O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
sobota, 15 kwietnia 2017

W Klubowej dyskusji padl pomysl, by przed dwa wiosenne miesiace (haha wiosenne... u mnie dzis padal snieg) opowiadac Wam drodzy czytelnicy o naszych poczatkach w nowy kraju. W pierwszym odruchu po prostu chcialam Wam opowiedziec o dniu kiedy z bambetlami, autem, dwoma kotam i Fordziem Mondeo przeprowadzalismy sie na nasza Polnoc. Prawie rozwodzac sie po drodze. Zaciekawieni? Jeszcze do tego wroce. Ale zanim nastapil TEN dzien byly inne pierwsze dni. Czy pierwszych dni moze byc wiecej niz jeden? Wg mnie moze ;)

Pierwszy pierwszy dzien to pewien chlodny, pieknie zimowy, grudniowy dzien Roku Panskiego 2007, 9 miesiecy przed dniem ostatecznej operacji P jak przeprowadzka. Dzien kiedy wraz z grupa lekarzy zwerbowanych przez Paragone i ich drugimi polowkami pierwszy raz w moim ponad 30-letnim zyciu polecialam samolotem, nie tylko jednym ale nawet dwoma do Szwecji.

Czemu dwoma? Nooo bo to w p....du daleko mili Panstwo, haha, z czego dzieki samolotom nie do konca wtedy zdawalismy sobie sprawe. Wieczorem jedna hopka z Okecia na glowne lotnisko Sztokholmu Arlanda, potem przygoda z udzialem kierowcy busa (ktorego w stolicy teoretycznie nie mialo prawa byc bo jako jeden z niewielu Szwedow - nie mowil plynnie po angielsku a my wtedy jeszcze nic a nic po szwedzku i tak to wywiozl nas do nie tego hotelu zawierajacego w nazwie slowa klucz Hotell Arlanda... w ten to sposob szybiutko dowiedzielismy sie, ze wokol lotniska jest tych hoteli kilka... budynki nam sie nie zgadzaly, podejrzenia wzbudzily male domki zamiast nowoczesnego budynku ze stali i szkla,  na szczescie obsluga hotelu jezykiem Szekspira juz operowala, dogadalismy sie, zetknelismy ze szwedzka checia niesienia pomocy i wlasciwy bus sprawnie zabral nas do naszego hotelu)... Kolacja, dlugie wieczorne Polakow rozmowy. I kolejnego ranka, juz duzo mniejszym wirnikowym samolotem hopka druga, polecielismy na pln Szwecji - gdzie wielu Szwedow z poludnia nigdy nie postawilo i nie postawi swoich stop w eleganckich miejskich bucikach ;)

I tak to za moj drugi pierwszy dzien w nowej Ojczyznie uznaje pierwszy dzien w Norrland. Bo to jednak jest inna Szwecja. Niby w srodku tego dlugiego kraju a jednak juz traktowana jako gleboka polnoc. Spedzilismy w niej za pierwszym podejsciem cale/tylko 24h i byl do bardzo, bardzo intensywny dzionek. Postanowiono zadzialac psychologicznie, zachwycic nas i zakwaterowano nas w hoteliku mysliwskim na gorze Hallstaberg, wystrojem rodem z PRL... a nieee to nie ten kraj, ale lata 80-te, za to z tzw widokiem.

Pora roku idealna, grudzien, juz adwent z wszystkimi swiatelkami w oknach, okolica pieknie osniezona jeszcze wciaz stosunkowo niewielka iloscia pieknego, bialego, czystego puchu, ktorego w grudniu kazdy Polak jest spragniony. Snieg skrzypial pod stopami, policzki zarozawial lekki mrozik. Obwieziono nas po okolicy, pokazano szpital, w ktorym kilkoro z nas mialo pracowac, zaproszono na spacer i obiad. W miedzyczasie maglowano nas na tzw jobbintervju czyli rozmowach o prace. Wieczorem moglismy z gory podziwiac swiatla miasta.

Jakie uczucia towarzyszyly nam tego dnia? Zadza przygody,  chec zmiany, zaciekawienie, troche rywalizacja, bo na 2 miejsca zaprosili 4 lekarki, ale i przerazenie, bosz gdzie my jestesmy. Ale ludzie wygladali calkiem normalnie, co prawda mowili w dziwnym, niezrozumialym jezyku, ale z wiekszoscia (poza wspomnianym arlandzkim kierowca) dalo sie pogadac... Wiedzili co robili, zauwazyli miete miedzy mna i Niamka i to nam dwom zaproponowali te miejsca w pierwszym podejsciu... Mysle, ze nasza rodzaca sie przyjazn ulatwila nam podjecie decyzji o przyjeciu tej dalekopolnocnej propozycji i przyczynila sie do tego, ze wciaz jeszcze tu obie po ponad 8 latach jestesmy. Jeeeszczeeee...

Pierwsze 6,5 miesiaca spedzilysmy jednak wspolnie w szkolnej lawie, kujac szwedzki i z czasem coraz lepiej rozumiejac przynajmniej podstawy tego dziwnego jezyka, zlepka wyrazow i zasad gramatycznych podobnych do niemieckiego, z domieszka angielskiego... Potem czekalo nas zapakowanie calego, moze niezbyt rozleglego ale jednak dobytku w worki, kartony i pudelka. wspomniany wyzej Mondzio mogl pomiescic tylko nas, koty, troche ubran i drobiazgow. Na szczescie wiedzielismy, ze w wynajetym na odleglosc mieszkaniu czekaly na nas podstawowe przynajmniej meble i sprzety (ktore okazaly sie byc w calkiem niezlej kondycji i 2 lozka z tychze wciaz sa z nami)...

Jak wyjezdza sie z kraju z zamiarem nie wracania na stale juz nigdy? Trudno. Pewnie nie tak trudno jak Ci co musieli uciekac czy dostawali bilet z jedna strone bez powrotu i mozliwosci kontaktu z Rodzina. Ale i tak latwo nie bylo. Pozbylismy sie czesci sprzetow, ubran, drobiazgow (wyrzucenia drucikow, srubek, gwozdzikow Radek dlugo nie mogl odzalowac), przesortowalismy ubrania. Byla okazja oddania malych dzieciecych ciuszkow i zabawek, z zalem w sercu, bo wtedy jeszcze marzen o drugim dziecki calkiem nie porzucilam... Byla tez gdzies gleboko w sercu swiadomosc, ze choc chcielismy tego uniknac to od czegos uciekamy. Od sytuacji w Polsce, politycznej, z sluzbie zdrowia, w korporacjach...Od brania kredytu we frankach na wiele lat na M3 w Legnicy. Pewnie na swoj sposob tez i od tego miasta, w ktorym sie wychowalismy i znalismy jak wlasna kieszen, ale ktore jako strefa komfortu, z rodzina w poblizu na dobre i zle, jednak nas hamowalo i ograniczalo. Od pracy 12h na dzien i w wielu miejscach. Ale mielismy i nadzieje. ze jedziemy do czegos innego, lepszego, jasniejszego, radosniejszego, bardziej swobodnego.

Ile emocji nami miotalo, niech swiadczy wspomniany prawie-rozwod. Oczywiscie dramatyzuje troche. Kazdy kto spotkal nas choc raz na zywo pewnie wie, ze z nas takie troche wloskie malzenstwo. Kochamy sie jak wariaty, klocimy jak idioci. Okazalo sie bowiem, ze Radek wyraznie zle znosi bujanie. Mial okazje przekonac sie o tym przy swojej pierwszej w zyciu podrozy promem. Co prawda aaaaaz taaaaak nie bujalo, ale wystarczylo by oddal co w zoladku mial wielokrotnie.

Po 19h na promie zjechal wiec z niego glodny i zmeczony. A facet glodny to facet zly. Okazalo sie, ze do samego Sztokholmu brak restauracji czy nawet stacji z obsluga (potem ta droge poszerzyli i podwyzszyli standard i teraz mozna juz cos zjesc), poza tym dla nas, przyzwyczajonych do kakofonii barw przydroznych tablic i reklam w Polsce, znak drogowy ze za jakies 500m bar, restaruacja czy zjazd na stacje, skutkowal tym ze ziuuuu wlasnie minelismy wlasciwy zjazd.

Zycie moje i nasze malzenstwo warczace uratowala w koncu stacja po jakis 100km od promu i juz kawalek po przejechaniu Sztokholmu, z korv med bröd, zwyklym hotdogiem, ciepla parowa, tu zwana kielbaska z bulka (korv med potatismos nie wzielismy bo jeszcze nie wiedzialam, ze mos to po prostu mus czyli puré ziemniaczane, haha, bulka byla jednak wersja bezpieczniejsza i znana), ktorej nie udalo nam sie ominac. A potem kochany przez nas wciaz miloscia wielka Max, czyli szwedzka hamburgerowania w stylu Mac Donalda,ale z duzo bardziej miesnymi i smacznymi bulami. Po wyrownaniu poziomu glukozy i cholesterolu we krwi moglismy kontynuowac nasza pielgrzymke na gore czyli Polnoc Szwecji,jeszcze przez wieeeele wieeeele godzin.

Trzeci pierwszy dzien spedzilismy wiec po zjezdzie z promu glownie siedzac na tylkach w samochodzie. Pod wieczor uszczesliwieni zastanym wyposazeniem usiedlismy przy stole zjesc kolacje a potem na kanapie, w naszym wynajetym, 3 pokojowym, czystym mieszkaniu z lazienka (choc w szwedzkim standardzie linoleum i biale proste kafelki na scianie) bez grzyba i ogormna iloscia metrow kwadratowych.

Razem bylismy gotowi na rozpoczecie operacji Podbijanie Krainy Wikingow ;) ktora nieustannie kontynuujemy i ktora przynajmniej w czesci jest opisana wlasnie na tym blogu...

Jesli macie ochote poczytac opowiesci innych osob z Klubu, zapraszam po linki na nasza strone klubowa.