O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
poniedziałek, 28 września 2015

Wyjeżdżając z kraju, zostawiają za sobą swoją bliższą i dalszą rodzinę, przyjaciół, swój kraj, ulubione miejsca, potrawy, melodie, dźwięki - wiadomo, pragnie się mieć inne, lepsze życie. Co to dla ludzi znaczy, różni się od człowieka do człowieka. Mamy przecież różne od życia oczekiwania, marzenia, plany.

Ja miałam niesamowity komfort wyjazdu z nienajgorszą znajomością szwedczyzny, w porównaniu z moim menszem, który "zaliczył" tylko kilka weekendowych lekcji kursu rodzinnego. I synem, który jako prawie 8-latek uczyć miał się dopiero na miejscu - bo przecież dzieci uczą się błyskawicznie. Jak się potem okazało trochę schodów po drodze było, choć jakoś poszło, Ośle... jakoś poszło...

Małżonka droga bardziej się wiła, kręciła i do celu PRACA dojść nie chciała. Rozpoczęła się wkrótce po przyjeździe od kursu SFI - Svenska för Invandrare, Szwedzki dla Imigrantów przez uczestników często określania mianem Svenska för Idioten (chyba nie muszę tłumaczyć...). A powodów jest wiele. Raz, poziom kursu zależy w dużej mierze od kreatywności nauczyciela, w sąsiednim mieście z opowiadań znajomych wykładowcy się CHCIAŁO, starał się, opowiadał nie tylko o samym języku, zasadach, słówkach ale i o kulturze, zwyczajach, filmach, popularnych piosenkach. Niestety bardzo ciężko jest zawalczyć ze szwedzkimi zasadami administracyjnymi. Kurs darmowy Ci się należy, wybór miejsca poza miejscem zamieszkania już nie. A wierzcie, próbowałam. Poza tym często nauczyciel nie jest nauczycielem z zawodu i nie ma przygotowania pedagogicznego. Więc może by i chciał, ale nie umie. Nie wystarczy mówić po szwedzku, żeby szwedzkiego nauczać.

Widziałam, że w ogóle R ta nauka nie wchodzi, a to jest taki typ, że z książek wkuwać nie umie, zwłaszcza nieciekawych. Niby szło do przodu... ale w żółwim tempie.

Po ok roku SFI, bez żadnych świadczeń, przecież obywatel UE a kurs darmowy... stwierdził, że więcej z SFI już nie wyciągnie. Przyszła kolej na FFI - Företagande för Invandrare, czyli Prowadzenie Firmy dla Obcokrajowców, Imigrantów. Treściowo bez nowości. Ale językowo słownictwo, które już znał z licencjackich studiów z Polski, tylko, że po szwedzku. Nawet byłoby ciekawe. Ale teeeeeeempo znowu żółwie... Nieee żółw to sprinter... Dzień za dniem... Oczywiście w tym czasie szukanie pracy, próba sklecenia sensownego CV, okresowe obowiązkowe wizyty u opiekuna w Urzędzie Pracy, które miały służyć zaktualizowaniu informacji o R w bazie danych... a tak naprawdę pic na wodę, fotomontaż, odfajkowanie, że był...

Ale różnicą było to, że jako obywatel UE miał R prawo do bezzwrotnego stypendium z CSN, czyli od państwa szwedzkiego. Pieniądze na Szwecję nieduże, ale te kilka tysięcy sek w naszym budżecie się bardzo przydawały.

Skończył się kurs... i znów nic. Nie, że R nie szukał, wysyłał CV, aplikował. W tym czasie sporo w domu było napięć. Wydawało mi się, że za mało robi. Mądrala... sama nigdy nie musiałam szukać pracy jak on... jeszcze w obcym kraju, języku. Brak jakiegokolwiek odzewu i mizerna ilość ofert załamywała...

Chcąc iść za ciosem R chciał dostać się na jakiś kurs zawodowy na poziomie gimnazjalnym. Zawsze to fach w ręku, można próbować pracy na własną rękę, która mu przecież nie była obca. Niestety... limit kursów w Komvux okazało się, że jest, kurs dostał ale na technika przemysłu, a jaki przemysł jest w Kramfors? No i szans na pracę na swoim żadnych...

Znajomy podpowiedział, że Arbetsförmedling czyli Urząd Pracy ma kasę na niektóre kursy szkolenia zawodowe, dla osób długotrwale bezrobotnych... WRÓĆ... długotrwale poszukujących pracy - prawda, że inaczej brzmi? tak pozyyywyyyyynie... grrr... Pomyśleliśmy co może być uniwersalne... może kurs prawa jazdy zawodowego? Okazało się, że oooooowszeem... mają miejsce... w Sundsvall, 100km od nas... pomyśleliśmy, policzyliśmy... okazało się, że jakiś wkład własny trzeba wnieść ale powyżej 800sek zwracają koszty benzyny i mały zasiłek też będzie. Zapadła decyzja, próbujemy... Nie wyszło od razu, okazało się, że pierwszy kurs ze Szwedami po szwedzku, zamiast z innymi invandrare - imigrantami po łamanoszwedzku to jednak wyższa szkoła jazdy... Organizatorzy poszli na rękę, dali podręczniki, dali czas, przyszło chopu usiąść na d... i wkuwać i tłumaczyć i się starać.

A jak już w to wszedł, poszedł jak burza. Były ciężkie chwile, sytuacje w kwestii rozumienia i nadążania uratowało to, że w kursie uczestniczyła osoba niesłysząca z dwoma pracującymi naprzemiennie tłumaczami i te piekielne Szwedy musiały się STARAĆ, powtarzać i mówić extra wyraźnie, ha... A mój monsz na tym skorzystał. A co... Opanował teorie, testy już na koniec robił nie na ilość prawidłowych odpowiedzi bo miał 100% skuteczności. Robił je za czas... Praktyka szła mu też śpiewająco. Ale AŻ tak różowo nie było... potknął się...na jednym... na swojej uczciwości. Na węższym kawałku drogi inny kierowca autobysem urwał mu lusterko. No to monsz pojechał za nim. I na skręcie w lewo PODOBNO wymusił pierwszeństwo... żeby mu facet nie uciekł. Nr rejestracyjny spisał... jeden jedyny egzamin powtarzał, grrr... za drugim razem OCZYWIŚCIE zdał.

I... g...o... Po paru miesiącach jakaś praktyka... druga... trzecia... w końcu praca na zastępstwa na godziny na Poczcie przy dostarczaniu paczek i przesyłek... Nawet fajnie ilosciowo i organizacyjnie, póki Poczta była na miejscu. Potem tragicznie, jak zamknęli oddział u nas. Dojeżdżanie do Hsand, długie trasy, mało kontaktu z ludźmi, jazdy nocne... No i pojedyncze dni...

Jedną nogą już się przeprowadzaliśmy... przejął się cały mój zespół... no bo nie szefowstwo... przecież... Koleżanka odstawiła męża od łoża i powiedziała SZUKAJ!!! hehe... no i znalazł. Od lutego ub. roku z małą 3 tygodniową przerwą w styczniu monsz pracuje na produkcji, składa wentyle... Nic rozwojowo-ambitnego, nieco odtwórcze, ale jednak wymagające myślenia i kombinowania no a przede wszystkim zgrabnych rączek. Moja męcizna sprawdza się świetnie IMHO. Z kolegami sobie gada, żartuje, o Polsce opowiada... Językowo się rozwinął w mówieniu. O pisaniu nie będziemy pisać ;) tragedii nie ma, ale dobrze też nie jest...

No... tak to było... łatwo nie było... Nie jest... Pewności pracy nie ma... Umowa jest przedłużana co miesiąc i tak przez 3 lata, z wyjątkiem wakacji kiedy umowa jest na 3 czy 4 miesiące, żeby zapewnić ciągłość pracy w sezonie ogórkowym, co dla nas oznacza brak wakacji w wakacje jeszcze conajmniej przez rok... A poza tym... u mnie w pracy w ostatnich tygodniach się dzieje. Nowa szefowa, choć to na razie pozytywne i jeszcze wiele niewiadomych. I konflikt z kolegą - ta tytułowa Burza, o której jednak jeśli coś napiszę to już w oddzialnym wpisie... To mogło i wciąż może we wszystkim namieszać...

Wiecie co... Od ponad tygodnia piszę ten wpis na B... dziewczyny są już chyba na E... to ja już może to wyślę. Na razie nia mam pomysłu ani na C, ani na Ć. Więc jeśli nic nie wymyślę, ani nic nie podpowiecie następny wpis będzie na D :-) jak D................. No niiiiiiiiiiiiikt się nie domyśli...

piątek, 11 września 2015

Dalsza część projektu Alfabet Emigracyjny, wymyślonego przez Dee, z którą wspólnie należymy do Klubu Polek na Obczyznie.

Ponieważ Alfabet bazuje na polskich literkach pojawią się też wszystkie te kłopotliwe polskie literki jak Ą, Ę, Ć, Ś, Ń, Ź... O ile spółgłoski jeszcze mają szansę zaczynać jakieś słowo to każdy Polak wie, że na Ą ani Ę niczego nie uświadczymy.

Stąd tak tu jak i na moim fanpejdżu poprosiłam o pomoc. Nie będzie więc do wpis spontaniczny ale wspólny mój i moich nielicznych ale kochanych czytelników.

Ania poprosiła o moje refleksje nt. zawierania znajomości. Szwedzi jako naród na pewno nie robią wrażenie ognistych, energicznych i spontanicznych, takie można odnieść wrażenie. Można myśleć, że są zimni i zdystansowani. Na pewno są i tacy Szwedzi, ale czy nie można ich po prostu unikać? Czasami się nie da, może typowym Svenssonem okaże się szef czy szefowa, kolega z pracy, klient, pacjent. Pamiętam mensza opowieść o Szwedzie jego szefie, który z duma perorował o tym, jak to nigdy nie sluchał innej muzyki jak szwedzkiej, wszystkie maszyny, narzędzia ma szwedzkie (bo najlepsze)... nic dziwnego, ze nie zatrudnił Radka po praktyce... nie byl w końcu szwedzkie, ta... Ale zamknął się w swojej przemowie, jak go Radek zapytał czemu nie jeździ wtedy jeszcze szwedzkim Saabem ani Volvo :D

Na początku przeszkodą w nawiązywaniu znaczących znajomości był język. Od biedy starczał w moim przypadku do dogadania się ale do zgłębiania relacji już niekoniecznie. Poza tym, nie nie będę ściemniać. Po 8h w pracy gadania w tym dziwnym języku nie miałam ochoty zmóżdżać się przez kilka kolejnych.

Faktem jest też, że w przypadku Szwedów przejście a etapu dobrego wychowania i uprzejmości poprzez znajomość, dobrą znajomość do przyjaźni trwa. Bo oni przyjaźnią się z osobami, które znają od lat, z wózka lub piaskownicy, przedszkola, w najgorszym razie szkoły. W nazywaniu znajomości nawiązanych później, w wieku dorosłym przyjaźnią są nieco bardziej ostrożni. Z resztą mam wrażenie, że mimo uprzejmości i chęci pomocy, gdy ktoś o to poprosi, zabiera jednak Szwedom trochę czasu zanim dadzą się innym poznać na tyle by fajnie spędzać czas.

Kiedy zaczęliśmy kurs języka szwedzkiego nasza nauczycielka widząc zwartą grupę pod automatem z kawą w trakcie jednej z pierwszych naszych FIK czyli przerw na kawę, śmiejącą się, zawzięcie dyskutującą i poklepującą po placach była przekonana, że my się wszyscy od dawna znamy. Innym potwierdzeniem mojej teorii jest to, że po 5 dniowym wyjeździe letnim ze Szwedami nikogo nie zapoznał a po nieco ponad tygodniu w Londynie z Polakami siedzi przy komórce non stop, trzyma kontakt z kilkoma osobami a jest nawet plan powtórki z rozrywki za rok.

Przejdźmy do Pana Ąckiego lub Pani Ąckiej, kogoś, kto przyczynił się do naszego wyjazdu. Co do Pana Ąckiego będziemy mieli do czynienia z bohaterem negatywnym - tuż przed wyjazdem mój duży, silny i wielu dziedzinach życia bardzo zaradny monsz został prawie wpędzony w zaburzenia lękowe albo wypalenie zawodowe. O ile mieliśmy wiele wątpliwości, to szef formy w której monsz prawie sobie na to "zapracował" był ostatnią kroplą, gwoździem do trumny. Spowodował, że przestaliśmy się zastanawiać CZY. Zaczęliśmy zastanawiać JAK, GDZIE, KIEDY...

Panią Ącką jestem chyba jednak ja, bo to jednak był mój pomysł, mój zawód, który dał nam szansę na wyjazd z zaczepieniem. Może jeszcze C. - szefowa firmy headhunterskiej, Szwedka, która na emigrujących lekarzach i kierowcach ciężarówek zrobiła nieeeeeeezły interes. Oddaje szacunek może nie tyle jej samej co jej zdolnościom zatrudnienia odpowiednich ludzi i poziomowi kursu. Dzięki temu no i włożonej w naukę pracy nie utonęłam całkiem po przyjeździe... Ale już szczerość i otwartość nie były jej znakiem rozpoznawczym.

ZwĄtpienie... w sumie mogłoby być na końcu, jako wpis na Z... Ale potykam się o nie co jakiś czas tu na emigracji. Kiedy było na początku tak trudno językowo, kiedy Radka sytuacja była tak długo niestabilna, o czym niedługo więcej opowiem, kiedy zaczynałam robić tu specjalizację, a okazało się, że z moich najbliższych współpracowników nikt nie orientuje się, jak zastosować nowe zasady, jak zaplanować staże, gdzie można znaleźć niezbędne kursy... była to droga przez ugór. Ale dałam radę. Wiele wątpliwości było też, kiedy po ledwie półtora roku zaczynałam językowo wymagający kurs pierwszego stopnia z terapii poznawczo - behawioralnej. Potem zostawać tu na Północy czy się przeprowadzać... przeprowadzka pewnie dojdzie w końcu z różnych względów do skutku, ale jeszcze nie teraz, choć 1,5 roku temu było baaaardzo blisko.

Ja sama z mojej perspektywy wyjechałam pewnie, że też dla pieniędzy a raczej komfortu życia z jednej pracy. Ale i dla możliwości pomagania pacjentom w efektywny sposób, pracy w zespole, czasu dla pacjenta. Sens tego został zachwiany w ostatnim tygodniu, bo moja efektywność przez  została podsumowana mniejszą ilością wyprodukowanych wizyt i to z najmniej spodziewanego kierunku, od kolegi lekarza... Przez mój świat przeszło trzęsienie ziemi a do tego myślę, że jak kolega wróci z urlopu CDN i chyba będzie tsunami. Kogo zatopi? Zobaczymy...

Tyle na temat literki Ą...

B Będzie jak Będzie, haha...

---------------

Inne wpisy z Ą:

Ą jak ąę

Ą, czyli przygody z francuskĄ mowĄ, cz. 1



sobota, 05 września 2015

Z pewnym jak to u mnie bywa czasowym poslizgiem ale w checia i zapalem, ktorych mam nadzieje do konca Emigracyjnego Alfabetu mi wystarczy postanowilam zapelnic nieco swoj wolny czas i ostatnio pustawego bloga wpisami na kolejne literki alfabetu. Prawie na pewno nie znajdziecie u mnie wpisow na wszystkie literki, bo w glowie pustka i nie na kazda litere przychodzi mi cos ciekawego i emigracyjnego do napisania.

Inicjatorka projektu jest Dee z bloga Nie zawsze poprawne zapiski Dee, a blogowo/internetowo/facebookowo polaczyl nas Klub Polki na Obczyznie ofkors.

Zaczynamy?

Moze sie tak nie powinno, ale w przeciwienstwie do Dee nie mieszkam w kraju na A, nie zaczne wiec od refleksji o Szwecji, ale o sobie. Nieskromnie? Moze? Ale tej emigracji nie byloby beze mnie. Wyjazd byl zorganizowany przez firme headhunterska wylapujaca zdesperowanych i zmeczonych praca w polskim systemie SLUZBY zdrowia medykow i dentystow i po nauczeniu nas od biedy szwedzkiego/dunskiego/norweskiego rzucajaca nieswiadomych niczego dochtorow na gebokie wody Emigracji.

Wiec A jak Agnieszka - rocznik 1977 )najlepszy), urodzona i wychowana w Legnicy, Skorpionica, w dziecinstwie spokojna i posluszna kujonka, z czasem coraz bardziej poszukujaca swego miejsca na ziemi dusza, troche ryczaca jeszcze-trzydziestka, ale nie za bardzo bo nastoletniemu synowi przyklad trzeba dawac. Od gdzies tak 12-13 roku zycia wiedzialam,ze chce isc na medycyne. I poszlam. I sie dostalam, choc jako cykor wolalam wybrac dalej od domu polozona uczelnie w Bygdojszczy ;-) co mnie kosztowalo morze lez wylanych przy rozstaniach z najpierw chlopakiem, potem narzeczonym a w koncu mezem.

Na studiach szlo mi lepiej niz powinno jesli wziac perspektywe czasu spedzanego przy ksiazkach. Ale medycyna to sztuka dedukcji i kojarzenia faktow, wiec na tym bazowalam bardziej niz na 100% wykutej teorii. Po urodzeniu syna kontynuowalam nauke we Wroclawiu, potem staz podyplomowy w Legnicy.

Poza wycieczka szkolna do Wloch, wymiana licealna z niemieckimi uczniami, pobytem u chrzestnej od lat mieszkajacen w bylym RFN i wyprawa na piwo do Harrahova, nigdy nie bylam za granica. Skad wiec taki pomysl by wyjechac z Polski na stale? Jesli nasz inny projekt dojdzie do skutku dowiecie sie wiecej ale moge zdradzic, ze choc Polske kocham, mentalnosciowo nie do konca do niej sie wpasowalam i jak moja chrzestna mama i jednoczenie moster - siostra mamy, czulam, ze w Polsce sie dusze i jako obywatel i jako lekarz.

Decyzja o emigracji nie jest latwa, ten kto tak mysli i sam wyemigrowal jest szczesciarzem albo slepym glupcem ;) ten kto w kraju, powinien oczy otwirzyc i z paroma emigrantami pogadac. Kazda historia jest inna, ale tak czy siak wiele sie zostawia. My materialnie moze nie mielismy wiele, cow pewnym sensie ulatwilo nam i sam transport i juz potem zakorzenienie sie w nowym miejscy, ale to co zostawia kazdy z nas to Rodzina, znane od dziecinstwa katy, przyjaciele, znajomi... wszystko trzeba porzucic i zaczac od nowa.

W dodatku calosc pomyslu w naszym przypadku bazowala na moich barkach, na moim zawodzie, kompetencjach i oferowanej mi pracy i pensji. Chlopcy byli na przyczepke, co z jednej strony zdejmowalo z ich barek ciezar odpowiedzialnosci za powodzenie, z drugiej zwlaszcza temu starszemu wiele krwo napsulo...

What doesn't kill you - makes you stronger, spiewa wokalista naszego rodzinnie ulubionego zaspolu Metallica. I chyba moge sie pod tym podpisac. Nieraz wcale nie chcialam i czulam, ze juz dluzej nie dam rady byc silna, ciegnaca emigracyjny wozek Agnieszka, ale nie bylabym soba, upartym, walczacym, nie poddajacym sie Skorpionem, jeslibym odpuscila. Nie zaluje, dobrze sie tu czuje, tesknie, ale nie wracam, jesli zycie mnie nie zmusi, na dluzej niz na pare dni w odwiedziny albo juz na emeryturze...

Jestem teraz prawie 40-letnia kobieta, lubiaca (zwykle) siebie, bez kompleksow, z ktorymi nie daloby sie jakos zyc, zadowolona z wiekszosci zyciowych decyzji, majaca od 20 prawie lat tego samego partnera, od ponad 16lat meza i calkiem udanego i przystojnego syna, ktory spora dawke intelektu odziedziczyl po mamusi i moze, kto wie, tez bedzie lekarzem? Mam dom ze swiezo zrewitalizowanym ogrodkiem, wypasiona rodzinna prawie nowa bryke Skode Superb, ktora na trasie idzie jak zloto pod noga meza, mam drugie jezdzidelko na dojazdy do pracy, Suzuki Ignis Ignacym zwane. W domu nie brakuje milosci, czasami sa sprzeczki czy klotnie, ale na lagom poziomie (kto nie zna jeszcze szwedzkiego slowka lagom, musi poczytac alfabet dalej). W pracy mam zupelnie inny komfort pracy z pacjentem, zespol, ktory mnie wspiera, szefowa jest wlasnie nowa, wiec jeszcze zobaczymy jak bedzie. Ale tu czy gdzies indziej, w Szwecji jest taki niedobor psychiatrow, ze perspektywy mam szerokie i wlasciwie ode mnie zalezy gdzie i za ile i jak dlugo chce pracowac. Troche gorzej z praca dla meza ale i na to mamy pomysl.

Stanowczo mam wiecej rzeczy, osob, zdarzen, dla ktorych warto zyc a chwil slabosci i zwatpienia po pierwszym okresie po wyjezdzie juz coraz mniej. Nie wiem co mnie czeka, przyszlosc planujemy pare miesiecy do przodu. Choc wyjazdu ze Szwecji raczej nie przewidujemy, to juz przeprowadzke raczej tak, pewnie na poludnie albo przynajmniej do srodkowej Szwecji. Albo prace na sztafetach... kto wie...

Ale poki co do konca roku na pewno, moze do konca syna szkoly albo jej obecnego högstatiowego czyli na polski gimnazialnego etapu, jestem sobie Agnieszka z Ångermanland, dalekiej krainy polozonej 2000km od mojego rodzinnego miasta, 1100km od poludniowego kranca Szwecji, krainy tak dzikiej, odleglej jak i pieknej. Slawie jej uroki, mozecie poczytac o tym w poprzednich wpisach, m.in. w bajce o Niedziedziu i opowiesci w ramach projektu Klubu o Top 5 moich ulubionych miejsc w nowej ojczyznie. Nie zaluje, ze rzucilo mnie az tutaj, bo pewnie jak kazdy rasowy Szwed uwazalabym, ze Szwecja konczy sie na poziomie Uppsala.

Co bedzie dalej? Dalej... bedzie B ;-) chyba, ze pomozecie mi wymyslic jaki wyraz na Ą? Haha... nie no nie na Ą ale z literka Ą... Pomozecie, to cos bedzie a jesli nie to za tydzien B jak.............................................

Jak Wam sie podoba projekt?

Jesli chcecie poczytac inne wpisy wpadnijcie na bloga Dee, Anny, Francuskie Zycie, Justyny... moze ktos sie jeszcze dolaczy? Nie trzeba pisac na sile na wszystkie literki i jak widzicie nawet pisanie na okreslony dzien nie jest niezbedne. Wazne, zeby pisac z sensem i na temat :)

CU.