrobot. Prostote wielu spraw urzedowych. Öppet köp czy kulture zalatwiania reklamacji wszedzie, moze z wyjatkiem spraw telefonow komorkowcych... (podczas gdy moj monsz robi awanture w Polsce bo swiezo kupiony laptop nie dziala i mu chca go godzine po odebraniu wyslac do naprawy gwarancyjnej z czasem realizacji za miesiac, ja sluchawki po 1,5 roku, ktore przestaly grac z jednej strony, mam w sklepie bez sprawdzania wymienione od reki...) - moge np. kupic sukienke i sweterek w Kappahl w Sundsvall a potem stwierdzic, ze jednak chce je zwrocic i pojsc do sklepu w Kramfors i bez tlumaczenia je zwrocic... Podroze SJ czyli szwedzkim PKP sa drozsze, czasem duuuzo drozsze, ale ta normalnosc... Internet, kontakt, niesmierdzaca toaleta... Pewnie,ze sie spozniaja, sa odwolane, czasem toaleta nie dziala... ale chodzi o ogol wrazen... Jesli skomunikowany autobus albo pociag Ci ucieknie musza zapewnic ci srodek zastepczy... kiedys juz mi prawie chcieli wzywac taxi...


Zawsze staram sie moich Szwedow edukowac. Opowiadam im o Polsce, Polakach, z roznych punktow widzienia, mowie o pieknych miejscach, o trudnosciach, o rozwoju, zachecam do poznania. Mowie ze moje rozliczne torebki, buty, ciuchy, ladnie sciete wlosy i inne rzeczy tyle a tyle moga ich kosztowac w Polsce... Zmuszam tez ich czasami do przystaniecia i zastanowienia sie a dlaczego wlasciwie my tak a nie inaczej robimy... Jestem dzieki temu inna, chyba lepsza, bardziej otwarta, ciekawa swiata i ludzi. No i musze piec sero-makowiec bo im bardzo smakuje, hehe...


Jestem tez silniejsza. Rozwinelam skrzydla tak dzieki poczuciu samodzielnosci, koniecznosci wielu trudnych wyborow i momentow jak i dzieki wszystkiemu co sie nauczylam. Jestem dzieki temu lepszym czlowiekiem, lekarzem, lepszym psychiatra. Na pewni nie bede nigdy na 100% mogla zrozumiec mentalnosci typowego Svenssona. Ale czy to zle? Jesli nie rozumiem, pytam, a dlaczego tak. Albo mowie, u nas w Polsce jest tak a tak. Nie wstydze sie bycia Polka. Po szwedzku mowie plynnie, ale jak czegos nie rozumiem, pytam, mowie, prosze o powtorzenie. Przetlumaczenie. Wyjasnienie.


Tylko wiecie co, ja od poczatku, juz w Polsce jak te 2 lata pracowalam, bylam inna. Nie wstydzilam sie przy pacjencie wyjac ksiazki o lekach i sprawdzic, upewnic sie, skontrolowac. Nie jestem komputerem, wiedza sie caly czas zmienia. Nie kazdy moze byc i powinien byc lekarzem, bo nie wystarczy wklepac objawow w wyjka Gugla by zdiagnozowac chorobe i wybrac leczenie. Ja wiem co, jak i gdzie szukac. I szukam, jesli nie wiem lub nie jestem pewna. NIGDY nikt mi nic zlego za to nie powiedzial, spotykalam sie raczej tylko w pozytywnymi reakcjami. Wole zaryzykowac utrate respektu niz popelnic blad. Nie potrafilam tez pracowac po lebkach jak sie czesto pracuje w Polsce. Bo brak czasu, bo juz kolejny pacjent siedzi, spozniony i ZADA, bo mu sie nalezy... Chcialam pacjentom moc poswiecic czas, czuc, ze robie dla nich dobra robote. Nie chcialam robic roboty po lebkach, odwalac jej albo czuc,ze wiecznie z czyms nie zdazam... Chcialam wiedziec, ze moi pacjenci sa zaopiekowani, zadowoleni. No nie wszyscy, nie kazdy dostanie ode mnie to co chce. Ale wiekszosc. I to mi sie chyba udaje - czego potwierdzeniem niech bedzie, ze wlasnie do mnie chce sie przeniesc pacjentka z drugiej naszzej poradni, gdzie pracowalam pare dni wiosna, latem i jesienia... bo miala ze mna dobry kontakt i chce kontynuowac leczenie u mnie. Wiecie jak cos takiego buduje??? Ale i tutaj pacjenci nie zawsze sa zadowoleni. Czasem wrecz uwazam, ze szwedzcy pacjenci sa rozbisurmanieni, rozpuszczeni... Musza byc o wszystkim informowani, wciagani w podejmowanie decyzji. Nie wszyscy tego chca... Nie wszyscy uwazam powinni. czasami twardo trzeba powiedziec NIE... nawet narazajac sie na skarge...


Tu tez jest wiele oszczednosci, ciec finansowych, nawet zwolnien wsrod personelu. Ale system funkcjonuje duuuuzo lepiej. Dokumentacja na komputerze, sekretarki medyczne, informacje o pacjencie w wiekszosci dyktuje, recepty i zwolnienia wysylam elektronicznie. W pracy kazdy ma wlasny komputer, wlasny pokoj, pracodawca zapewnia auto sluzbowe albo spotkania odbywaja sie na odlegosc przez sprzet do polaczen video, ksiazki kupuje na koszt pracodawcy, kursy tez on mi oplaca... Nie do pomyslenia jest dla Szweda, ze wielu mlodych lekarzy w Polsce zeby sie dostac na wymarzona specjalizacje w konretnym miejscy godzi sie na prace na wolontariacie. Owszem, tu musisz czesto sie najpierw pokazac, zanim dadza Ci etat specjalizacyjny, ale nikt, NIKT nie przcuje bez pensji...


Oczywiscie sa minusy, brak nam chetnych lekarzy do pracy u nas na Polnocy, wiec z wolnym na kursy czy wakacje jest ciezko, wszystko trzeba planowac z wyprzedzeniem, jest mnostwo administracji, tzw. papierologii ale glownie w wersji na kompie. Z drugiej strony pracujemy w teamie, wiele spraw deleguje do szczoteczek czyli pielegniarek, czesc zalatwiaja sekretarki czy psychoterapeuci. Nie jestem z wiekszoscia pacjentow sama. Mamy swietny team, atmosfera jest genialna, smiejemy sie, zartujemy, opowiadamy dowcipy. A jak widza, ze nie czaje to mi wyjasniaja... Wiec mimo trudnosci, chce mi sie chodzic do pracy, chce mi sie pracowac z i dla pacjentow.


Ufff... zbliza sie polnoc... zeszlo mi 3h na pisaniu... nie wiem jak sie to czyta, ale mam nadzieje ze zrozumiecie, ze emigracja ma swoje cienie i ma blaski. Ale NA PEWNO przynajmniej dla mnie i mojej rodziny nie jest BANICJA, ZESLANIEM, wiec bardzo Was prosze, nie zalujcie mnie. Bo jestem jaka jestem wlasnie m.in. dzieki wyjazdowi.


Pozdrawiam Was kochani czytelnicy i do milego. Wasza Emigrantka.