O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
czwartek, 28 kwietnia 2011

... nooooooooooo dobra, stala od poniedzialku sobie, ale juz idzie znowu w dol. Obrzarstwa wielkiego nie bylo, ale poza potrawami jajecznymi i miesnymi byl sernik pieczony w kapieli wodnej z czekoladowym spodem i czekoladowa polewa, sernik na zimno i dukanowa wariacja nt tiramisu. Wszystko absolutnie MNIAM!!!

Coraz wiecej osob zaglada mi w talerz i ze zdziwieniem podsumowuja,ze wszystko wyglada smakowicie a talerz jest pelen a nie na wpo pusty. Moja kochana Niamka mi komplemety strzela, monsz tez, no i powiedzcie jak czlowiek moze NIE CHCIEC byc szczuply???? ;-0

No i jeszcze sie pochwale bo mi umknelo ze od nieco ponad tygodnia mam prawo nosic zaszczytny tytul psychoterapeuty pierwszego stopnia w zakresie terapii poznawczo- behawioralnej :-) W poniedzialej jeszcze ostatnia prezentacja tematow, ktorzy sami moglismy wybrac, ktore sa zwiazane z KBT, ja np mowilam o mindfullness, swiadomym byciu tu i teraz, a moje kolezanki z grupy mowili o metodach redukcji stresu i odprezenia.

Wczesniej wyslalismy wszyscy egzamin z odpowiedzia na mase mniej i bardziej skomplikowanych pytan, wszyscy zaliczyli na wymagane 75%. Pozostaly wiec ostatnie refleksje, podziekowania i rozdanie dyplomow...

Ja w przeciwienstwie do wiekszosci uczestnikow, ja nie bede odczuwac braku zajec, specjalizacja posuwa sie do przodu, w pn lece rano do 100lycy na kurs z zaburzen lekowych, wracam w srode wieczorem. A w nast srode wlatuje znowu to Sztokholma, na 1 noc i w czwartek dalej ... przez Kopenhage i NY... do Honolulu. ALOHA!!!

niedziela, 24 kwietnia 2011

To byl przemily dzien. Pospalismy prawie do 8, co prawda nie zdazylismy ogarnac siebie, domu i wystawic potraw do 10 ;-) ale robilismy to naprawde bez stresu i cisnienia...

Potrawy wysmienicie sie udaly, ciesze sie zwlaszcza z tiramisu zrobionego wg diety, bylo przepyszne a troche sie cykalam bo robilam je pierwszy raz.

Po sniadanku przenieslimsy sie na taras, zlapalismy wracajacych ze spacerku sasiadow Ewe i Bengta a potem dolaczyli znajomi Asia i Arek z synkami, 5-latkiem Oliverem i niespelna 3miesiecznym Viktorkiem. Zrobil sie wiec spory tlumek. Chlopcy z dzikim krzykiem (poza Viktorkiem, ktory spal blogo przez dobre 2 h w wozeczku) udali sie na przeszukawanie ogrodu w temacie jajek ze slodyczami. Pojedlismy ciast i slodyczy, wypilismy kawke,herbatke, wode, soczek, cole itp, cieszac sie slonkiem, cieplem, cisza i spokojem, prawie jakby to byl jakis weekend lipcowy a nie koniec kwietnia. 3ba przyznac, ze pogoda stanela na wysokosci zadania!!!

Mielismy we wstepnych planach wycieczke krajoznawcza, ale towarzystwo jakos nie bylo nastawione optymistycznie ;-) wiec w koncu poszlismy na spacerek po okolicy a po spacerku znalazlo sie miejsce na skonsumarzenie jeszcze rybki po grecku i pysznego lososia w galarecie, ktorego Asia zrobila wg diety nad ktora sie zastanawia, widzac nasze efekty :-)

No i zostalo ogarniecie niejakiego nieladu,  zwlaszcza po tym jak dzieciaki rozpakowaly slodycze z jaj, zgranie zdje, wstawienie zmywarki i wieczorny relaks ;-) przy HP i czarze ognia. Jeszcze jeden dzien swiat i ... do pracy...

Milego dalszego swietowania :-D

22:46, zapiski_szwedzkie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2011

No tak... jak sie ma za duzo okienek otwartych, zawsze zamknie sie niewlasciwa... Np. ta z nieskonczonym wpisem na blogu...

Wczoraj pospalismy sobie troszek, potem sniadanko, zakupy i zrobila sie 16sta... O tej to porze wkroczylam do kuchni i zostalam w niej do 2 w nocy ;-) na koniec juz tylko siedzac i pilnujac ciasta i ogladajac Dynastie Tudorow ;-) Zdazylam tez zafarbowac wlosy i pomalowac paznokcie ;-)

Za to przygotowalam wiekszosc jedzonka, rybka po grecku, zupka gulaszowa, serniczek na zimno, tiramisu zagotowalam jaja, podkroilam skladniki na farsz i na koniec upieklam pyyyyszny serniczke na czekoladowym spodzie, zostal zjedzony z apetytem prze nie-dukajacych i wlasnie piecze sie kolejny na jutro ;-)

Moglismy wiec dzis pojechac na swiecenie pokarmow do Sollefteå, zorganizowane po raz 3ci dzieki mieszkajacym tam Polakom, ktorzy o przysluge poprosili szwedzkiego ksiedza. W szwedzkim kosciele nie ma tego zwyczaju...Ksiadz obiecal,ze w przyszlym roku modlitwa bedzie po polsku, zobaczymy czy da rade ;-P

Malo co sie nie spoznilismy, bo zapomnielismy o objezdzie drogi do S. i Radus musial przycisnac solidnie zebysmy zdazyli. Nawet prosilismy Jacka,zeby zagadal ksiedza hehe, ale dalo sie tylko opoznic odrobinke, wpadlismy 3 po 10, i juz bylo w trakcie. Znajomi mieszkajacy 4 min autem od kosciola sie spoznili ;-) i pokarmy poswiecili sobie na koniec sami.

Z reszta nie tylko my gnalismy, 2 rodzinki znajomych tez sie gonili, Ci co "uciekali" mieli nadzieje,ze to nie sa policjanci swojsko zwani psy a byli to nasi o rejestracji PSY ;-)

Po zakonczeniu uskutecznilismy zajazd polski na Lidla, smialismy sie,ze oprocz kasjerow w sklepie byli sami Polacy. Jeszcze zgubilismy jaja ze slodyczami u znajomych dla ich dzieci i dojechalismy do przyjaciol, ktorzy podjeli sie trudu zorganizowania kawki. Bylo jak to u Polakow sporo zarelka, mimo nieformalnosci spotkania, krolowala smörgåstårta, poza tym biszkopt, serniczek, owocki, sery, my dowiezlismy jak juz wspomnialo nasz dietowy serniczek...

A najwazniejsze byla przeeeeepieeeekna pogoda, w sloncu czulo sie jakby juz bylo lato, rozbieralismy sie do krotkich rekawkow i fukalismy ;) Cieplo tutaj jest mocno uzaleznione od slonca, bo jeziora i stojace czesci rzeki sa jeszcze pokryte cienkim lodem, dzis czuc bylo jakby to juz bylo lato a nie tylko wiosna...

Po powrocie z radoscia przystapilam do wykanczania potraw, tzn faszerowania jajek, zwijania rolady serowej i terriny, pieczenia drugiego sernika i robienia kluseczek serowych do zupy. W miedzyczasie plotkowalismy sobie, smialismy sie, ogladalismy filmiki itp. Chlopaki sila wyrzucone na dwor (mammooooooo, cioooociuuuuu a ile muuuusimyyy byc na dworze??? a mozemy juz weeejsc do domu, czyt. pograc na konsoli albo pogladac tv???) pobiegaly, pokolysaly sie na hamaku (lekko sie uszkadzajac ;-)) i zapoczatkowaly lany poniedzialej w sobote, rozbierajac sie do gaci i na przemian strzelajac z pistoletu na wode.

Teraz wszystko juz skonczone, czekam na sernik, ktorego jedynym minusem jest czas pieczenia ponad 2h, upieke jeszcze placuszki cebulaczki, zastepujace nam chleb i ... spac...

A jutro rozpoczynamy swieta...

jaja

Kochani, smacznego jajka, nie objedzcie sie, korzystajcie z pieknej pogody i cieszcie sie byciem z najblizszymi!!! WESOLYCH SWIAT!!!

niedziela, 10 kwietnia 2011

... zaczelam w czerwcu, kontynuowalam w sierpniu a potem... no nie wiem jakos sie nie moglam zabrac za dokonczenie wspomnien o Babci. Nie bylo czasu, weny, napedu... Chyba to wszystko jedna bylo za swieze, bolesne...

Dalej jest, jakby nie bylo to nie splakalabym sie jak bobr czytajac to co juz napisalam... Madrzy mowia,ze czas leczy rany w sercu. Jest troche inaczej... chyba ciut latwiej... ale w to,ze to JUZ rok, ze 12 miesiecy temu jej serce jeszcze bilo, choc juz tylko z rozpedu, ostatkiem sil... w to ze juz minelo tyle czasu ciezko uwierzyc...

Swoje wspomnienia skonczylam mniej wiecej gdzies miedzy liceum a skonczeniem studiow... Po maturze wyjechalam z Legnicy studiowac medycyne w Bydgoszczy. Mlodej duszy wydawalo sie,ze jakiz problem, roznica niewielka bo do Wroclawia przeciez tez trzeba dojezdzac, latwiej sie na studia w Bszczy dostac a dla zawsze watpiacej w swe umiejetnosci osobki to wazne, by miec wiekszy margines bezpieczenstwa i nie tracic roku. Poza tym szanse na akademik we Wro niewielkie, a w Bszczy spore, pieniedzy na stancje brak a dojazdy jako dziecko kolejarki mialam za darmo (poki mi sie za maz isc nie chcialo i stac sie zona swego meza a nie corka swojej matki...).

Dojezdzanie codziennie ooooo nieeeee... Z reszta mieszkac dalej w domu... OOOO NIEEEE (mamusia i tatus mam nadzieje ze zrozumieja, pragnienie wyrwania sie w doroslosc spod kurateli nawet pelnej milosci bylo OGROOOMNEEE...)

Ale taz sama dusycka na swej drodze spotkala jak sie potem okazalo milosc swego zycia, poza tym nie spodziewala sie ze trudne i wymagajace pierwsze dni, tygodnie, miesiace i lata ;-P bede poglebialy tesknote za kontaktem z tymi, ktorych sie kocha i ktorzy rozumieja no i ze czeka tejze dusycki 4 litery wozenie och w te i we wte przez najblizsze 4 lata.

Choc oderwanie od domu pozwolilo mi dorosnac, nabrac dystansu, zbudowac pewnosc siebie a przynajmniej jej zaczatki to jednak brakowalo codziennych kontaktow z rodzina a w tym i z babcia. Uzupelnieniem tego byly wiec rozmowy telefoniczne i wizyty kiedy tylko bylam na weekend w Legnicy.

Babcia zawsze potrafila wytlumaczyc mi nieco spokojniej i z wiekszym dystansem to co czasami u rodzicow wiazalo sie z emocjami czy z walka miedzypokoleniowa o wolnosc, rownosc i braterstwo... Czasami byla po mojej stronie, czasami po mamy czy taty, ale z nia rozmowa o tym jednak nie byla nacechowana takimi samymi emocjami. Nooo miedzy nami tez sie klotnie zdarzaly ofkors. W koncu dzielily nas 2 pokolenia i ponad 40 lat zycia i doswiadczenia. Pewne wartosci, ktore dla niej byly oczywiste moje pokolenie nie traktowalo juz jako prawd oczywistych a ja stawialam pod znakiem zapytania. Dla niej wiara oznaczala zawsze Kosciol, dla mnie juz w mniejszym stopniu. Dla mnie wiara to milosci, nadzieja, pomoc innym, zycie w zgodzie z wlasnymi zasadami i tak by inni nie musieli przez mnie plakac, przynajmniej nie za duzo... Przeciw mszy, ksiazom jako takim czy kosciolowi jako wspolnocie nic nie mam, ale wiele w polskim Kosciele budzilo i budzi moj sprzeciw, Babci bezkrytycyzm mogl wiec czasami budzic moj opor i powatpiewanie...

Babcia moja kochana byla tez typowa ewentualna ofiara wszlekich naciagaczy, hochsztaplerow i obnosnych sprzedawcow... Ewentualna glownie dzieki zdrowemu rozsadkowi dziadka, ktory czuwal w tle. W swej naiwnej czasami jak u dziecka wierze w to,ze ludzie sa u podstawy dobrzy i dlaczego jak ktos mowi,ze te garnki to okazja zycia i jestes dzieckiem szczescia,ze oni Ci chca je sprzedac za rewelacyjna cene - to nie ma powodu,zeby klamac... No a koldry z owczej welny, no reeweeelacja...

Potrafila tez byc slodko kochana w dokarmianiu nas zwlaszcza slodyczami, deserkami, cukiereczkami, ale nie tylko bo po prostu jej kobieca i babcina dusza nie tolerowala nie i nie jestem glodna... Moj wujek kiedys okreslil ja jako nasza Babcie - terrorystke, ktora jesli bardzo czegos chciala potrafila dosc wyrafinowanymi metodami nas to tego naklonic, przekonac czy zmusic wrecz :-P

Choroby nie chcialy jej odpuscic. Pierwszy nawrot nowotworu byl w roku 2000, kiedy bylam w ciazy z Dawidkiem. Miala caly czas sprawdzana druga piers a raczycho zagniezdzilo sie ... w bliznie po tej piersi, ktora nawiedzilo wczesniej i po tylu latach uderzylo w dwojnasob... Operacja, hormonoterapia w tym przypadku i na jakis czas przynajmniej z tym byl spokoj.

Ale chyba w 2003 czy 2004 w badaniach wyszlo,ze cos jest nie tak we krwi i po nitce do klebka okazalo sie,ze Babcia ma taka wczesna postac szpiczaka mnogiego, za duzo limfocytow ale nieprawidlowych, ktore produkuja nieprawidlowe a'la przeciwciala czyli bialko. Moze niszczyc kosci, nerki bo nieprawidlowe komorki moga powodowac rozklad kosci, osteolize i uszkadzanie klebuszkow nerkowych. Choroba nie byla na tyle zawansowana zeby postawic scisle ta diagnoze, ale byla blisko. Nieprawidlowe komorki szpiku bo to tam siedzi zarzewie nowotworzenia, wypychaja inne komorki krwiotworcze a to powoduje nizszy niz potrzeba poziom np czerwonych krwinek, babcia od zawsze miala tendencje do anemii a przy szpiczaku bylo jeszcze gorzej. Pomagala lekka chemia, sterydy, czasami podstymulowanie produkcji krwinek... Niestety w miare uplywu czasu, co typowe dla tej choroby kolejne kuracje mialy coraz slabszy efekt...

W koncu padla propozycja ze Babcia moze zostac wlaczona w program leczenia troche jeszcze eksperymentalnego przeciwcialami... By zostac dopuszczonym trzeba bylo byc w miare ogolnie zdrowym, poza sama gammapatia... Wiec Babcia przeszla ogolny przeglad niczym autko, by posprawdzac wszelkie narzady i uklady...troszke sie wahala czy chce tego leczenia, ale przekonywalam ja,ze skoro chca ja zakwalifikowac to znaczy ze ogolnie dobrze sie miewa i ze warto w nia jeszcze inwestowac ;-P

W oplucnej wykryto niewielka, nie dajaca jeszcze objawow ilosc plynu, a ze moze to byc objaw wielu roznych chorob i ani rtg ani tk nie daja jednoznacznej odpowiedzi zrobiono punkcje...

Wynik badania plynu byl jak grom z jasnego nieba... komorki nowotworowe w plynie... Nawet Babcia, moja kochana wieczna optymistka przezyla chwile zalamania i checi poddania sie... Ale gdzie gleboko, albo jeszcze glebiej, dzieki wierze, wsparciu rodziny troche no i niezlomnej radosci zycia nie odpuscila, podjela po raz kolejny i jak sie okazalo ostatni walke z od dawna znanym wrogiem, ktory gdyby nie jego smiertelna natura moglby byc traktowany juz jako czlonek rodziny...

Okazalo sie,ze wykryty przypadkiem przerzut wlasnie wczepial pazury w jej cialo a raczej pluca... Zapadla decyzja ze najlepsza opcja walki jest chemia...Babci odwieczny strach o wyglad, wlosy... ciezkie chwile by podjac decyzje, kolejna decyzje o walce a nie poddaniu sie... Mysle,ze po czesci walczyla tez i dla nas, po czesci dla siebie... Milosc zycia i wiara nie pozwalaly jeszcze tak po prostu sie poddac...W planie bylo 6 dawek chemii. Po kazdej kolejnej dopadaly ja rozne komplikacje, ktorych opisu sobie oszczedze, bo to ma byc wspomnienie a nie opis bolu i cierpienia, jedno Wam powiem, nie bylo jej latwo. W takich chwilach czlowiek uswiadamia sobie doglebnie jak skomplikowana maszyneria jest ludzkie cialo, jak wiele musi wspolpracowac ze soba komorek, narzadow, ukladow i jak najbardziej proste funkcje jesli dzialaja moga sprawic ogromna radosc...

Ale przez pierwze 4 chemie jakos wychodzila na prosta. Po 5tej juz sie tak nie stalo... nie od razu w kazdym razie. W drugiej polowie listopada i na poczatku grudnia przezylismy chwile grozy i strachu... Babcia czula sie fatalnie, lezala na internie na granicy zycia i smierci. W Polsce byla akurat kumulacja zachorowac na grype ah1n1 wiec nie tylko ja nie moglam byc z nia ale takze mama i dziadek mieli odciety dostep do oddzialu... Tydzien czasu, pierwszy tydzien jej pobytu, kiedy wlasciwie nie bylo pewnie ze przezyje jeszcze jeden dzien moglismy liczyc tylko na wiesci od personelu. Potem rezim zlagodzono, mozna bylo wejsc pojedynczo, w masce, fartuchu i nakladkach na obuwie... W calym miescie skonczyly sie fartuchy, maski, wzystko, wiec coz... Polak potrafi, na jeden fartuch wchodzilo wiele osob, wiec idea jego zakladania mijala sie calkowicie z celem... Pielegniarki krzyczaly, kazaly wyrzucac fartuchy, ale na ze lzami wypowiadane prosby rodziny,ze nie ma gdzie kupic nastepnego - ustepowaly...

Wtedy w zasadzie z dnia na dzien podjelam decyzje - jade... Nie mialam pewnosci,ze wejde, ze Babcia bedzie przytomna, ale robilam to chyba nawet bardziej dla siebie, by ukoic sumienie... Bo to wlasnie w takich chwilach odleglosc fizyczna sprawia niemal fizyczny bol. Jakos sie wydaje,ze ze jakbym byla tam, blisko, mogla odwiedzic, potrzymac za reke, zaniesc zupe byloby lepiej, inaczej... choc rozum wie, ze niewiele by to zmienilo...

Nie zaluje tej szalenczej podrozy... Pociag, 2 samoloty, jazda samochodem z tesciem z lotniska. Poranek u Babci, potem spotkanie z rodzina, jeszcze chwila u Babci... I znowu samochod, 2 samoloty, pociag... Spedzialam w Legnicy w sumie jeden dzien. Jeden z trudniejszych z zyciu. Babcia byla przytomna, ale momentami odplywala w inny swiat. Cieszyla sie,ze mnie widzi... Chwilami nie do konca poznawala... Bala sie... Niedotleniony mozg produkowal i strach i rozne wizje, gdzie rzeczywostosc mieszala sie z sennymi koszmarami... Pielegniarki byly krzywdzacymi istotami, bol szarpal cialem.Przezywala to co jej starsza siostra kilka lat wczesniej, cos co wtedy budzilo strach z Babci, jak to musi sie dziac kiedy widzi sie czlonka rodziny tak slabego...

Nie zapomne chwili, kiedy musialam wyjsc do domu, ze swiadomoscia, ze za kilka godzin lece spowrotem a Babcia blagala,zebym jej nie zostawiala,ze zrobia jej tam krzywde... Serce sie rozdzieralo, a musialam isc... Wiedzialam juz ze w plucach Babci sa przerzuty, ze leczenie bedzie juz tylko paliatywne i ze to moze potrwac tygodnie moze miesiace... Jedyne czego nie bylam pewna, to czy sie jeszcze spotkamy...

Kiedy wiec po kolejnych kilku tygodniach Babcia doszla w miare do siebie, na tyle by myslec o tym ze wyjdzie ze szpitala podjelam decyzje,ze swieta BN chce spedzic z nia i rodzina. Mielismy inne plany, to mialy byc swieta na spokojnie, bez biegania, po raz pierwszy w naszym wlasnym, rodzinnym domu. Nie mialam juz wolnego, nie planowalam podrozy. Chlopcy pojecali ze mna i jestem im za to wdzieczna, bo balam sie,ze to Babci ostatnie Boze Narodzenie i niestety tak tez bylo. Widok radosci w jej oczach i wspolne zdjecia z nia pod choinka to najpiekniejsze wspomnienia... Ciesze sie,ze dane nam bylo sie spotkac wtedy i jeszcze raz w marcu, w czasie zaplanowanej jeszcze na jesieni podrozy do Polski, ktora miala byc substytutem wyjazdy na swieta...

Plusem tego wyjazdu w marcu, poza tym,ze sie widzialysmy bylo tez to,ze udalo sie Babci zalatwic opieke domowa. Sytuacja bywala juz trudna do opanowania, plyn w plucach stopniowo narastal, mama i dziadek nie zawsze wiedzieli jak wszystkie trudnosci dnia codziennego opanowac. Dzieki przychodzacej stalej pielegniarce i kontrolom lekarza z oddzialu paliatywnego, ktorego bede zawsze wdzieczna za serce i ludzkie podejscie bylo im latwiej sobie w tych trudnych chwilach jakos radzic...

Kryzys byl w Wlk Piatek, 2 kwietnia, w 5 rocznice smierci papieza. Tego dnia chyba juz ostatni raz rozmawialam z Babcia. Najpierw rano, kiedy jeszcze czula sie nie najgorzej a potem wieczorem, kiedy przerazona sluchalam,jak sie ze mna zegna i mowi mi zebysmy sie zawsze kochali, bo milosc jest najwazniejsza i sie wspierali... Ten wieczor i noc byly czasem czekania. Symboliczna 21.37, godzina smierci Jana Pawla 2go, prawie czekalam ze telefon zadzwoni i przyjdzie ta wiadomosc, ktora choc oczekiwana jednak bylaby najbardziej bolesna...

Telefon zadzwonil w sobote, kiedy bylismy w Kosciele na swieceniu pokarmow. Ale wiesci byly pocieszajace, Babcia przespala noc, leki zadzialaly, bolalo jakby mniej... Swieta spedzila jeszcze w domu otoczona rodzina, bo przyjechala tez druga corka ze swoim mezem...

Ale byla slaba, prawie nic nie jadla i nie pila... wiec w koncu zapadla decyzja, ze potrzebny jest pobyt na paliatywnej i chociaz kroplowki... Nie chcialabym musiec nigdy w zyciu podejmowac decyzji o tym,czy bliska mi osobe, ktora juz chcialaby odejsc, oddawac pod opieke szpitala by poprzez plastikowa rurke kroplowki wtloczyc jeszcze kilka sekund, minut, godzin zycia, ale ta decyzja czesto jednak staje przed rodzina...

10 kwietnia przezywalismy wszyscy katastrofe smolenska... Nawet z naszym podejsciem do spraw narodu, w takich chwilach ciezko bylo nie chciec podkreslic,ze jestesmy Polakami, wiec pozyczona flaga z czarna tasiemka zawisla na balkonie i na oknie auta...

11 kwietnia, w niedziele, przed 9ta, zadzwonila moja komorka... Mama przekazala mi,ze Babcia odeszla... Lzy... nie od razu... chyba najpierw ulga,ze to juz, ze sie nie meczy,ze juz jej nic nie boli, a potem .... Pustka, smutek w sercu i cisza... Wiec to juz... koniec...

Na chwile bo trzeba bylo podjac mnostwo mniejszych i wiekszych decyzji. Kupic bilety, postanowc jak i kiedy jedziemy, zrobic rezerwacje, zapakowac sie, zrobic kanapki... To pozwalalo nie zaczac od razu myslec. Bo jak zaczynalam myslec, zaczynalam plakac... Lzy oczyszczaly, lzy piekly, lzy bolaly...Zrobilam kolaz, ktory wciaz mam jako swoj profil na nk... Zniknie ... gdy skonczy sie zaloba. Smutek i pustka po Babci w sercu bedzie jeszcze dlugo, mozg wciaz czasami nie wierzy, ze juz jej nie ma i nie bedzie... O polowe mniej rozmow telefonicznych, bo juz tylko z mama pogaduchy a nie z nimi obiema. Krotkie spotkania z dziadkiem, rozmowy jeszcze krotsze... Wizyty u Babci na cmentarzu, przy grobie, gdzie spoczelo jej zmeczone choroba i bolem cialo...

Rok temu jeszcze oddychala, jeszcze bilo serce, jeszcze ja bolalo...

Babciu, kocham Cie. Tesknie... Czekaj na mnie jesli jestes tam, gdzie z pewnoscia byc powinnas, mam nadzieje,ze przezyje swoje zycie na tyle dobrze bysmy sie mogly po mojej smierci spotkac...

 

23:49, zapiski_szwedzkie
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 kwietnia 2011

Masz cialo cos chcialo, powiecie... Nikt mnie w koncu do wyjazdu na Polnoc nie zmuszal... A ze czasami sie poskarze na jakies bolaczki pewnie sobie pomyslicie,ze wcale tu w Szwecji tak rozowo nie jest...

Bo to nie raj na ziemi, to pewne... Moze nawet nieco bardziej rajsko nam przedstawiano wizje mieszkania i pracowania w kraju nordyckim w czasie kursu w firmie na P. Ale... mimo wszystkich ale... jest jakos tak normalniej... Praca nie cudowna, ale fajna, wiele dajaca, kursy, szkolenia, wyjazdy - w czasie pracy, oplacane przez pracodawce a nawet jesli jakas firma farmaceutyczna wspolfinansuje to najwyzej w 50%, zawsze jest to przede wszystkim szkolenie a nie wyjazd pseudonaukowy i zawsze szef wie i wydaje zgode. Recepty dla przewleklych i stabilnych pacjentow odnawia sie na zyczenie wyrzone osobiscie, mailowo lub telefonicznie i wizyty kontrolne sa co rok albo i dwa jesli nie ma potrzeby czesciej. Pacjentow mam 4-5 dziennie. Pociagi sa w miare czyste, toaleta zwykle dziala i nie smierdzi, jezdza szybciej a jesli jest spoznienie powyzej 30min zwracaja czesc kasy za bilet. Stac mnie z mojej pensji na zycie, rachunki i splacanie pozyczki za dom. Drogi sa w przerazajacej wiekszosci rowne, nawet po zimie nie ma dziury na dziurze a jak jest to zmieniaja nawierzchnie i tyle. Przez cala Szwecje wzdluz idzie droga szybkiego ruchu, dzieki czemu 1000km mozna pokonac przy 2 kierowcach i niezbyt ciezkiej nodze w jakies 11h. Tyle w Polsce zajmuje nam polowe krotszy odcinek Gdansk-Legnica...

Ale wracajac do aury za oknem. Chyba wlasnie kwiecien jest najgorszy. W Polsce zwykle juz wtedy niesmiale pierwsze promyki wiosennego slonca zaczynaja sie zmieniac w odwazne swiecenie i grzanie. Tu dobrze jest jesli temperatura jest dodatnia i snieg stopniowo znika. Gorzej jak potem dosypuje i juz widoczna trawka, nieco zmarnowana po 5 miesiach pod sniegiem znowu pokrywa sie biala kolderka. Zdarzaja sie na szczescie piekne, sloneczne i nawet cieple dni, kiedy mozna wystawic twarz i cialo do slonka i sie pogrzac i naladowac baterie, tak bylo np w srode. A wczoraj caly dzien lalo albo padal snieg z deszczem czy nawet snieg, dzis tez niskie chmury, ciemno, zimno (tzn jakies 2-3 st na plusie, ale mnie sie chce minimum 10 ;-)) i tez popaduje... W takich chwilach zdjecia ogrodu kolezanki spod Gdanska z kwitnacymi kwiatkami i paczkami na galazkach moze przyprawic o zwieche...

W tym tygodniu sie kursowalam na temat zaburzen osobowosci, chyba najciekawszym elementm bylo wczoraj spotkanie z dziewczyna, ktora miala diagnoze zab. osobowosci borderline - teraz juz nie spelnia kryteriow, jest zona czy tez sambo przynajmniej czyli w stalym zwiazku i mieszka z kims i ma jedno dziecko a drugie w drodze. Ogrom tego co przeszla i z czego wyszla jest przerazajacy ale i fascynujacy i dajacy nadzieje,ze akurat osobom z tym zaburzeniem czy tez typem osobowosci naprawde mozna pomoc...

Radek szwedzkie prawko po wymianie z polskiego dostal, cala wymiana zajela ok 3,5 tygodnia, w miedzyczasie zdal egzamin z kompetencji zawodowych i w ten wtorek teorie z kat C (!!! moj zdolniacha), teraz jeszcze z 2 tyg jazd i bedzie mogl sprobowac zdawac praktyczny (dzis 2 osoby z 3 oblaly, wiec w sumie dobrze,zeby jeszcze pocwiczyl, nawet dluzej i moze da rade pchnac to za pierwszym podejsciem?) bo teorie z CE moze zdawac dopiero jak zakonczy czesc C... Czekamy do pn zeby wywiesili plan na nast tydzien to bedziemy wiedziec czy ma jazdy i czy ma ich duzo, jak nie bedzie granda ;-)

Ja juz dostalam spowrotem moj paszport z wiza amerykanska na nastepne 10 lat. Samo zalatwienie poszlo szybko, godzinka od wejscia do wyjscia z krotka rozmowa z urzednikiem, nawet dalam rade po angielsku ;-) Takze za miesiac z kawalkiem HAWAII !!!!! szkoda ze bez chlopcow, mam nadzieje ze moza meza namowie i za jakis czas wybierzemy sie do USA razem... A teraz jedziemy z Joanna, moja kolezanka pracowa i nie tylko i z Dorota, ktora z nami na kursie byla w Wawie i jeszcze w jednym chlopakiem o polskich korzeniach, takze bedzie silna grupa pod wezwaniem polskiego orla w koronie ;-) (fakt,ze musialam jechac na wlasny koszt drugi raz i zaplacic czasem i portfelem za wlasna glupote pominmy milczeniem i okryjmy mgielka niepamieci...)

Syneczkowi dobrze podobniez ida testy w ramach egzaminu kompetecyjnego dla uczniow klas 3, rozwiazuja je stopniowo na lekcjach, bez wiekszych stresow.Na zebraniu rektor szkoly poinformowal,ze od 4 klasy dochodza do nich dzieci ze Skarpåkersskollan, polozonej niedaleko nas, wiec mamy nadzieje,ze bedzie mial jakis kolegow mieszkajacych w poblizu. Dzieciaki zostana polaczone a potem podzielone na 3 klasy po ok 21 osob, klasy beda wymieszane z dzieci z Kramforsskolan i tej drugiej szkoly.I dobrze uwazam, troche nowych kolegow. O podziale beda decydowac nauczycielki, oczywiscie wezma pod uwage kto z kim sie trzyma ale tez czy dzieciaki funkcjonuja w klasie na lekcjach czy tez moze lepiej,zeby sie widywaly na przerwach...

Jak mowimy o pogodzie, nasunelo mi sie tylko,ze fajnie by bylo moc zaplanowac wakacje, ale ze wzgledu na kurs Radka musimy jeszcze troche wytrzymac. Albo pojedziemy jak skonczy kurs albo po praktyce - to nawet bardziej prawdopodobne... Chyba ze jakas praca bedzie sie kroic na juz, to wtedy zrobimy tylko krotki wypad do Danii, obiecany dziecku i nam sie tez juz by chcialo Kopenhage zobaczyc no a Dawid to wiadomo - Legoland rulez...

To spadam oddawac sie piatkowemu lenistwu ;-P