O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Taaaak, wiem, dawno nic nie pisalam... Napisze, obiecuje, wczesniej czy pozniej...
A poki co za zgoda i wiedza autora piblikuje mojego brata spojrzenie na nasza nowa ojczyzne...

"Witaj ! Zgodnie z obietnicą opiszę pokrótce moje urlopowe wojaże...

Wczesnym rankiem, a właściwie noc jeszcze była, 2. czerwca wybyłem z domu i pojechałem
rozklekotanym składem elektrycznym do Wrocławia. Tam miałem kilka minut zaledwie na to,
aby przesiąść się na pociąg do Poznania, ale, pomimo chaosu wywołanego remontem Dworca,
ta sztuka mi się udała. Kto wie, może po prostu szczęście sprzyja lepszym ?!?... ;-).

Po przyjeździe do Poznania przemieściłem się na lotnisko Ławica i tam... wynudziłem za
wszystkie czasy, gdyż do lotu pozostały ponad 3 godziny. Niestety na miejscu trzeba być co
najmniej na 2 godziny przed odlotem. Sensu to wielkiego nie ma, no ale cóż... Usiadłem zatem
w knajpie i chlapnąłem browara dla kurażu. Musisz bowiem wiedzieć to, że nigdy wcześniej nie
leciałem samolotem. Po przejściu tych wszystkich kontroli i nadaniu bagażu zasiadłem znowu
w poczekalni. Nie mieli pretensji do tej bomby, którą posiadałem, bo grzecznie wyłożyłem ją
 na taśmę...;-). Później przedostałem się na pokład Airbusa 320 i rozparłem się wygodnie.
Co do samego lotu, to nic nadzwyczajnego. Stwierdziłem nawet, że dobrze się ten samolot z
angielska nazywa- podniebny autobus... Jedyne co było ekscytujące, to moment kiedy pilot
poderwał maszynę z pasa i dał pełną moc silników. Wtedy był niezły kopniak przyspieszenia.
No i może jeszcze te stewardessy... takie latawice... pardon zalatane...

Po wylądowaniu na Skavsta wsiadłem do flygbussarna (autobus) i zostałem zawieziony do
T-centralen czyli dworca kolejowego. Znowu sobie poczekałem, zjadłem małe co nieco, a
następnie wsiadłem do pierońsko szybkiego pociągu, który odległość dzielącą Sztokholm
od Sundsvallu (460 km) pokonuje w 2 godziny i 15 minut. A nasze PKP... Aż szkoda
 porównywać... W środku szok- fotele lotnicze ustawione w segmenty po cztery (całkiem
jak do pokera), klimatyzacja, rolety w oknach, pomiędzy siedzeniami umieszczone gniazdka
(w sam raz na podłączenie laptopa). A jakby ktoś chciał, to można wykupić dostęp do
bezprzewodowego internetu... Podróż minęła szybko i aksamitnie - nic nie trzęsło, nie
piszczało, nie szarpało, słowem bajka nie pociąg.

Następnie miałem wsiąść do autobusu, którym zawiózł by mnie do Kramfors, gdzie mieszka
moja Siostra. Niestety nie poczekali na mnie i odjechali... Zadzwoniłem do szwagra i
poprosiłem o to, żeby po mnie przyjechał, a blisko to nie jest. Bagatela 100 km w jedną
stronę... to cecha charakterystyczna Szwecji. Powyżej linii sztokholmu, na powierzchni dwa
razy większej od Polski, mieszka zaledwie 2 miliony ludzi. Nie ma więc krajobrazu upstrzonego
miastami, tylko wszechobecne lasy.

Kiedy jechaliśmy do Kramfors miałem okazję się przekonać na czym polega kontakt z naturą.
 Wyobraź sobie, że na jezdnię autostrady w przeciwnym kierunku jak gdyby nigdy nic wylazł
łoś. Stanął na środku i niezbyt inteligentnym wzrokiem rozglądał się po okolicy. Radek
ostrzegł specjalnymi zimowymi światłami gościa jadącego z naprzeciwka i zaczął bębnić w
klakson. Łoś postał chwilę, po czym dostojnie potruchtał spowrotem do lasu...

Byłbym zapomniał wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsze bilety- na samolot, autobus z
lotniska, pociąg oraz drugi autobus zostały kupione przez internet, a ja je sobie tylko
druknąłem... Ech ta Szwecja... W Polsce jest to niemożliwe, bo poza nieszczęsnym PKP
są jeszcze Przewozy Regionalne, koleje marszałkowskie InterRegio i parę innych wynalazków.
nie dogadały się przecież nawet te firmy w sprawie tak podstawowej jak wzajemne uznawanie
 biletów... No ale dosyć porównań... bo prąd albo internet wyłączą ;-)
Po drugie pogoda. Zamiast słoty i wiatrów rodem z Polski w Sztokholmie uderzył we mnie
UPAŁ tak ze 30 stopni Celsjusza. W ogóle przez cały mój pobyt jeden dzień padał deszcz.
Tam w Kramfors było trochę chłodniej, tak gdzieś pomiędzy 18 a 22, ale najważniejsze
jest to, że świeciło słoneczko.

NOC- Kramfors leży zaledwie 500 km od koła podbiegunowego i o tej porze roku noc w
naszym rozumieniu nie występuje. Słońce chowa się za horyzont, aż na trzy godziny,
pomiędzy 00.00 a 03.00, a potem 19 godzin wędruje sobie po nieboskłonie.
Trochę to potrwało zanim do tego przywykłem. Spać nie mogłem bo było zbyt jasno...
Zgroza...;-)

DOM - ma ok 200 metrów kwadratowych. w stylu przypomina hacjendę rodem z Meksyku.
Jest pięknie urządzony (to zasługa mojej Siostry) i zmieściła by się w środku kompania
wojska. Posiada dwa tarasy z przodu- jeden na poziomie wejścia, a drugi nad nim, i jeden
z tyłu- wyjście z sypialni. Dom jest pięknie położony w pagórkowatym terenie przypominającym
norweskie fiordy. Za nim skałki, a przed nim, w linii prostej jakieś 600 metrów, urocze jezioro
polodowcowe.

GRILL- jeden był nad brzegiem Bałtyku w Rezerwacie Natury i spotkało się na nim tak ze 30
osób licząc dzieci. Był to kwiat Polonii z okolic. Naprawdę uroczy młodzi ludzie, głownie lekarze
, choć nie tylko. W razie jakby coś zaczęło boleć, to mogłem liczyć na burzliwe konsylium i
fachową pomoc...;-) Nie należało zatem wołać - czy jest na tym grillu lekarz ?!?...
Drugi grill odbył się u Siostry i Szwagra w domu. Było około 20 osób i wszyscy się pomieścili...

Polsko szwedzkie małżeństwo - dane mi było poznać wspaniałe mieszane małżeństwo.
Ewa- Polka, a jej mąż - Bengt- Szwed. Ich syn Daniel- pół na pół. Naprawdę mili i sympatyczni
 ludzie. Wyobraź sobie, że rozumieli po polsku, ale z mówieniem cienko. Bardzo mile mnie
przyjęli, jak swojego. Przyszli na kawę niby, ale na wszelki wypadek zabrali lodówkę
turystyczną pełną piwa. Długo to trwało zanim się rozprawiliśmy z tymi zapasami...
Tak gdzieś około 2 nad ranem zebrali się do domu. Postanowiłem ich odprowadzić i mieli
ze mnie wszyscy ubaw, bo okazało się, że mieszkają zaraz obok, są sąsiadami po prostu.
Wstąpiłem jeszcze na jednego i później niby to blisko było, a jednak daleko... ;-)

SZWEDZI- bardzo mili, życzliwi i zadowoleni z życia ludzie. Kiedy widzieli, że ni w ząb nie
rozumiem w ich ojczystym języku, to naturalnie przechodzili na angielski. Wyobraź sobie,
że siedzę i opalam się na tarasie. Idą jacyś sąsiedzi, którzy wcale mnie nie znają... i co
robią radośnie pozdrawiają. Szok !!!

SZWEDZKI- brzmi jakby ktoś gwoździem po szybie jeździł. W mowie kompletnie niepodobny
do niemieckiego, z którym ponoć jest spokrewniony. Jak dla mnie bardziej egzotyczny niźli
chińskie czy japońskie gdakanie. Tym bardziej podziwiam Siostrę i Szwagra, a także Dawidka,
 że zdołali się tego dziwnego języka nauczyć.

Wycieczki- dwukrotnie w rezerwacie (raz na grillu). Nad wybrzeżem Bałtyku- woda
krystalicznie czysta, plaże przeważają kamieniste. Było coś jeszcze, ale zapomniałem.

WODA- można pić wodę z kranu bez obawy o swoje życie i zdrowie. nie jest to rosyjska
ruletka jak w Polsce.

Myślę, że wystarczy na dzisiaj tych opowieści z krypty, ciąg dalszy opowieści o powrocie
"na ojczyzny łono" i koncercie Metalliki nastąpi niebawem, jak mnie wena dopadnie.
Jeśli to czytasz, to oznacza, że nie umarłaś czytelniczko/czytelniku tego długaśnego maila.
Pozdrawiam gorąco - boski jak zwykle Michał Chmielowiec vel Nergal1983 lub Antonio B."

Noo... i co sadzicie? Mnie sie juz ten kraj podoba... eee zaraz zaraz, to przeciez ja tu mieszkam :-PPP

PS. Mala korekta, znajomy zwrocil mi uwage na to,ze pociagi w Szwecji nie sa AZ TAK fantastyczne jak
moj Brat opisal :-P bo po pierwsze X-2000 jedzie ok 3h 20 min na trasie Sztokholm-Sundsvall i jest to
370 a nie 470 km.Ale i tak sa super :-) zwlaszcza jak sie porowna z tym co sie w albo z PKP teraz dzieje...