O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
czwartek, 25 grudnia 2014

 

Chcielismy snieg na swieta... nooo nie mogl miec lepszego tajmingu bo od wczoraj rao paaadal i paaaadal... No i napadalo do wieczora calkiem sporo... (choc jak sie okazalo w oddalonym o ledwie 40km Härnösand spadlo ponad 50cm i przyjaciele na wspolne swietowanie dzis nie dotarli...) Dzien zaczeli wiec moi chlopcy od odsniezania. Nooo moj maz uwazal,ze zabawa byla przednia haha... Poki slonce nie zaszlo mozna bylo podziwiac widoki za oknem... wygladalo bajkowo...

 

 

 

Kwiaty bozonarodzeniowe zakwitly right in time... Tu najpopularniejsze sa hiacyntu wielobarwne i amarylisy.

 

 

 

Nim zasiedlismy do kolacji mus byl Mosci Panstwo zeby fotki poczynic, coby Babcie i Dziadki i rodzina inna mogly podziwiac.

 

 

 

 

Caly dom jest udekorowany...

 

 

 

Oooo a tu macie mojego jednego kota Filemona no i jeden z 3 amarylisow, mam jeszcze bialego i bialo-rozowego.

 

 

Potem byl czas wigilijnych zdjec rodzinnych w konfiguracjach roznych...

 

 

 

 

 

 

 

Kolacja jak zwykle rozlozyla nas na lopatki... ufff... potem nadszedl oczywiscie czas prezentow...

 

 

Nooo Agusia chyba tez byla grzeczna... choc w zasadzie patrzac na zawartosc prezentow CENSORED byla chyba nie dosc niegrzeczna ;P

 

 

Potem przyszedl czas na odczynienie polskiej tradycji wigilijnej... W Szwecji o 15 od wieeeelu lat ogladaja Kalle Anka czyli Kaczora Donalda. A my po 20... Kevin sam w domu ;) KLASYKA hehe ...


 

Potem jeszcze maaaalenka kolacyjka...

 

 

I juz mozna zasiasc na kanapie i cieeeeeszyc sie blogim lenistwem... GOD FORTSÄTTNING zycza Szwedzi. Czyli milego kontynuowania swietowania...

wtorek, 23 grudnia 2014

Czujecie juz je??? Bo ja dzis w koncu tak. A jeszcze pare dni temu nie czulam... Zeszly tydzien byl kiepski. Kumulacja zmeczenia, zniechecenia, negatywnych zdarzen. Brak umowy dla meza, brak lekarza na oddziale od stycznia i pociachana opona od auta...  Zajrzyjcie do linka poniezej, jesli macie chwile... To Wam grozi, jesli nie bedziecie na siebie uwazac...


WYPALENIE


Mialam 4 z 6 objawow wypalenia, na szczescie tylko przez pare dni... ale sa to znaki ostrzegawcze dla mnie. Nie od dzis... nie wiem ile podolam choc chcialabym i zalezy mi na wspolpracownikach, pacjentach, miejscu.


Ale nie o tym mialo byc dzis. W pt spadl w koncu snieg ;)







Czas wiec bylo zrobic sobie nastroj swiateczny w pracy, gdzie przyszlo mi spedzic wiele godzin przed swietami, jako ze pracowalam do dzis (Wigilia tu jest dniem wolnym, na szczescie...)


 





W weekend poznalismy nowych przyszlym mieszkancow Kramfors... Oni chca tu, my zastanawiamy sie czy tu bedziemy... Ale dzieki nim spedzilismy cudny mrozny sobotni dzien na lonie natury, dawno to ostatnio tak sie szwendalismy po dworze w zimnej i generalnie ciemnej zimie.



                                                   








Potem zaczelo byc juz czasowo z gorki. Na szczescie monsz z synem w domu, wiec mocno pomogli. Ubrali choinke, zrobili szube i salatke, posprzatali. Ja zrobilam pazurki a potem ziuuuuu w pierogi. Po 5h i o 100 pierogow bogatszam stwierdzam, ze Mistrzynia Lepienia Pierogow nie zostane, ale Pierogowa Wladczynia Wigilijnego Stolu The Radziewinski Family Anno Domini na pewno.







Kochani. Nie bede juz pisac przed Swietami wiec wszystkim moim czytelnikow zycze Zdrowych, Spokojnych, Nieprzejedzonych i przede wszystkim Rodzinnych Swiat. Bo pamietajcie. Nie jest wazne co sie zje, ile bedzie potraw, czy okna wymyte, czy kurze wymiecione. Prezenty sa fajne, ale tak wiele osob nie bedzie mialo nawet najmniejszych prezentow, ani kilku potraw. Wazne jest z kim sie je, spedza czas, swietuje.

 

WESOLYCH SWIAT!!!!!!!!

 

sobota, 13 grudnia 2014

... sie wylalo... Straszyli, straszyli i nic sie nie dzialo. Ale raczej dzialo, wciaz umowe przedluzali. Az sie mleko wylalo... Od stycznia moj maz ma "wolne"... moze na miesiac... moze na wiecej... Moze na zawsze??? A juz tak ladnie bylo... 10 miesiecy przepracowanych. A teraz apjac od nowa...

Buuuuu... I jak sie zyciem cieszyc i zblizajacymi sie swietami, Nowym Rokiem... ech... Cale szczescie jutro syna przyjecie urodziowe, znajomi przyjada z dzieciakami... bedzie sie mozna wyzalic, pogadac, wypic...

Tagi: bezrobocie
00:44, zapiski_szwedzkie , Zapiski codzienne
Link Komentarze (2) »
środa, 10 grudnia 2014

Jullunch czyli pracowa Wigilia zaliczona. Nastroju nie zalapalam, bo nie te melodie swiateczne, nie te potrawy - szynka, zeberka, pulpeciki, serowy paj, lososiowy paj, sledziki tez nie w TYCH smakach ... poza moim rolmopsikiem, na ktory mam przetlumaczyc przepis... Ale zarelko dobre bylo i jak zwykle sie objedlismy. Szefowa stwierdzila, ze na za rok trzeba bedzie wynajac wiekszy lokal albo doniesc stoly, chyba ze znowu nie wszyscy beda mogli byc. Jakby przyszli Ci co ich nie bylo, nie zmiescilibysmy sie w sali lunchowej.

  

 

Jutro i w pt jestem za to na kurscie, rzadkosc ostatnio, zwlaszcza takie w nieclegiem poza domem. Tylko 90km od domu, ale w formie internatu, zebysmy sie zinternatowali... znaczy sie zintegrowali. Kurs jest organizowany przez odpowiednik polskiego ZUSu i na temat medycyny ubezpieczen, czyli jak pisac zwolnienia, zaswiadczenia, jak aktywnie rehabilitowac pacjentow,zeby zwolnienie bylo efektywne. W sumie brakowalo mi tej wiedzy baaaaardzo po przyjezdzie, teraz juz raczej jade tam smieje sie z pozycji eksperta, ale ciekawie bedzie posluchac, moze cos nowego jednak sie dowiem odnosnie teorii, zasad, bo praktyke mam raczej obcykana. I mam na tyle dobra marke wsrod pracownikow ZUS lokalnych, ze z ramienia Landstingu i psychiatrii oczestnicze w zebraniach wspolnych z Försäkringskassan(ZUS) i Arbetsförmedling(Urzad Pracy) - mam byc dawca naszej perspektywy na niektore plany, projekty, zmiany i dawca informacji o pracy w praktyce z pacjentami czesto dlugo na zwolnieniu lekarskim i rehabilitowaych wspolnie przez nas, Af i FK...

Jakby Szwed napisal, bedzie spääääänande. Czyli bedze faaaaascynujaco. ;) Poza tym fajnie na 2 dni wyrwac sie z kieratu. I moze przez 2 dni nie zdaza mi sie zrobic za duze zaleglosci...

wtorek, 09 grudnia 2014

... za wszystkie wpisy i komentarze pozytywne... Jestem milo zaskoczona, naprawde. Odpisalam Wam wszystkim w komentarzach, wiec jesli nie zagladaliscie to zrobcie to. I na maila, Aniu, mam nadzieje, ze wiadomosc doszla.

Dzis spedzialam popoludnie szykuja sie na jutrzejszy julbord w pracy czyli nasza pracowa Wigilie. Od 2 lat zorganizowalismy sie, Landsting juz nie stawia takich luksusow, wiec jednak z kolezanek psycholozek, zmobilowala nas i choc ona odeszla do innej pracy, my potrzymujemy ta mloda tradycje.

Na wyrazen zyczenie kolezanek i kolegow z pracy zrobilam: sledziki na sposob polski czyli rolmopsy i seromakowiec. Nietypowi Ci moi Szwedzi ;)

MNIAM!!!

21:38, zapiski_szwedzkie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 grudnia 2014

Od kilku miesięcy podglądam, podczytuję i poznaję z każdym wpisem coraz lepiej liczne Polki i jednego Polaka - Rodzynka w tym babskim gronie, oraz ich Rodziny, losy, przezycia... Ludzie Ci rozsiani są za sprawą własnego wyboru lub okoliczności życiowych po różnych krajach wszystkich kontynentów, poprostu po całym świecie. Choc tak rozsiani po wielu krajach, to z inicjatywy kilku "Prowodyrek", Kobiet-Polek założycielek jednak zostalismy polaczeni w jedna silna grupe dzieki temu, ze powstał KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE. Większość z nas ma wlasne blogi i na nich a takze na fejsie regularnie dzielimy się wiedzą, doświadczeniem, życiową mądrością, a czasami tylko albo i aż emigracyjną codziennością... Nie wszystkie blogi śledzę, bo to niemożliwe, ale kilka z nich czytam z ogromną przyjemnością.

 

 

Klika miesięcy temu sama trafiłam na stronę Klubu. Byłam jego obserwatorką, taką cichutka myszka - podglądaczką... aż do teraz. Co jakiś czas powstaje seria postów na zadany temat umieszczana na blogach czlonkow klubu, kazdy sam decyduje czy ma na dany temat cos do napisania/powiedzenia. Tym razem przez caly listopad i spory kawałek grudnia kolejne osoby opowiadają o tym, co skłoniło ich/je do emigracji oraz jak ich życie poza granicami Polski wygląda.

PROJEKT LISTOPADOWY

Kiedy zobaczyłam, jaki ma być temat tej kolejnej serii wpisow - pomyslałam... noooo TO jest MÓJ temat... raz kozie śmierć... teraz albo nigdy... ZGŁASZAM SIĘ... O Meter Dei... com ja uczyniła... Paru minut zabrakło, abym mój post publikowała w dniu 14 urodzin mojego syna :) no ale dzień po to też piękna data... Pomyślałam na początku listopada, wypoczęta po jesiennym urlopie, napromieniowana falami UVA, UVB i owiana kanaryjskim wiatrem. Się napiiiiisze... Tik, tak, tik, tak... CO??? Już grudzień? Ale, że kiedy??? Za niecały tydzieć JA?? Nooo słowo się rzekło, kobyłka u płota... Trzeba spiąć 4 literki i pisać...

Zabierając się za tworzenie tego pierwszego w moim życiu blogowym wpisu na zadany temat, zastanawiałam się o czym chcę napisać... czy nasza historia może być choć w połowie ta interesująca jak piękna opowieśc o miłości MONIKI czy KAROLINY, moich dwóch obecnych "krajanek"??? Tak poruszająca jak przyżycia pierwszego okresu emigracji do Wlk Brytanii DOROTY...  By wspomnieć tylko te historie (inne autorki niech mi wybaczą, że nie wymieniam każdego), na które szczególnie czekałam albo które mi zostaną w pamięci... Jestem beeeeez szaaaaans... Napisze jednak, jak mi serce dyktuje, prawde, prawde i tylko prawde. Dla tych, ktorzy czytaja, bo mnie znaja bedzie to raczej podsumowanie niz nowosc. Moze komus umozliwi lepsze poznanie mnie i mojej rodziny? Pozostaje mi tylko miec nadzieje, umierajaca na samym koncu, ze nikogo nie zanudze...

No to zaczynamy. Na poczatku beda jednak...

UCZUCIA

Moją miłość znalazłam wieeeele lat wcześniej, w Ojczyźnie. Przyplątał się ten mój monsz (pisawnia zamierzona, często używana blogowo i internetowo ;)) na przyzakładowej siłowni 19lat temu.

Najpierw byl chlopakiem, potem narzeczonym. Menszem został lat temu prawie 15,5... Wieeeem, niemodne to takie, od tylu lat ten sam facet, ale jakoś tak nam wyszło, miłość choć inna po tylu latach jest, wciąż trwa i nas łączy. No i ma owoc, jeden tylko, nie w wyboru taki pojedyńczy, ale kochany za to maksymalnie i szczególnie choć obecnie nastoletnio zbuntowany, synem zwany. Te dwie osoby i nasze 2 koty to centrum mojego Wszechświata, źródło mojej siły, pewności, wytrzymałości. Tam gdzie my jestesmy jest DOM. Niezaleznie gdzie by to bylo, chocby i na Ksiezycu...

Wracajac do mensza... Wiec jest od dawna... nie dla niego wyjechalam... Nie ma więc najmniejszych szans na chwytającą za serce historię wielkiego uczucia ponad granicami geograficznymi, wieku lub języka, dla którego przezwycięża się wszystkie trudności, rzuca w diabły kraj, Ojczyznę, Rodzinę... (choc nasza milosc w pierwszych latach wiele trudnosci, w tym geograficznych pokonala...).

Ale zaraz, zaaaaaraz... Jak nie uczucie do faceta płci odmiennej... to może do leśnych ostępów Szwecji, przestrzeni, wody, odległości, natury, łosi, reniferow, zorzy porannej itp... Njaaaaa... jakby powiedział rasowy Szwed (to takie nieeee ale w sumie troche tak albo taaaaak ale w sumie moze jednak nieeee...). 

Myśl o emigracji gdzieś się tam pojawiała, nie ukrywam, przemykala przez glowe raz i drugi... Ale wśród rozważanych kierunków Szwecji NIGDY nie bylo... W ogole Skandynawii... Nie było też Jukejowa, gdzie wybyła chyba większość Polakow w tym okresie... jakoś tam się Niemcy kręciły nam po myślach, bo rodzina tam od dawna jest, bo niemieckiego sie uczyłam lat wiele, bo blisko...

Potem okazało się, że sporo znajomych wyjeżdża do Danii... noooo to może jednak Dania... dobra opinia, państwo socjalne... wciąż blisko do Polski... Okoliczności życiowe, o których za chwilę sprawiły, że akurat latem 2007 roku wysłałam CV i zgłoszenie do firmy pośredniczącej... Chetni byli... a jakze... jednak okazało się, że szukają akurat tylko do Szwecji... Bo Dania mala i sie juz sluzba zdrowia w niej zapchala...

Hmmm... Szwecja powiadacie... co ja wiem o Szwecji... Sztokholm, Geteborg, Malmoe... Tak jakoś bardziej na Północ, to wieeeelka dziura... No zobaczymy, może jednak przyślą i coś z Danii...

Bo czuliśmy, że jeśli już jechać to wlasnie wtedy,bo brak korzeni i mieszkania i szans na jakies fajne, bo dziecię właśnie miało zacząć szkołę i nie chcieliśmy mu fundować zmiany kraju jak się już zakorzeni, bo w pracy meza sie pozypalo, bo ja sie w polskim lekarskim grajdolku i walkach z NFZ nie odnajdywalam...

Pojechałam jakoś tak w sierpniu czy na początku września na kwalifikacje językowe,tzw. maping day... posmakowam próbki szwedzkiego, poznałam Niamków, naszych teraz przyjacół, ktorzy wyjechali z nami,mieszkaja na tej dziczy 40km od nas i Niamka pracuje ze mną w tej samej klinice... Wrocilismy z pierwszego spotkania... A potem... dłuuuuuugo nic... Ani widu,ani słychu... a czas mija... Kolejne stresujące miesiące leca, jeden za drugim a my w stanie zawieszenia...

Za to jak przyszła konkretna oferta to na zastanowienie było ultramało czasu... bardzo mało jak na taką wielką zyciową decyzję... Wiadomość przyszla w ostatnim tygodniu listopada, wyjazd z mężem na jobbintervju na początku grudnia (notabene w ciagu 2 dni z dziewczyny, ktora nigdy nie leciala samolotem zmieniam sie w doswiadczona podrozniczke, z 4 startami i 4 ladowaniami...). 6.12 szybkie obchody urodzin syna, 7mych.

Po kilku dniach decyzja pracodawcy szwedzkiego, że chcą mnie i Niamkę zatrudnic, jesli my chcemy, szybkie i burzliwe konsultacje wszem i wobec z Rodzicami, krewnymi, znajomymi, decyzja, rozmowa z szefem w Polsce i wymowienie, ostatni dyżur wigilijny, ostatni Sylwester i 7mego stycznia... ZIUUUU... Na KURS... W nieco ponad miesiac przewrocenie zycia... moze jeszcze nie o 180 ale przynajmniej o 90st... Kurs byl intensywny, pouczajacy, dajacy bardzo dobre podstawy... co nie zmienia faktu, ze pierwsze kilka miesiecy bylo niesamowicie trudne i wyczerpujace.

Ale wracajac do meritum... o tych bezkresnych lasach, borach, jeziorach, grzybach, zwierzynie, widokach - nie wiedzielismy NIC!!! No seeeeerio... Poczytałam owszem, obczaiłam... ale umówmy się, co Polka z Dolnego Śląska może realnie zrozumieć, nawet umiejac czytac ze zrozumieniem, o małej miejscowości, 8tys mieszkancow w odleglej gminie, 20tys mieszkancow, na północy (a NIE w ŚRODKOWEJ jak uparcie twierdziałam) Szwecji, 50 mil... a nie to wersja szwedzka optymistyczna... 500 kilometrow na polnoc od znanego mi tylko teoretycznie Sztokholmu... NOTHING... (apropos tego pocieszania sie,ze to nie jest JESZCZE polnocna Szwecja... wiekszosc z 9mln Szwedow nie byla na polnocy dalej niz Sztokholm, Uppsala, nooooo ewentualnie Gävle... Jesli wiedza, gdzie lezy Sundsvall albo Umeå - Stolica Kultury Europejskiej 2014 z reszta, zwykle oznacza to, ze albo ich rodzina stad sie wywodzi albo ktos z rodziny uciekajac od zgielku miejskiego zycia w stolicy czy innym miescie Szwecji przeprowadzil sie na Polnoc... wiec niestety w pojeciu szwedzkim, to jest gleboka polnoc kraju; mimo, ze nad nami jeszcze 60mil = 600km do kola podbiegunowego i ponad 100mil Szwecji, prawie tyle co w druga strone... taki kraj, dlugi, waski i na polnocy slabo zaludniony... masakra... i co ja robie tuuuu... uuu...)

Skoro nie uczucia szukanie lub podazanie za nim ani odwieczna tesknota do szwedzkich polnocnych stepow mnie tu zagnala, co skłoniło mnie do tego wielkiego kroku??? Uczucie nie... ale jednak w pewnym sensie tak. Bo... 

....................

RODZINA

* MONSZ

Z moim drogim aktualnym menszem wychowaliśmy się oboje w miescie w polskiej perspektywy sredniej wielkosci, Legnicy. Dorastalismy w końcówce lat 70-tych (monsz) i w latach 80-tych (ja, mloda dzierlatka ;)) jak większość naszych rówieśników wśród starych kamienic. Moja skromna osoba - na legnickim Zakaczawiu...

 

Monsz dorastal na Dzielnicy Cudów zwanej też Trójkątem Bermudzkim. Ulica zwala sie Nowy Swiat... cooooz...

Czas wolny, z braku kompa, konsoli, netu i innych atrakcji spedzalismy glownie na podwórku - studni, w najlepszym razie z powycieranym, zadeptanym trawnikiem, w najgorszym zakurzonym klepiskiem i z zardzewiałym trzepakiem jako atrakcją główną. Ja pod rozwalającym się, obdrapanym balkonem kolezanki bawiłam się z nia w dom, sklep, wisiałam na jakims trzepaku, skakałam w gume, biegałam po pobliskiej budowie. Mój mąż jako syn rolnika sporo czasu spędził w polu, na traktorze, pomagając przy świniach, kurach, lisach czy karpiach. Mimo teoretycznie mało atrakcyjnych okoliczności - przeżyliśmy i dobrze się bawiliśmy.

Przyszły lata 90-te. Kilkanascie lat trwajace marzenia moich Rodzicow (mieszkajacych od slubu z Rodzicami mojej Mamy i Babcia, w mieszkaniu z piecami, bez lazienki, za to z balia do kapieli i ubikacja na polpietrze...) o własnym M spełniły się i przenieśliśmy się do cudnego, szarego bloku z wielkiej płyty. 

Tesciowie tez chcieli tego doswiadczyc, wiec kilka lat pozniej kupili, juz na wolnym rynku mieszkanie w podobnym bloku... I tak zamieszkaliśmy jak się okazało kilkaset metrów od siebie...Kto zna socialistyczne blokowiska (patrz serial Alternatywy 4...) ten wie, ze zwykle pozbawione były takich luksusów jak podwórko, że o chodniku czy wyasfaltowanej ulicy nie wspomnę, one byly robione po jakims czasie, jak juz wszyscy mieszkali i nauczyli sie skakac po plytach miedzy kaluzami i zawsze miec albo drugie buty w torbie albo scierke do wytarcia butow z blota... To byly czasy. Ale lazienka w koncu byla, kibelek w domu, kafelki zdobyczne, ktore czekaly kilka lat w koncu zostaly polozone, w ciemno kupione meble kuchenne (biale z czerwonymi uchwytami) zostaly powieszone. Pokoje rozdzielone, nie za wielkie, ale wlasne... Wyroslismy juz troche z biegania po podworku, wiecej lekcji bylo i nauki...

Przeskoczmy parę lat w czasie, rok '99, ślub... Z wyboru, choc niby jeszcze tacy mlodzi, ja 22, monsz 25 lat... U Tesciow w rodzinie mieszkan sie nie pozbywa, wiec "dostajemy" do dyspozycji "własne" 52m2. 2 pokoje szczęscia rodzinnego. Ta sama Dzielnica Cudów, która mi mensza wychowała... tylko juz zdecydowanie mnie sympatyczna. Miłe i niegroźne pijaczki zniknęły zastąpione awanturującym się sąsiadem z tatuażem na twarzy i smierdzacymi pijakami. Podwórko jak było zniszczone tak pozostało, doszły zaparkowane wszędzie auta, bo każdy Polak biedny, ale auto ma oraz kupy psów... Mniami, nic tylko wpuścić tam malucha... Maluch rośnie, zaczyna być samodzielny. Szkoła niedaleko... Ale strach puścić go za róg. Raz, że dzielnica... dwa, że kilka przejść po drodze... a to plac boju pieszy kontra auta... Więc podwozimy, odbieramy.

Marzymy o własnym kącie. Kilku kątach. Nowszych, ładniejszych, NASZYCH. Użyczonemu koniowi się w zęby nie zagląda... ale inwestowanie w nie w swoje nas męczyło a bez inwestycji nie dało się mieszkać. Idziemy do banku. Kredyt na upartego moooooże... ale tylko we frankach. I na wieeeele lat... Ja na stażu, potem pierwsza praca na etacie ale pieniążki niewielkie... Trzeba się przemęczyć dalej. Jest juz ekonomicznie lepiej niż kiedy studiowałam i żyliśmy z jednej pensji licząc każdy grosz. Ale nie aż tak swobodnie. Rokowania na przyszłość są... ale to za dobrych parę lat... A my juz nie chcemy czekac... marzy nam sie danie dziecku innego dziecinstwa, wlasnego pokoju, domu, podworka...

Tymczasem interes mensza i Rodziców funkcjonuje coraz gorzej. Tak w zakresie porozumiewania się Rodziny, braku wspólnych celów, priorytetów i sposobów działania jak i konkurencji coraz bardziej ekspansywnych marketów. Tu poznajemy los pracodawcy, którego i niektorzy pracownicy i klienci usiłują oszukać albo okraść, którego każdy zatrudniony kosztuje dużo więcej niż sama pensja. Kto nie mial nigdy pracownikow, nie wie jak tojest od tej drugiej storny barykady...

W końcu zapada decyzja - zamykaja. Po ponad 10 latach pracy na swoim monsz zaczyna szukać pracy. Nowicjusz mimo 30tki na karku. Po kilku miesiącach udaje się. Ale po kolejnych kilku okazuje się, że miła atmosfera jest przykrywką dla ... nie uzywajmy moze wielkich slow, ale wykorzystywania, eksploatowania pracowników. Ci, co nie mają Rodzin, prywatnego życia, siedzą w firmie popołudniami, wieczorami, w weekendy. Pracuja, dobrze sie bawia, czasem szef jakas whisky postawi po czasie pracy... Ci co tego nie robią - w zwykłym czasie pracy nie nadążąją z setkami spraw. Zaczęły się bóle brzucha, nieprzespane noce, stres... OOOOO nie, tak się nie bawimy... To jest moja działka, wypalenie, depresja, lęk ale W PRACY, nie w DOMU...

To wszystko razem przyśpiesza naszą decyzję, czas poszukać spokojniejszego miejsca na ziemi, oddechu... Zaczac od nowa... Tylko czy to aby nie będzie ucieczka. Wpadnięcie z deszczu pod rynne? Ale jesteśmy wciaz mlodzi, silni, pełni optymizmu, nadziei na przyszłość. Przecież nie jedziemy w ciemno. Ja będę miała pracę, kurs językowy. I przecież wiedzą, że przyjadę z rodziną... na pewno pomogą coś znaleźć mężowi... O naiwności... Ale to już też inna historia.

Ciężko zostawić Rodziców, Dziadków, Teściów... na taką odległość spotkania będą rzadkie... z drugiej strony czujemy, że musimy rozwinąć skrzydła, stanąć na własnych nogach, zacząć żyć na swój rozrachunek. A to w tym samym mieście co cała Rodzina nie było do końca możliwe. Za dużo zależności, powinności... Monsz latami pracował z Rodziną, najpierw jako podwładny, potem współszef, ale nie poprawiło to ich relacji. Ja wyjechałam na studia daleeeeeko a potem wróciłam... I jednak czułam, że się muszę geograficznie oddalić, żeby dorosnąc. Wiecie jak to jest?

Brak nam ich. Na codzień jest mail, Skype, z Teściową to nawet Facebook (a co, zdolna jest :) ). Czuje się tą straszną odległość przy różnych okazjach, Dniach Matki, Dziecka, Ojca, urodzinach, imieninach... ale najbardziej i najbolesniej, kiedy ktoś zachoruje lub kiedy... ktoś umiera...

Jednak nie wróciłabym do Polski. Ten wyjazd wiele nas nauczył o nas, o naszej wytrzymałości, o naszej miłości i sile naszej małej Rodziny. O tym, ze mimo przeciwnosci radzimy sobie. I ze na przyjaciol czasami mozna liczyc jak na Rodzine... a nawet bardziej... Ot, taka refleksja ale naprawde, choc nie byla emigracja moim wielkim zrealizowanym marzeniem i wiele nasz kosztowala nerwow, byla sluszna decyzja... 

Wrocmy jednak do Rodziny...

....................

 * SYN

Jak wspomniałam mamy syna.

To kochany, mądry chłopak, ciekawy świata, mający poczucie humoru i trzeźwą ocenę tego co sie dzieje, jak na osobke w swoim niezaaawansowanym wieku. Nie jest pozbawiony wad ;) ale kto jest, niech podniesie rękę... Ktoś??? Może jednak??? ... (Ja, weź mnie... wez mnie... CIIII!!!)... no właśnie... Nie widzę. Ale nie te jego wady a pewne trudności przyczyniły się też do decyzji o zmianie kraju zyciowego. 

Mlody rozwijał się szybko motorycznie przez pierwszy rok. Zaczął chodzić zanim skończył 10 miesięcy i rozumku nabrał. Wspinał się, biegał, przewracał, był wszędzie, przycinał sobie paluszki, rozwalał nos i takie tam... Ale prawie nic nie mówił. Gaworzył, śmiał się, perorował ale tylko po swojemu, dadikowemu. Mając ponad dwa lata składał proste zdania, ale wciąż po bardziej po swojemu, niz po polskiemu. My, Rodzice, bedac z nim na codzien, rozumieliśmy, ale już otoczenie nie bardzo. Mając 3-4 lata mówił nieco wiecej, ale bardzo niewyraźnie, więc zaczęły się regularne ćwiczenia z logopedą. Efekty były, ale powoli i stwierdzono, że jest dzieckiem z grupy ryzyka dysleksji.

Urodzony w grudniu miał szczęście, że dzieci wtedy zaczynały klasę 1 mając rocznikowo 7 lat, a nie 6. Pecha bo miał i tak tylko 6 lat i 9 miesięcy i choć został dopuszczony do rozpoczęcia szkoły, to nie był do niej jeszcze dojrzały emocjonalnie. Pierwsze miesiące były koszmarem. Nie potrafił się skoncentrować, wysiedzieć, zwłaszcza gdy zmęczony po szkole musiał usiąść do robienia lekcji popołudniu. KOSZMAR... Siedzenie godzinami, nasze nerwy, zastanawianie się, czy to może my coś źle robimy, płacz i złośc dziecka... wydawał się wciąż taki mały i bezradny w tym... 

Teraz już wiemy, że jego inteligencja jest najzupełniej w porządku, ba, no wiedzialismy to zawsze, tak jak pisałam to mądry chłopak, to sie czuje, ale teraz mamy to też czarno na białym. Ale jak sie okazalo przeczucie i zawodowy nos mnie nie mylily, okazalo sie, ze ma problemy z pamięcia roboczą i koncentrację, słucha ale nie zawsze słyszy i rejestruje to co sie do niego mowi, zwlaszcza jesli mowi sie za duzo i za szybko. Lepiej widzi, zapamietuje bodzce wzrokowe... ale w natloku informacji zwyczajnie czasami sie wylacza, zawiesza jak Windows... I nie pamięta po chwili co usłyszał albo zobaczyl. Gdyby nie przyjazd do Szwecji i tez moja praca tutaj z doroslymi pacjentami z podobnymi trudnosciami od dziecinstwa, nie otworzyłyby mi się oczy. Teraz gdy wiemy my i szkola, mozemy lepiej mu pomoc. Nie chcemy go chowac przed swiatem, ale nie chcemy tez, by swiat go osaczyl i zniszczyl. A widzac wielu doroslych z problemami, depresja, lekami, wypaleniem, ciesze sie, ze mojemu synowi uda sie tego uniknac...

Poza tym... można wieszać psy na szwedzkiej szkole za wiele rzeczy... tak jak i na polskiej... Można uważać, że szwedzka szkoła jest za ospała, słaba, nie uczy w takim tempie jak polska, uczniowie nie są obkuci w detale z geografii, historii, fizyki i innych... nie sa moze tak lotni jak obkuci Polacy... ale czy są przez to gorszymi ludźmi? W czasach gdy prawie każdy ma ze sobą komórkę z dostępem do netu, to co sie ma zainstalowane w glowie odgrywa coraz mniejszą rolę. Coraz wazniejsze jest to co na Zachodzie uczyli sie juz w latach 90tych, trzeba wiedziec, co mam wiedziec i gdzie to moge znalezc...

Za to IMHO szwedzka szkola mniej stawia na indywidualizm, rywalizacje, ta ma moj mlody wbudowana sam z siebie i jakby jeszcze podlewac oliwy do ognia bylby strasznie zestresowany... Szwedzka szkola lepiej niz polska uczy pracy zespołowej, współodpowiedzialności za kolegów, współpracy. I po prostu lepiej IMHO uczy się uczyć czyli szikac wiedzy... I w szkole podstawowej praktycznie nie ma zadanych lekcji do domu, z wszystkim powinno zdazyc sie w czasie zajec szkolnych. Jeśli jest cos zadane, to np. jedna strona matematyki w pn na czwartek... po lekcjach uczeń ma czas odpocząć, pobawić się czy uprawiać sport. Bo mój syn, niezbyt manualnie i fizycznie sprawny, od kilku lat gra w drużynie piłki nożnej latem a ręcznej od jesieni do wiosny. Nie jest orłem, ale nauczył się wiele, wzmocnił, usprawnił. I nikt nigdy nie powiedział, jesteś za słaby, może sobie odpuść. Sport dzieciaków to tu prawie świętość. rodzice jeżdża na zawody, sprzedają ciastka, salami, sery, żeby zarobić na wyjazdy, w trakie meczy serwują kawę, hot dogi, hamburgery, ciasto, ale nie nie, nie charytatywnie, sprzedają, żeby zarobić itd... I mój syn dzięki temu ma kumpli a każdy kto był nastolatkiem wie, jakie to ważne...

Dzieciaki maja tez czas na poglebianie zainteresowan, czytanie tego, co lubia i chca, granie czy jak w naszym przypadku na nauke jezyka ojczystego, historii, goegrafii Polski... Dopiero od zeszlego roku szkole udalo sie mu zorganizowac lekcje u nauczyciela, na odleglosc, przez cos a'la Skype z nauczycielem z Uppsala. I cale szczescie, bo moja wiedza juz nie wystarczala a umiejetnosci pedagogiczne tez zadne. Ma to teraz w czasie szkoly. Lekcji w högstadiet czyli odpowiedniku naszego gimnazjum juz jest tez wiecej. Ale on jest dojrzalszy. Mimo swoich trudnosci ma wiecej poczucia odpowiedzialnosci, stara sie, ogarnia zazwyczaj na tyle,ze wszystko zalicza. Po prostu dojrzal do wiekszej odpowiedzialnosci, albo odpowiedzialnosc jest dopasowana lepiej do stopnia rozwoju dzieci, dzieki czamu Rodzice w mniejszym stopniu musze sie angazowac w szkole, pilnowanie, uczenie, odrabianie lekcji...

Więc podsumowując dla dziecka ta emigracja miała sens. Dała mu spokojniejszy start w dorosłość. Może częsciowo ograniczyła posiadanie przyjaciół bo jednak tak jemu jak i nam zaprzyjaźnianie się ze Szwedami idzie oporniej. Ale ma kilkoro znajomych Polaków i sporo kumpli ze szkoły i drużyny - jak na jego potrzeby raczej wystarcza. Nie wiedzialam, ze szkola szwedzka bedzie dla niego przyjazniejsza, ale taka sie okazala.

Zyskal tez na tym, ze mamy fajny dom, od 5 lat, z masa przestrzeni, z ogrodem, tarasem. Kazdy ma swoj kat i mamy wspolne katy. Takie zycie mi sie marzylo.

Ale nie tylko miloscia, przyroda, uczuciami, szkola dziecka czlowiek zyje. Sa tez bardziej praktyczne aspekty zycia... czyli praca i kasa... 

.....................

* MEDYCYNA - SLUZBA... POWOLANIE... ROZWOJ... SATYSFAKCJA...

Jesli ktos jeszcze nie wyczail jestem lekarzem. O tym, ze pojde na medycyne wiedzialam juz w szkole podstawowej. Mialam swietna nauczycielke biologii, ktora zasiala ziarno zainteresowania tym przedmiotem, dopilnowala, zebym mimo zawalonej olimpiady szkolnej jednak jako jej najlepsza uczennica poszla na etap miejski a potem wojewodzki. Wygralam, wstep do liceum mialam zapewniony. Wybralam klase autorska, jedna z pierwszych takich w Legnicy, wiec musialam i tak zdawac egzaminy ustne.

Z 34 osob w klasie 12 osob poszlo na Akademie Medyczne. Ja 4 lata studiowalam w Bydgoszczy (taaaa... 330km od domu i faceta... wiem... ale jakos przetrwalismy), a po slubie i urodzeniu syna od 2001r. przenioslam sie do Wroclawia. Po skonczonych studiach czekal mnie obowiazkowy staz w szpitalu w Legnicy. W jego trakcie 4 tygodnie w lecie pracowalam w Szptalu Psychiatrycznym w malej miejscowosci pod Legnica, Zlotoryi. Spotkalam tam mlody, prezny zespol lekarzy, swietny personel i miejsce, w ktorym pacjentom bylo latwiej dochodzic do zdrowia. Spodobalo mi sie, okazalo sie, ze umiem rozmawiac ale i sluchac. Dostalam jeszcze przed zakonczeniem stazu propozycje etatu... A warto,zebyscie wiedzieli, ze w tym zawodzie nie jest to oczywistosc. Wiekszosc lekarzy robi specjalizacje w trybie tzw. rezydentury, na ich pensje pieniadze szpial otrzymuje od Ministerstwa, najczesniej jednak za dyzury juz musza placic sami, co robie niechetnie. Rezydenci czesto traktowani sa jak praktykanci z Urzedu Pracy - darmowa vel tania sila robocza... I po zakonczeniu rezydentury czesto, gesto nie ma dla nich miejsca na Oddziale... spora czesc kolego, zwlaszcza w duzych klinicznych szpitalach i na obleganych specjalizacjach czesto dostaje sie dla pozoru 1/8 etatu, pracujac realnie na caly etat a specke robi sie np. otwierajac doktorat, prwadzac badania, uczac studentow, prowadzac pacjentow a po godzinach dorabiajac do pensji z 1/8 etatu, stypendium doktoranckiego i dyzurow.

Dla mlodej lekarki jak ja wtedy etat byl spelnieniem marzen. Pieniadze jak na tak odpowiedzialna i psychicznie obciazajaca prace z samego etatu byly jakie takie, reszte dorabialo sie dyzurami i dodatkowa umowa w poradni. Bo przeciez to SLUZBA... a z czegos zyc trzeba, zakupy robic... Podreczniki kupowac samemu bo obowiazek doksztalcania jest... tylko nie ma zadnego zainteresowania z gory jak sie za to zaplaci. Kursy do specjalizacji, jak juz sie na nie dostaniesz i puszcza Cie z pracy, trzeba oplacic samemu... takie dyrdymaly jak np kurs psychoterapii - oczywiscie na wlasny koszt... Ech...

Kochani... wiele osob wiesza psy na lekarzach. Na pewno czasami nie bez powodu, wsrod lekarzy jak w kazdej grupie zawodowej sa ludzie i taborety. Ale tez wiele wylewanych na lekarzy pomyj jest konsekwencja nie dzialajacego systemu, braku pieniedzy w nim, organizacji, przewidywania, konsekwencji. A brak kasy jest wypadkowa stosunkowo niskich podatkow i braku wspolplacenia. Wiem, wiem ludzi nie stac... ale to jest zwyczajnie fakt... Medycyna sie rozwija, nowe metody kosztuje. A pieniedzy nie przybywa... koldra jest za krotka i za waska... i jeszcze zle polozona... na cos musi zabraknac...

No ale nie o tym mialam... wystarczylo mi 1,5 roku, zeby sie przekonac, ze nie odnajduje sie w tej rzeczywistosci. Chcialam pomagac pacjentom, zajmowac sie nimi a nie walczyc z NFZ czy kombinowac. Lekarze w Polsce moga "sie dorobic", ale kosztem rodziny, czasu wolnego no i skakania z kwiatka na kwiatek miedzy etatami. I czesto kosztem pacjentow. A nie tak wyobrazalam obie prace psychiatry... Wiec choc miejsce, w ktorym pracowalam bylo fajne, z fajnymi kolegami i kolezankami... to nie bylo moje miejsce... Nie moja rzeczywistosc.

Wyjechalam. Szwedzka medycyna tez zmaga sie mimo znacznie wiekszych pieniedzy z ponad 30% podatkow i wspolplacenia (wizyta u specjalisty 300sek), z koniecznoscia oszczedzania i racjonalizacji wydatkow. Ale z jakiego poziomu. Wszystkie kursy, w tym psychoterapii, na koszt pracodawcy z platnym wolnym i dieta, auta sluzbowe, czas na nauke w trakcie pracy, godzina na pacjenta, jak trzeba. Na dobre i na zle pacjent jest partnerem w leczeniu. Wobec niektorych przydaloby sie podejscie polskie, paternalistyczne, ale ogolnie zdecydowanie wole ten tryb pracy. Wsrod lekarzy prawie nie ma hierarchi, wszyscy w Szwecji mowia sobie na Ty ale tez i maja podejscie jak kolega z kolega. Starsi lekarze chetnie dziela sie wiedza, pomagaja, kieruja. Mamy mozliwosc przedluzania recept bez spotykania pacjenta. Recznie nie pisze nic - opisy wizyt dyktuje i pisze je do systemu w komputerze sekretarka medyczna. Recepty wyslam przez Internet. W internecie mnostwo pozytecznych stron, bez ktorych juz nie wyobrazam sobie sprawnej pracy. Itp...

Nawet codzinne zycie jest inne. Monsz dlugo nie mogl znalezc pracy a teraz tez co miesiac przedluzaja mu umowe. Ale zyjemy z dnia na dzien, tu i teraz. Ciesza sie tym co mamy. Mamy piekny dom, zdrowie, wystarczajaca w sumie ilosc pieniedzy, siebie... Po co chciec wiecej???

Nie jest jak w raju. Ale zdecydowanie jest do niego blizej... Juz wiem, ze jesli zycie mnie nie zmusi do wyjazdu czy powrotu do Polski, nie wyjade. Pewnie przeprowadzimy sie za jakis czas na poludnie, blizej cywilizacji, Europy, Polski... Choc to tutaj mamy przyjaciol, znajomych, znowu zapuscilismy przez te ponad 6 lat korzenie... No ale do polskiej rzeczywistosci, patrzac na polskie wiadomosci wracac nie chce. Nie pasuje do polskiego grajdolka. Niestety...

Mam nadzieje, ze juz za kilka miesiecy bede szwedzka obywatelka i jeszcze bardziej poczuje sie czescia tego kraju. Szwedka nigdy nie bede, moje serce jest polskie, nie zrozumiem nigdy niektorych elementow szwedzkosci, ale widze w tym kraju wiecej zalet niz wad i tu chce zyc z moja najblizsza Rodzina. Mimo, ze nie zawsze bylo i bedzie rozowo... ale to ponownie jest material na inna historie...

Kochani... kto  doczytal do konca jest wielki. Rozrosla mi sie ta opowiesc... Pewnie dlatego, ze nie bylo jednego, duzego powodu naszego wyjazdu, ale wlasnie kombinacja okolicznosci... Jestem tu gdzie jestem. I tu zostane. Rozwinelam sie, lubie miejsce w ktorym jestem, lubie sposob, w jaki pracuje i mysle, ze jestem i lepszym czlowiekiem, lekarzem, matka, kobieta dzieki tej emigracji... Tymi wznioslymi slowami... pozwola sobie zakonczyc moja opowiesc... Chyba ostatnia na zamowienie ;) ale i tak ciesze sie, ze to zrobilam.