O autorze
KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE
++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++ ++++++++++++++++++++++++++++ free counters ++++++++++++++++++++++++++++
++++++++++++++++++++++++++++
ZAPISKI O NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU NA DOBROWOLNEJ EMIGRACJI W SZWECJI...
Kategorie: Wszystkie | Klub Polki na obczyznie | Pracowe rozwazania | Zapiski codzienne
RSS

Klub Polki na obczyznie

sobota, 15 kwietnia 2017

W Klubowej dyskusji padl pomysl, by przed dwa wiosenne miesiace (haha wiosenne... u mnie dzis padal snieg) opowiadac Wam drodzy czytelnicy o naszych poczatkach w nowy kraju. W pierwszym odruchu po prostu chcialam Wam opowiedziec o dniu kiedy z bambetlami, autem, dwoma kotam i Fordziem Mondeo przeprowadzalismy sie na nasza Polnoc. Prawie rozwodzac sie po drodze. Zaciekawieni? Jeszcze do tego wroce. Ale zanim nastapil TEN dzien byly inne pierwsze dni. Czy pierwszych dni moze byc wiecej niz jeden? Wg mnie moze ;)

Pierwszy pierwszy dzien to pewien chlodny, pieknie zimowy, grudniowy dzien Roku Panskiego 2007, 9 miesiecy przed dniem ostatecznej operacji P jak przeprowadzka. Dzien kiedy wraz z grupa lekarzy zwerbowanych przez Paragone i ich drugimi polowkami pierwszy raz w moim ponad 30-letnim zyciu polecialam samolotem, nie tylko jednym ale nawet dwoma do Szwecji.

Czemu dwoma? Nooo bo to w p....du daleko mili Panstwo, haha, z czego dzieki samolotom nie do konca wtedy zdawalismy sobie sprawe. Wieczorem jedna hopka z Okecia na glowne lotnisko Sztokholmu Arlanda, potem przygoda z udzialem kierowcy busa (ktorego w stolicy teoretycznie nie mialo prawa byc bo jako jeden z niewielu Szwedow - nie mowil plynnie po angielsku a my wtedy jeszcze nic a nic po szwedzku i tak to wywiozl nas do nie tego hotelu zawierajacego w nazwie slowa klucz Hotell Arlanda... w ten to sposob szybiutko dowiedzielismy sie, ze wokol lotniska jest tych hoteli kilka... budynki nam sie nie zgadzaly, podejrzenia wzbudzily male domki zamiast nowoczesnego budynku ze stali i szkla,  na szczescie obsluga hotelu jezykiem Szekspira juz operowala, dogadalismy sie, zetknelismy ze szwedzka checia niesienia pomocy i wlasciwy bus sprawnie zabral nas do naszego hotelu)... Kolacja, dlugie wieczorne Polakow rozmowy. I kolejnego ranka, juz duzo mniejszym wirnikowym samolotem hopka druga, polecielismy na pln Szwecji - gdzie wielu Szwedow z poludnia nigdy nie postawilo i nie postawi swoich stop w eleganckich miejskich bucikach ;)

I tak to za moj drugi pierwszy dzien w nowej Ojczyznie uznaje pierwszy dzien w Norrland. Bo to jednak jest inna Szwecja. Niby w srodku tego dlugiego kraju a jednak juz traktowana jako gleboka polnoc. Spedzilismy w niej za pierwszym podejsciem cale/tylko 24h i byl do bardzo, bardzo intensywny dzionek. Postanowiono zadzialac psychologicznie, zachwycic nas i zakwaterowano nas w hoteliku mysliwskim na gorze Hallstaberg, wystrojem rodem z PRL... a nieee to nie ten kraj, ale lata 80-te, za to z tzw widokiem.

Pora roku idealna, grudzien, juz adwent z wszystkimi swiatelkami w oknach, okolica pieknie osniezona jeszcze wciaz stosunkowo niewielka iloscia pieknego, bialego, czystego puchu, ktorego w grudniu kazdy Polak jest spragniony. Snieg skrzypial pod stopami, policzki zarozawial lekki mrozik. Obwieziono nas po okolicy, pokazano szpital, w ktorym kilkoro z nas mialo pracowac, zaproszono na spacer i obiad. W miedzyczasie maglowano nas na tzw jobbintervju czyli rozmowach o prace. Wieczorem moglismy z gory podziwiac swiatla miasta.

Jakie uczucia towarzyszyly nam tego dnia? Zadza przygody,  chec zmiany, zaciekawienie, troche rywalizacja, bo na 2 miejsca zaprosili 4 lekarki, ale i przerazenie, bosz gdzie my jestesmy. Ale ludzie wygladali calkiem normalnie, co prawda mowili w dziwnym, niezrozumialym jezyku, ale z wiekszoscia (poza wspomnianym arlandzkim kierowca) dalo sie pogadac... Wiedzili co robili, zauwazyli miete miedzy mna i Niamka i to nam dwom zaproponowali te miejsca w pierwszym podejsciu... Mysle, ze nasza rodzaca sie przyjazn ulatwila nam podjecie decyzji o przyjeciu tej dalekopolnocnej propozycji i przyczynila sie do tego, ze wciaz jeszcze tu obie po ponad 8 latach jestesmy. Jeeeszczeeee...

Pierwsze 6,5 miesiaca spedzilysmy jednak wspolnie w szkolnej lawie, kujac szwedzki i z czasem coraz lepiej rozumiejac przynajmniej podstawy tego dziwnego jezyka, zlepka wyrazow i zasad gramatycznych podobnych do niemieckiego, z domieszka angielskiego... Potem czekalo nas zapakowanie calego, moze niezbyt rozleglego ale jednak dobytku w worki, kartony i pudelka. wspomniany wyzej Mondzio mogl pomiescic tylko nas, koty, troche ubran i drobiazgow. Na szczescie wiedzielismy, ze w wynajetym na odleglosc mieszkaniu czekaly na nas podstawowe przynajmniej meble i sprzety (ktore okazaly sie byc w calkiem niezlej kondycji i 2 lozka z tychze wciaz sa z nami)...

Jak wyjezdza sie z kraju z zamiarem nie wracania na stale juz nigdy? Trudno. Pewnie nie tak trudno jak Ci co musieli uciekac czy dostawali bilet z jedna strone bez powrotu i mozliwosci kontaktu z Rodzina. Ale i tak latwo nie bylo. Pozbylismy sie czesci sprzetow, ubran, drobiazgow (wyrzucenia drucikow, srubek, gwozdzikow Radek dlugo nie mogl odzalowac), przesortowalismy ubrania. Byla okazja oddania malych dzieciecych ciuszkow i zabawek, z zalem w sercu, bo wtedy jeszcze marzen o drugim dziecki calkiem nie porzucilam... Byla tez gdzies gleboko w sercu swiadomosc, ze choc chcielismy tego uniknac to od czegos uciekamy. Od sytuacji w Polsce, politycznej, z sluzbie zdrowia, w korporacjach...Od brania kredytu we frankach na wiele lat na M3 w Legnicy. Pewnie na swoj sposob tez i od tego miasta, w ktorym sie wychowalismy i znalismy jak wlasna kieszen, ale ktore jako strefa komfortu, z rodzina w poblizu na dobre i zle, jednak nas hamowalo i ograniczalo. Od pracy 12h na dzien i w wielu miejscach. Ale mielismy i nadzieje. ze jedziemy do czegos innego, lepszego, jasniejszego, radosniejszego, bardziej swobodnego.

Ile emocji nami miotalo, niech swiadczy wspomniany prawie-rozwod. Oczywiscie dramatyzuje troche. Kazdy kto spotkal nas choc raz na zywo pewnie wie, ze z nas takie troche wloskie malzenstwo. Kochamy sie jak wariaty, klocimy jak idioci. Okazalo sie bowiem, ze Radek wyraznie zle znosi bujanie. Mial okazje przekonac sie o tym przy swojej pierwszej w zyciu podrozy promem. Co prawda aaaaaz taaaaak nie bujalo, ale wystarczylo by oddal co w zoladku mial wielokrotnie.

Po 19h na promie zjechal wiec z niego glodny i zmeczony. A facet glodny to facet zly. Okazalo sie, ze do samego Sztokholmu brak restauracji czy nawet stacji z obsluga (potem ta droge poszerzyli i podwyzszyli standard i teraz mozna juz cos zjesc), poza tym dla nas, przyzwyczajonych do kakofonii barw przydroznych tablic i reklam w Polsce, znak drogowy ze za jakies 500m bar, restaruacja czy zjazd na stacje, skutkowal tym ze ziuuuu wlasnie minelismy wlasciwy zjazd.

Zycie moje i nasze malzenstwo warczace uratowala w koncu stacja po jakis 100km od promu i juz kawalek po przejechaniu Sztokholmu, z korv med bröd, zwyklym hotdogiem, ciepla parowa, tu zwana kielbaska z bulka (korv med potatismos nie wzielismy bo jeszcze nie wiedzialam, ze mos to po prostu mus czyli puré ziemniaczane, haha, bulka byla jednak wersja bezpieczniejsza i znana), ktorej nie udalo nam sie ominac. A potem kochany przez nas wciaz miloscia wielka Max, czyli szwedzka hamburgerowania w stylu Mac Donalda,ale z duzo bardziej miesnymi i smacznymi bulami. Po wyrownaniu poziomu glukozy i cholesterolu we krwi moglismy kontynuowac nasza pielgrzymke na gore czyli Polnoc Szwecji,jeszcze przez wieeeele wieeeele godzin.

Trzeci pierwszy dzien spedzilismy wiec po zjezdzie z promu glownie siedzac na tylkach w samochodzie. Pod wieczor uszczesliwieni zastanym wyposazeniem usiedlismy przy stole zjesc kolacje a potem na kanapie, w naszym wynajetym, 3 pokojowym, czystym mieszkaniu z lazienka (choc w szwedzkim standardzie linoleum i biale proste kafelki na scianie) bez grzyba i ogormna iloscia metrow kwadratowych.

Razem bylismy gotowi na rozpoczecie operacji Podbijanie Krainy Wikingow ;) ktora nieustannie kontynuujemy i ktora przynajmniej w czesci jest opisana wlasnie na tym blogu...

Jesli macie ochote poczytac opowiesci innych osob z Klubu, zapraszam po linki na nasza strone klubowa.

niedziela, 09 października 2016

Jako, że od wielu wieeeelu miesięcy o ile nie lat ogarnęła mnie ogromna niemoc twórcza - wpisów na tym moim blogu tyle, co na lekarstwo. Nie zdziwicie się więc chyba tym, że piszę dla Was znowu w ramach projektu KLUBU POLKI NA OBCZYŹNIE. Tym razem jesiennego, pażdziernikowego  Nie głosowałam na ten temat, bo jakoś nie bardzo go czułam. Ale na naszym klubowym forum podyskutowałyśmy, dziewczyny rzuciły przykładami i podjęłam decyzję - piszę.

Wybierając termin nie do końca udało mi się zrobić to strategicznie, haha. W zeszły przedłużony
urlopem weekend byliśmy bowiem na 3-dniowym wypadzie w Polsce, w Legnicy m.in. na spotkaniu sporej części mojej klasy licealnej w 20 lat po maturze. Było szybko, intensywnie ale przyjemnie aż do wtorku wieczorem i powrotu do domu. No i w środę do pracy, oczywiście... A jak się jest najważniejszym bo i jedynym stałym psychiatrą w komunie czyli tutejszej gminie, są takich nieobecności bolesne konsekwencje. Okazało się więc, że czekają już na mnie tupiąc nóżkami ogromne administracyjne zaległości, które po 3 dniach pracy z ok. 4h nagodzin odrobiłam w może 90%. Weekend więc mimo dyżuru pod telefonem jawił się jako
czas na odpoczynek, nadrobienie obowiązków domowych i rozpoczęcie pakowania - bo za tydzień wyjezdżam z domu, najpierw na tydzień sztafety a potem 2 tygodnie wakacji pod palmami...

No ale cóż słowo się rzekło, kobyłka u płota. Trzeba popisać. Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytacie o moich 5 ulubionych, najważniejszych dla mnie w życiu, czasie i przestrzeni miejscach... Będzie dużo miodku, mała łyżka dziegdziu pod koniec, za który mam nadzieję, nie dostanę po głowie... Prześledziłam w tzw. międzyczasie wcześniejsze wpisy, które znajdziecie na BLOGU KLUBU jak i na naszym FUNPAGE jestem więc gotowa rozpocząć.

MOJE MIASTO RODZINNE - LEGNICA

Na czoło listy miejsc wysunęło się to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło i szkoła i miłość do zawodu lekarskiego i miłość mojego życia i rodzina i dziecko... LEGNICA. Moje, nasze miasto rodzinne. Co prawda w naszej małej rodzinie tylko ja urodziłam się w tym mieście, moi Panowie z powodu różnych okoliczności życiowych na świat przyszli we Wrocławiu – ten duży i w Lubinie – ten nieco mniejszy. Ale to tu wszyscy aż do podjęcia decyzji o emigracji żyliśmy i budowaliśmy swoje osobowości, najpierw osobno, potem razem - we dwoje i w końcu we troje.

Kiedyś wydawało mi się, że Legnica jest ogromna, z czasem i odwiedzonymi różnymi miejscami na świecie, zmalała. Kiedyś szara, socialistyczna, pełna radzieckich żołnierzy, podzielona murem na strefę dla nich i ich rodzin i dla Polaków. Kwadrat opustoszał, ludność miasta zmniejszyła się chyba o połowę, pojawiła się wolność a z nią kolorowy odnowionych kamienic, szkół wyższych, świat supermarketów i galerii handlowych. Niestety z powodu bezrobocia i trochę braku perspektyw ta jej nowa, może ładniejsza strona nie dla wszystkich jest dostępna. Wielu młodych wyjeżdż w Polskę lub w świat, jak my, szukać szczęścia.

Lecz choć życie w Legnicy na codzień łatwe nie jest to jednak jako emigranci wiadomo, mamy wszyscy sentyment do tego miasta. Ja osobiście nieraz tęsknie za nim... i za każdym razem jak tam jestem czuję się, jakbym wróciła do domu. Miasto żyje, zmienia się ale wciąż znajduję stare, znane, wielokrotnie widziane kąty, uliczki, moje szkoły, park, dom rodzinny, dworzec, zabytki. Ze wzruszeniem oglądam filmy dziejące się w moim mieście jak Mała Moskwa czy odcinki kręconego na Dolnym Śląsku serialu kryminalnego Komisja Morderstw

RODZINA i DOM

Skoro miasto rodzinne jest ważne, to i RODZINA. A jeśli rodzina, do ważny jest dla
mnie DOM naszej rodziny. Miejsce gdzie mieszkamy, jesteśmy razem w moim Menszem i Synem.

Na początku, po ślubie mieszkaliśmy na szczęście od razu razem i sami, choć nie do końca na swoim a w mieszkaniu pożyczonym od Brata mojego Mensza. Najważniejsze było, że mogliśmy uczyć się siebie niezakłócani wtrącaniem się eeee... to znaczy zawsze dobrymi radami Rodziny.

W 2007 nastał przełomowy moment, gdy poczuliśmy, że albo musimy się zafrankować i kupić własne 4, 8 czy 12 kątów albo jedziemy szukać szczęścia w nowym miejscu, za granicą. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o wynajęte mieszkanko w Warszawie w bloku z 15 latkami i 10 piętrami oraz pełną anonimowością mieszkańców, brrr... Nie chciałabym mieszkać tak na stałe, szczerze współczuję tym, którzy nie mają wyboru.

W końcu nastąpiła przeprowadzka i niecały rok mieszkania w wynajętym mieszkaniu na obczyżnie. Ciepłe, suche, świeże, duże. Własna sypialnia z łóżkiem małżeńskim, pierwszy raz w naszym związku.... Pewnie zostalibyśmy w nim dłużej, gdyby nie jego położenie w miejscu o bardzo ograniczonym dostępie do światła i słońca nawet w środku lata no i dostępem do sygnału z satelity z polską tv było kiepsko. Haha żartuję, to były tylko elementy dodatkowe.

Tak naprawdę chcieliśmy w końcu mieć coś swojego, własnego, dom, miejsce do wychowywania dziecka, a nawet wtedy jeszcze wciąż będących w planach dzieci, miejsce do biegania dla kotów, do życia, imprez, grillów, badtunny - po prostu DOM przez duże D.

Zakochałam się w naszym domku od pierwszego wejrzenia i choć był dla nas troche za duży i za drogi, był nasz po licytacji i podpisaniu umowy już po 4 miesiącach od pierwszego w nim kroku. Jest z nim dużo przestrzeni, powietrze. Nigdy nie sądziłam, że będę się tak dobrze czuła w jasnych wnętrzach – ścianach pokrytych bieloną boazerią i szarymi tapetami. Styl skandynawski w kraju dającym dużo mniej słońca i światła niż Polska ma swój sens i niewątpliwe zalety.

Dom jest świetnie położony, słońca jest maksymalnie jak dużo się da w tym kraju i tej jego części, jest ciepły, przytulny, nasz. A od remontu po porzaże ma też piękny, efektywny i efektowny kominek, grzejący nad od października do maja a czasami nawet i czerwca ;-)

Nie wiem czy zostaniemy tu do końca życia, pewnie nie, ale jestem szczęśliwa, że go teraz mamy. A gdzie nas los kiedyś za parę może lat poniesie? Zobaczymy. Może będzie to znowu dom? A może mieszkanie – wtedy koniecznie z dużym balkonem, tarasem, chętnie też zaszklonym albo małym ogródkiem i do tego by kontakt z przyrodą mieć koniecznie kamper, nasze marzenie, które może już za rok się sprawdzi???

ROTSIDAN

Skoro wspomniałam o kontakcie z przyrodą kolejnym moim ulubionym miejscem, moim smultronställe jest ROTSIDAN, o którym już nie raz i nie dwa tu na blogu wspominałam.

Polska jest bardzo piękna, Pieniny, Karkonosze, Bałtyk i nasze piękne plaże, Mazury i jeszcze więcej. I polskie miasta – kocham odwiedzać Wrocław, Trójmiasto, Kraków. Wiecie, ze wsi szwedzkiej do polskiego miasta, imprezka, zakupy, miooooodziooo.

Jednak moje serce po przyjeździe do Szwecji skradły miejsca tutaj, bo przyroda jest tu niewyobrażalnie dzika i piękna. A ja przy mojej pracy, gdy nieraz słyszę bardzo smutne, tragiczne, trudne historie moich pacjentów potrzebuję się od czasu do czasu odnaleźć na nowo w spokoju i uroku Norrland.

Jakieś 4 lata temu odkryliśmy właśnie Rotsidan (opisaną m.in. we wpisie Klubowym o 5 moich ulubionych miejscach w Norrland) - naszą perełkę. Rezerwat natury z piękną, dziką, kamienną plażą na tymże samym co polskie plaże Bałtykiem.

Jest niby blisko jednak nie mogę tam jeździć w te weekendy gdy pracuję z domu pod telefonem, bo zasięg pojawia się i znika. A baaaardzo bardzo szkoda. Bo ostatnio pracowałam tak prawie co 2 weekend. A teraz już jesień i Rotsidan przez pół roku będzie niedostępne... Prawie wszyscy nasi znajomi ulegają urokowi tego miejsca. Jego spokoju, pustki, bliskości żywiołow, skały, wiatru, wody. Ech. Byle do wiosny, jak śniegi stopnieją i będzi można pojechać z termosikiem, kocykiem i leżaczkiem. Z mężem i z synem i z każdym odwiedzającym nas na dłużej kolegą, koleżanką czy przyjacielem/przyjaciółką/przyjaciółmi. Zapraszam wszystkich Was moi niezbyt liczni czytelnicy, jeśli wybierzecie się do mnie między wiosną a jesienią, postaram się Was tam zabrać...

WAKACJE - WYSPY ZE SŁOŃCEM

Takie małe chwile relaksu od codzienności są ważne, ale sami na pewno wiecie, jak ważne są chwile całkowitego oderwania się od niej, odreagowania, życia w zwolnionym trybie. Mówię oczywiście o urlopie, wakacjach. Kiedyś moim absolutnie ulubionym miejsce wakacyjnym było polskie morze, polskie plaże, woda, słońce. Niestety istnieje spore ryzyko, że zamiast ciepła i słońca Bałtyk zaoferuje wiatr, deszcz, zimno.

Dlatego choć plaża i woda zdecydowanie pozostały moim ulubionym sposobem spędzania wakacji to od kilku już lat ulubionym miejsce som cieplejsze wody i piaski Wysp Kanaryjskich. Pierwsze było Lanzarote, wulkaniczne, z kosmicznymi krajobrazami, potem już 2x Gran Canaria z nieco bardziej skomercjalizowanym Playa del Ingles (ale jak się na codzień mieszka na dalekiej północnej szwedzkiej wsi, komercja przez 2 tygodnie wakacji jest mile widziana) i wreszcie w czerwcu piaszczystna, wietrzna Fuerteventura.

Za niecale 2 tygodnie będzie powtórka z Gran Canaria po raz trzeci i mam nadzieję, że będzie równie słonecznie i ciepło jak zawsze a ja, odżywająca w takich warunkach klimatycznych rozkwitne i będę świecić światłem własnym cały ponury i ciemny listopad i grudzień, choć ten ostatni będę konkurować z julstake i choinką.

ŚWIAT WIRTUALNY

Takie czasu przyszły, że oprócz realu mamy też od wielu lat coraz powszechniejszy i częstszy a i również czasochłonny dostęp do świata wirtualnego. Jestem na Fejzbuku, tak prywatnie jak i blogowo, na Instagramie. Ale to nie o tych miejscach chciałam Wam napisać

Ostatnim, ale wcale nie najmniej waznym miejscem, stał się dla mnie w ciągu ostatnich lat Klub Polek na Obczyźnie. Najpierw powstał blog, potem lista mailingowa a w końcu z potrzeby kontaktu urodziła się grupa dyskusyjna na facebooku, w której są tylko osoby będące członkami grupy, więc  niestety nie mogę Was tam zaprosić. Ilość osób w Klubie się rozrosła do prawie 300, w tym mamy jednego aktywnego męskiego rodzynka, pięknie potrafiącego w sobie tylko znany sposób rownoważyć nadmiar kobiecych hormonów.

Klub powstał dzięki kilku dziewczynom, pomysł był z początku bardzo twórczy, z ambicjami - bo na blogach własnych Klubowiczek pojawiały się i pewnie będą pojawiać wpisy na rzecz Klubu, moje >>zapiski szwedzkie<< utrzymujący przy życiu, choć i tak w stanie niemal agonalnym... a na blogu klubowym nieraz pojawiały się ciekawe wpisy. Z czasem ta część działalności Klubu chyba trochę przywiędła i zdecydowanie zrobił się bardziej klub dyskusyjny na fejsie.  

Jestem na tej naszej wewnętrznej grupie codziennie, mniej lub bardziej aktywnie. Tematy są różne, z każdej możliwej dziedziny. Dyskusje bywają i budujące i bardzo burzliwe, choć starałyśmy się unikać tematów drażliwych a raczej koncentrować się na tym co nas łączy, na doświadczeniach emigracyjnych, smutkach i radościach dnia codziennego czy naszych pasjach. Wiele dziewczyn aktywnie pisze na swoich blogach, dzieląc się linkami.

Poznawałyśmy się wzajemnie coraz lepiej przez te 2 lata, śledziłyśmy wzajemnie blogi, siebie, swoje rodziny.Kilka tygodni temu odbył się pierwszy duży zjazd Klubu pod Paryżem, z ogromnym żalem nie wzięłam w nim udziału a przez cały czas na całym świecie odbywają się spotkania mniejsze i większe członkin i członka Klubu.

Chyba jest to gdzieś człowiekowi potrzebne by być członkiem jakiejść grupy, społeczności z elementem wspólnym, łączącym wszystkich, tak jak nas wyjazd z kraju i zmaganie się z trudami i radościami aklimatyzacji na Obczyżnie. Każda grupa ma swój cel i czas.

Tu przejdę do części, która jest dla mnie trudna do napisania. Niestety czuję, że muszę, inaczej się uduszę. W ostatnich tygodniach w Klubie powiał bowiem wiatr zmian a raczej właściwie powrotu do korzeni, który zachwiał nim w posadach. Kilka osób w pocie czoła przez kilka dni czy nawet tygodni przygotowywało nowe logo, nowy design strony, wzięło się za aktywizowanie kanałów komunikacji społecznej, Twittera, Pintresta, Instagrama, Facebooka i wreszcie kanału na Youtube. Jeśli jeszcze nas nie obserwujecie zachęcam, bo przez Klubem wiele interesujących projektów.

Ten wiatr jednak spowodował sporo zawirowań w naszej wcześniej zwartej i lubiącej się grupie. Gdzieś w gorączce ulepszeń zgubił się fajny klimat i spójność. Pojawiły się osoby mające mniej i bardziej rację. Niektóre osoby są 100% pewne, że to zmiany tylko na lepsze i robione we właściwym czasie i w dobrym trybie, osoby zaangażowane i ambitnie podchodzące do zadania i te bardziej niepewne, jakby zmianami, ich tempem i trybem przestraszone i chyba przede wszystkim trochę zagubione podejściem, że albo jesteś za zmianami i ambitnymi celami, albo nie musisz z nami dalej być.

Pojawiły się jakieś takie niezbyt sympatyczne wpisy, dziwne komentarze, krzywdzące IMHO opinie, np. że ktoś na Klubie promuje swój blog i siebie niewiele daje dla Klubu. Dlaczego uważam, że krzywdzące? Bo ja osobiście jak widzicie wypisałam się, nie miałam też nigdy ambicji edukacyjnych i pisząc dla ostatnio praktycznie tylko w projektach Klubu, starałam się go wśród mojej wąskiej grupy czytelników promować raczej, niż siebie promować na plecach Klubu. I dalej by tak pozostało nawet jeśli z Klubu zniknę, nawet jeśli dojdę ostatecznie do wniosku, że mi z nim już nie o drodze. Niestety blisko mi do tego, bo raz, że osoby, które lubię i cenię odchodzą lub odzywają się pisząc, że to mocno rozważają. A dwa bo nie po to czas angażuję w tę grupę, by się tam z kimś kłócić czy udowadniać cokolwiek. 

Okazało się, że dynamiczny, rozgadany Klub fajnych kobitek i rodzynka, podmuch zmian może zmieść a przynajmniej nadwyrężyć... Nie wiem, czy za napisanie o tym w tym wpisie mi się po  łebku nie dostanie. Ale ryzyk fizyk, kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Uważam, że o sprawach trudnych warto pisać, dyskutować, rozmawiać ale z rozsądkiem i szacunkiem dla różnych poglądów i oczekiwań. Albo by znależć inne rozwiązanie, albo by zmienić zmiany tak by były lepsze i dla wszystkich. Tego mi ostatio zabrakło... ale nie tracę jeszcze nadziei.

Klub to nie miejsce sensu stricte. Klub to grupa niesamowicie wartościowych indywidualności. Choć wymyśliło go kilka osób i teraz kilka czy może kilkanaście ma piękne, ambitne, godne pochwały plany go zmieniać, ulepszać, rozruszać, otworzyć na świat zewnętrzny, to jego zrąb tworzą nie tylko te osoby ale wszyscy inni aktywni w nim ludzie, ze swoimi historiami, doświadczeniami, mądrością i głupotą.

Chiałabym, by ta tak bardzo ważna dla mnie lokalizacja wirtualna była znów i wciąż spokojna i pełna szacunku i pokory w dobrym rozumieniu tego słowa, po szwedzku użyłabym słowa lyhörd, co oznacza umiejętność słuchania innych, bycia nawet w emocjach wciąż wrażliwym na to co inni robią i mówią, jak odbierają to co się dzieje, jakie mają związane z tym refleksje, nawet jeśli samemu uważa, że ma się rację w tym co i jak się dzieje...

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Czy przyjaźnie zawarte w Polsce mają szansę przetrwać emigrację? Czy będąc w obcym kraju łatwo się zakolegować i znaleźć bratnią duszę? Czy warto szukać wśród Polaków, czy lepiej otworzyć się na „tubylców? Na te i inne związane z przyjaźnią pytania, odpowiadamy w ramach wiosennego projektu PRZYJAŹŃ ja i moje koleżanki z Klubu Polki na Obczyźnie. 

Pisanie Alfabetu mojej Emigracji idzie mi jak po grudzie. Pomyślałam sobie, że nie aż tak wielkie znaczenie ma zachowanie kolejności literek. Prawda moi nieliczni aczkolwiek mimo niewielkiej liczby niesłychanie ważni czytelnicy? W ciągu kwietnia i maja piszemy o P jak Przyjaźń... Pomyślałam, że upiekę więc 2 pieczenie na tym ogniu i będzie to równocześnie wpis alfabetowy. Ale nie martwicie się, nie będę się nudzić, bo postanowiłam zrobić sobie 2x więcej roboty i ten wpis jako pierwszy a może i jedyny na tym blogu napisać w 2 językach, po polsku i szwedzku. Tylko takie rozwiązanie wydawało mi się fair bo mam w planach napisać słów parę nt. kilku osób po polski nie mówiących więcej niż kilka słów, wśród nich nasze imiona i k...a eeee no bo po szwedzki to zakręt ;) (wpis po szwedzku pojawi się w ciągu tygodnia, mam nadzieję, bo już i tak wpis po polsku będzie 2h spóźniony...)

Jacy byśmy nie byli jako ludzi, odważni i przebojowi jak jedna z moich przyjaciółek na emigracji, o której za chwile opowiem, czy spokojni i raczej obserwujący większe grupy zanim się zaprzyjaźnimy, jak ja, tak czy siak większość z nas lubi innych ludzi, spędzanie z nimi czasu, rozmowy, plotki, żarty, wspólne picie kawy/wina/wódki/wody...

W Polsce mieliśmy sporo wspólnych znajomych z mężem. Jesteśmy ludźmi, którzy odżywają spotykając się z innymi. Wśród nich 2 pary, które są lub były nam bliższe i które określiłabym jako przyjaciół.

Jedna para to moja przyjaciółka z czasów studiów i jej kiedyś chłopak, narzeczony a w końcu mąż. Był czas, kiedy byłyśmy sobie bliskie. Niestety... proces oddalania się zaczął się jeszcze kiedy mieszkaliśmy w Polsce. W końcu od momentu jak zaszłam w ciążę i zmieniłam uczelnie dzieliło nas jak kiedyś mnie i męża ponad 300km. Niby nic, a jednak, w Polsce ta odległość znaczy dużo. Co prawda z mężem widzieliśmy się co 2 tygodnie, ale ciągnęła nas miłość, przyjaźń daje nieco mniejszą siłę przyciągania. Zwłaszcza jak się zakłada rodzinę, zaczyna wyżej stawiać życie rodzinne, nie ma się dobrego auta ani za wiele kasy. A to zrobiliśmy najpierw my a potem oni... To jeszcze nie były czasy powszechnego internetu a na pisanie listów czasu nie było. Próbowaliśmy jednak ta przyjaźń podratować poprzez dzieci i dla dzieci... niestety oddaliły i oddalają nas rożnie podejście do życia, oczekiwania i sposoby na szczęście.

Jednocześnie to coś, co kiedyś nas z A. do siebie przyciągnęło, jest wciąż obecne... więc kiedy się raz na rok spotkamy czyt. w ostatnich latach głównie jeśli my zajedziemy do nich... to jednak gada się milo... wciąż mamy wiele wspólnych tematów, ona też jest lekarzem, jej pacjenci dermatologiczni nie raz i nie dwa mają problemy psychiatryczne, okazuje się więc, że zawodowo też nas sporo łączy... Zawsze można rozmawiać o dzieciach, wyjazdach... Choć oni, oboje lekarze, są bardzo zapracowani, zajęci modernizowaniem i remontowaniem domu... zachwyt w nich w trakcje jedynej wizyty u nas wzbudziło nasze ulubione, ciche miejsce - kamienista plaża Rotsidan...

Niestety A. nie używa praktycznie mediów społecznościowych, Skype, rzadko pisuje maile. A to powoduje, ze zwłaszcza odkąd się wyprowadziliśmy praktycznie już w ogóle nie uczestniczymy w naszej wzajemnej codzienności. A to nie sprzyja bliskości, nad czym ubolewam. Bo mam wrażenie, że przy rozjechaniu się planów i oczekiwań mogłaby nas zbliżyć codzienność...

Są jednak pewne wyjątki, potwierdzające tą regułę, że to wspólna codzienność łączy...  Mamy bowiem jeszcze jedną parę przyjaciół, z którymi czujemy bliskość i pokrewieństwo dusz, mimo, że też mało (zdeeecyyydowanie za mało, ale ten czas i życie i obowiązki...) uczestniczymy wzajemnie w swojej codzienności i choć dzieli nas jeszcze większa odległość. Bo kiedy my pakowaliśmy nasz dobytek w worki, wstawiane na strych i częścią klamotów przenosiliśmy się na mój półroczny kurs szwedzkiego do Warszawy - oni właśnie rozpoczynali też życie na innej, ale też Obczyźnie. W Wlk. Brytanii... I myślę, że to jest częściowo wyjaśnienie tego fenomenu naszej wciąż żywej przyjaźni - koleje życiowe, oczekiwania, podejście...

M. poznałam tuż po tym jak sama zostałam mamą i szukałam zaciekle znajomych z dziećmi. Same jeśli macie dzieci albo właśnie ich nie macie wiecie jak to jest, jak zostajecie mamami vel Wasze znajome nimi zostają a Wy jeszcze nie jesteście na tym etapie, nie lubicie dzieci, nie chcecie ich mieć. Ja w moim ówczesnym towarzystwie przecierałam pieluszkowo-kolkowo-ząbkujące szlaki. Czułam, że koleżanki z czasów przeddzieciowych  zanudzę lub zamęczę a choć Broń Boże nie chciałam rozmawiać tylko o tym, to jednak możliwość podzielenia się też tymi radościami i troskami życia młodej mamy i świadomość, że rozmówczyni słucha ze zrozumieniem i może nawet sama przeżywa coś podobnego jest niezastąpionym wsparciem. Te ciepłe uczucia połączyła mnie i M. mocnymi więzami od początku, od chwili kiedy mały Dawid wczepiał się małymi paluszkami w jej długie blond włosy a jej córeczka I. jeszcze kopała w brzuchu.

Na szczęście nasze chłopy się polubiły, dzieci dawały się od czasu do czasu ogarniać i spotkań trochę było. Potem nie mogąc znaleźć jakiejś rozwojowej pracy w kraju, mąż M, też M. wyjechał. Najpierw pomagał w remontach, potem dostał pracę w swojej komputerowej branży. I żona, zatwardziała wielbicielka romanistyki, ręcyma i nogami broniąca się przez przekwalifikowaniem na nudną anglistkę w końcu po wielu miesiącach rozstań i powrotów (które znów nas zbliżyły, bo przecież i my "zaliczyliśmy" okres rozłąkowy wieloletni) dała się namówić na wyjazd. Zostawili kupione za kredyt we frankach mieszkanie pod opieką rodziców i zaczęli żywot emigranta.

Po raz kolejny wspólnota przeżyć i myśli wzmocniła naszą więź. Oczekiwania, marzenia, plany, zawody, rozczarowania, walka z nauką języka, z poznawaniem obcego otoczenia, z uczeniem się życia od nowa... przechodziliśmy to prawie równolegle i choć inaczej to jednak podobnie. W tym okresie często refleksje M. w mailach czy na Skypie pomagały mi lepiej zrozumieć uczucia i odczucia mojego męża. U nas to ja byłam stroną pracującą, intensywnie uczącą się języka, zanurzoną w szwedzkości bo dziurki w nosie i do wyrzygania, na dobre i na złe bo też cały ciężar odpowiedzialności spoczywał na mnie, ode mnie zależało powodzenie misji E jak Emigracja.

Bywało, że miałam tego dość, chciałam, żeby wszyscy dali mi święty spokój, bym mogła schować się do mysiej dziury i pozwolić przejąć ster facetowi... pragnęłam by mi ktoś dał pobyć biedną, słabą kobietką. U nich to facet ciągnął wózek a to M. przeżywała frustracje bycia stroną słabszą, zależną, niesamodzielną, usiłującą pokonać barierę językową i szukającą pracy. Otwierała mi oczy, gdy te się zamykała, dodawała mi i  ja mam nadzieję jej czasami też, sił i zapału i pomagała walkę w pojedynkę z oporem materii zamienić we wspólne rodzinne podróżowanie po lepsze życie.

Oczywiście miewamy słabsze okresy. Jak teraz, kiedy ostatnio widzieliśmy się w M. przy okazji naszego rodzinnego, krótkiego pobytu we Wrocławiu (i oczywiście było jak zwykle cudnie i swojsko) w sierpniu ub. roku a od tej pory mało gadamy mało piszemy w ogóle NAS jest mało. Ale wiem, że to minie, że znów znajdziemy drogę do siebie. I nie mogę się już doczekać stałej umowy o pracę męża, dłuższego urlopu wakacyjnego i wspólnej wyprawy z naszymi nastoletnimi dziećmi i młodszą siostrą I., tej co kopała w brzuchu, L. np do Irlandii czy Szkocji, czy gdziekolwiek, byleby razem i urlopowo.

Tak więc sumując... da się... utrzymać przyjaźnie, mimo wyjazdu, jeśli łączy Was dużo w przeszłości i jeśli za podobnymi rzeczami oglądacie się w przyszłości. Jeśli oczekiwania od życia i podejście do niego macie skrajnie odmienne - może ocalicie znajomość, co jednak wymaga zaangażowania obu stron. Prócz A. i M. dzięki fb, Skype, mailom mam kontakt jeszcze z kilkoma babeczkami, łączy nas jakaś wspólna historia i kawałki pokazywanej codzienności, ciągłość wirtualnego kontaktu i wspólne z rzadka spotkania tam albo tu. I dobrze, ze jesteście bo znajomych człowiek bardzo potrzebuje, nawet jeśli nie każdego się nazywa przyjacielem. Dziękuję, że jesteście.

Wyjazd na szczęście wiąże się też z okazją do odświeżenia grona znajomych i przyjaciół. Nie starczy tu miejsca do opisania wszystkich, ale podsumowując - nie podzielam niejednokrotnie negatywnych doświadczeń z rodakami wielu Polaków w Szwecji i za granicami. Nie ze wszystkimi moimi Rodakami mieszkającymi w okolicach wiąże mnie wielka nieskończona miłość, u niektórych nawet zostałam nieoficjalnie skreślona z listy zapraszanych znajomych (aaaaaj... jaka ja niedobra) ale nikt w sumie nie zrobił mi jakiegoś bubu, spotykamy się, grillujemy, razem jeździmy na wycieczki, plotkujemy, pijemy... wspieramy się.

Z tego grona na pewno chcę wspomnieć dwie dziewczyny. Pierwszą z nich miałam przyjemność poznania już na progu wyjazdu za granicę, na pierwszym spotkaniu w formie headhunterskiej. J. rozpoczęła karierę lekarską od wolontariatu na neurologii, pierwsze pieniądze za swoją niełatwą pracę dostała po jakimś czasie przy okazji dyżurów. By młoda rodzina mogła się utrzymać mąż M. nie tylko robił speckę z ortopedii dziecięcej ale i pracował w firmie robiącej badania lekowe. Czyli jego 2 etaty i jej 1 plus obojga dyżury. A tu czas by było pomyśleć może o dzieciach... Jakoś przypadliśmy sobie od razu do gustu, trzymaliśmy kontakt przez te miesiące oczekiwania na pierwszą ofertę, razem wyjechaliśmy na rozmowy z pracodawcą a kiedy obie dostałyśmy propozycję pracy razem w sumie  podjęliśmy decyzję o wyjeździe. I już tak później poleciało, mieszkamy jedyne 40km od siebie, co w perspektywie Norrland jest rzutem berecikiem z antenką, często się widujemy czy na kawę, czy na winko, na sushi, na fondue. No i przynajmniej przez część specjalizacji razem mogłyśmy jeździć na wiele kursów, gdzie J. mój ulubiony socjalny taran ;) bardzo pomagała mi w poznawaniu nowych ludzi... Teraz może rzadziej z różnych względów się widujemy a na pewno rzadziej imprezujemy, małe dziecko u nich, choroba w rodzinie, trochę wyjazdów weekendowych u nas, ale wiem, że na wsparcie J. zawsze mogę liczyć.

Ja nieraz doradzałam jej w sprawach pracowych zwłaszcza na początku. Wspierałyśmy się nawzajem przy różnych spięciach z "tymi głupimi Szwedami", ja ją kiedy miała multum roboty lub kryzysy, ona mnie kiedy miała konflikt z kolegą z pracy niedawno czy problemy z ogarnięciem sytuacji w domu z niepracującym mężem, dając mi inna perspektywę niż M. z Wlk Brytanii... dzięki nim obu ten ciężki okres przetrwaliśmy...

J i M mają się zawodowo całkiem dobrze choć po drodze nie było zawsze miło i różowo, M. robił chirurgię a w końcu po wielu perturbacjach mógł w końcu zacząć robić ortopedię, tyle, że praktycznie od początku. J urodziła 2 dzieci, synek ma 7 lat, córeczka skończyła rok. Chyba się w końcu jakoś tam odnalazła w naszej specjalizacji, psychiatrii, tuszę, że pewna w tym moja zasługa. Niestety wciąż wisi nad nami ich ewentualna przeprowadzka albo z powrotem do Polski (bo rodzice i ich zdrowie, bo się polepsza, choć tu akurat ja jestem z tych mocno wątpiących itd.) z opcją pracowania trochę tam trochę tu, albo przynajmniej wyprowadzki na południe. My też ją - przeprowadzkę, rozważamy, ale nie wiem czy nie rozdzielą nas jednak inne oczekiwania - u nich jest dwójka lekarzy u nas tylko ja... Zobaczymy...

Drugą Polką, która  jest moją przyjaciółką jest A. Historia przyjazdu jej rodziny, męża i wtedy 2 synów (mają jeszcze 3ciego, mojego małego chrześniaka) jest dla mnie zarówno inspiracją jak i przerażającą historią. Przyjechali bowiem bez języka, mieszkania, nagranej pracy. Dzięki szczęściu, dobrym ludziom, pozytywnemu podejściu nie tylko poradzili sobie rodzinnie, ale zmietli nas wszystkich z przytupem. Radzą sobie świetnie, A skończyła kurs na podpielęgniarkę i niedawno dostała marzenie - stały etat. I choć w Polsce nikt w nią nie wierzył i ze swoją dysleksją nie miała szans, tu chcieliby ją wysłać na uniwersyteckie szkolenie na pielęgniarkę. Jej mąż J też skończył ten sam kurs choć ponieważ mój chrześniak jest mały to J pracuje więcej jako masażysta i tylko na godziny na oddziale.

Nasza przyjaźń jest poparta wieloma wspólnymi chwilami, razem spędzamy święta, urodziny, imieniny, wspieramy się, radzimy sobie nawzajem. Tez mieszkamy 40km od siebie, co nie zawsze ułatwia spotkania na co dzień, ale niezależnie ile byśmy się nie widzieli miło jest się spotkać.

Tyle o polskich przyjaźniach. Czas najwyższy napisać słów kilka o przyjaźniach szwedzkich. Bo uważam, że są możliwe, choć są inne i choć wymagają zmiany naszego podejścia i oczekiwań. Przez wiele lat nie szukałam przyjaciół czy nawet znajomych szwedzkich, nie dlatego, że ich nie lubiłam... zwyczajnie jakoś nie starczało mi czasu, energii, zapału na spotykanie się po godzinach pracy ze Szwedami. Kiedy jednak już opanowałam lepiej język, okazało się, że raz - coraz mniej mam okazji, do rozwoju języka, dwa - mąż okazji do nauki języka ma niewiele, trzy - zaprzyjaźnienie się takie bardziej ze znajomymi z mojej pracy jakoś mi nie szło a R. na tym etapie jeszcze pracy nie miał.

Na szczęście pomogły mi moje staże, tam miałam możliwość poznania L, trochę starszej ode mnie lekarki, osoby niesamowicie pogodnej, pozytywnej i serdecznej dla i pacjentów i kolegów z pracy, znajomych i przyjaciół. Wiem, że za bycie taką dobrą osobą i spolegliwą zapłaciła wysoką cenę, ale chyba już się z tego podniosła i odnalazła nową równowagę w życiu. Nie mam pojęcia, czy na modłę szwedzką jesteśmy już przyjaciółkami, ale czuję z jej strony niesamowitą pozytywną energię, sympatię, bardzo dobrze czuję się w jej towarzystwie, za każdym razem, jak nam się uda spotkać. W międzyczasie niestety rozstała się z mężem, odkryła na nowo swoją miłość z czasów młodości, zostali sambo, czyli mieszkają razem, co drugi tydzień mają jej adoptowane córeczki i jego dzieci, a co drugi tydzień korzystają z życia pary bez dzieci. Najbardziej podoba mi się, że jest taka uważna w stosunku do pacjentów i przyjaciół. Każdy rozmawiając z nią ma poczucie, że słucha go uważnie, jego i tylko jego. I to w czasach pośpiechu, braku czasu na bycie ze sobą. Mam nadzieję, że nasza znajomość będzie ewoluowała w jeszcze silniejszą przyjaźń.

Drugą Szwedką, którą mogę nazwać przyjaciółką a właściwie parę przyjaciół. To S. i J. - rodzice dwójki dziewczyn i rodzice przysposobieni jeszcze 2 dziewczynek z Afryki, których mama jest chora i nie może się nimi na co dzień zajmować. Podziwiam ich za ich luz a jednocześnie jednak ogarnianie rodzinnej codzienności. Mają czas na pracę, naukę, hobby, a w kontakcie z nami zawsze wykazywali się ogromną ciekawością nas, naszej odmienności, jacy jesteśmy jako ludzie, Polacy. I tak jest nadal. Z naszymi godzinami pracy i planami, żeby się widywać często planujemy spotkanie już na wiele tygodni do przodu, wpisujemy w kalendarz i czekamy. Mam nadzieję, że i S z J i L z jej partnerem P uda nam się kiedyś razem czy oddzielnie zabrać na wyjazd do Polski, by mogli lepiej poznać kraj, który nas stworzył, wychował i za którym tęsknimy.

Dwie szwedzkie przyjaciółki - mało powiecie? Może... ale ja po prostu nie nazywam przyjacielem "byle kogo". Muszę czuć, że łączy nas to coś niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju. Że możemy sobie ufać, że łączy nas wzajemna ciekawość, życzliwość i zrozumienie. Tak samo jak w przypadku polskich przyjaciółek... wolę więc mieć ich mniej ale tak, by ta przyjaźń dużo mi dawała. By była warta zainwestowanego czasu, wysiłku, zainteresowania...

A WY kochani czytelnicy? Macie przyjaciół w Polsce, jeśli mieszkacie na Obczyźnie? Dbacie o nich? Odzywacie się? Spotykacie? A może jednak stawiacie na lokalsów? A może na osoby innej narodowości, które jak Wy są nowe w tym miejscu? A jeśli jesteście w Polsce, udaje Wam się utrzymać dawne wiadomości przez dłuższy czas mimo odległości???

Buziaki Wam przesyłam i mam nadzieję, że moja przyjacielska opowieść Was nie znużyła???

Przyjaźń... skomplikowany układ. Nie jest łatwo ją zawiązać i utrzymać. Nie jest łatwo nawet ją opisać... Mam nadzieję, że udało mi się zapoznać Was z tym, jak ja patrzę na przyjaźń i jej i powstawanie i przekwitanie....

niedziela, 20 marca 2016

(Wlasciwie tytul powinien brzmiec, jak przetrwac polnocnoszwedzka zime albo zime w Norrland.... No ale nie badzmy czepliwi...)

Przez dwa zimowe miesiace luty i marzec czlonkinie KLUBU opisuja naprzemiennie straszne historie i sposoby na przetrwanie zimy w krajach, do ktorych wyemigrowaly. Moje zycie w strasznie straszne historie przynajmniej takie warte opisania, nie obfituje, ale tak czy siak muuuusialam, po prostu musialam zglosic sie do projektu zimowego.


I wybor nie mogl pasc na inna date niz 20 marca. Dlaaaaczego??? Oczywiscie, ze wiecie...

Przeciez dzis wlasnie konczy sie na naszej polnocnej polkuli ta przez wielu najbardziej znienawidzona pora roku ZIIIIMAAAA... w koncu, nareszcie juz, juuuuz, JUUUUZ zaczyna sie kalendarzowa WIOSNA (astronomiczna w tym roku zaczela sie juz wczoraj)... Wyteskniona, wyczekana, wymarzona... Slooonce, ptaszki, kwiatki, zielen... Zyc nie umierac...

Haha... moze U WAS. Bo ja moi mili choc moze na Biegunie nie mieszkam, ani nawet w poblizu Kola Podbiegunowego (mam do niego dalej niz z mojego miasta rodzinnego Legnicy do Warszawy) to jednak zima jest pora roku, ktora w Norrland zdecydowanie dominuje w trakcie 12 miesiecy roku, jakby na to nie patrzec.

Nasza przeprowadzka do Szwecji miala miejsce w polowie sierpnia, dane wiec nam bylo zakosztowanie koncowki calkiem przyjemnego lata 2008 roku, ale juz po kilku miesiacach, nooo tak po moze dwoch w polowie pazdziernika, przyszlo nam sie zmierzyc z prawdziwa zima, jakiej w Polsce nie widzialam od wielu lat. Mrozna, sniezna, dluga, przez jakies 3 miesiace wybitnie ciemna... ale jednoczesnie... jakze, przynajmniej przez sporo jej czesc urokliwa... i prawdziwa... w koncu snieg, masy sniegu. A nawet MAAASYYY... I mrozik. Mroz. MROZICHO...

Jako osoba lubiaca ciepelko, nie ukrop ale wlasnie ciepelko i sloneczko (Wyspy Kanaryjskie to moje naturalne srodowisko) nigdy nie pomyslalabym, ze wyladuje wlasnie tutaj - tak daleko na polnocy nie tylko Europy ale i, nie owijajmy w bawelne, Szwecji... Oczywiscie myslelismy o emigracji do Skandynawii, kiedy juz odpadla Germania, ale bardziej w teoretyczny smak (bo w praktyce nie wiemy i o tym kraju zbyt duzo, a po przejechaniu go w lecie kilka lat temu jakos nie zapalalismy zachwytem) byla nam Dania, bo i bardziej europejsko i blizej Polski przez Niemcy, zwlaszcza, ze tak niestrategicznie z punktu widzenia Szwecji w tej Polsce mamy miasto rodzinne, poludnowy-zachod... makabra... a przez niemieckie autobahny do Danii jedzie sie migusiem...

Noooo ale oferty na Danie akurat sie konczyly... Maping Day czyli eliminacje u headhuntera po niemiecku z krotka lekcja szwedzkiego i sprawdzeniem czy cos wchlonelismy byl w lecie 2007 roku... a na oferte wyjazdu gdziekolwiek czekalismy do konca listopada... czekajac czulismy, ze konczy nam sie troche czas na takie wielkie zmiany w zyciu naszego wtedy pierwszoklasisty i ze rowniez nasze zycie potrzebuje jakiejs odmiany, swiezego powietrza, podmuchu wiatru pod podciete skrzydla tak zawodowe jak i prywatne. Kiedy wiec oferta wyjazdu do kliniki hen, hen daleko w pizdu w pln Szwecji przyszla, bylismy troche, troszeczke zmeczeni czekaniem i wlasciwie zdecydowani na wszystko, z mysla, ze przeciez zawsze jesli nam sie nie spodoba, mozemy poszukac innego miejsca, juz tu na miejscu w Szwecji. Ale... miejsce sie spodobalo, praca sie spodobala i wciaz siedzimy na tym naszym zadupiu, od czasu do zasu wyrywajac sie do mniej lub bardziej wielkiego miasta... Nie bylo wiec wyjscia, trzeba bylo to male norrlandzkie miasto brac z dobrodziejstwem inwentarza...

Na pierwszy wyjazd do docelowego miejsca emigracji (na szczescie ze wspomalzonkiem, cel to przede wszystkim rozmowa z przyszlym szefem i kolegami, moj chyba w sumie pierwszy wywiad o prace - od razu z grubej rury po angielsku, poza tym ogladanie Solleftea z perspektywy pieknie polozonego na wzgorzach hotelu z widokiem z gory na cale miasto - ktos tu odrobil lekcje z umiejetnosci sprzedawania kota w worku, haha) i druga podroz kilkudniowa (wyjazd rodzinny, z mezem i dzieckiem, w polowie kursu jezykowego, do dyspozycji tym razem  mieszkanie sluzbowe, bo hotel dla tylu osob za duzo juz by kosztowal haha na 4 dni, ale i autko sluzbowe, na pojezdzenie po okolicy, wizyta w szkole dziecka, w miescie w ktorym mielismy wkrotce zamieszkac, w przyszlym miejscu pracy, zdjecie dla lokalnej gazety) do Norrland poslano nas samolotem i w swojej wielkiej naiwnosci i nieswiadomosci wciaz usilowalismy przed przeprowadzka uparcie wszystkich przekonywac, ze przeciez jeszcze tyyyyle Szwecji nad nami, ze Kramfors jest w srodkowej Szwecji... Pierwszy wyjazd byl na poczatku grudnia, zima akurat przyszla, okolica pokryta byla niewielka iloscia sniegu, widok z okna na okolice piekny... Wlasciwie zakochalismy sie w tym widoku i przyrodzie od reki... I nawet w tej zimie cholernej, tak, tak... Dopiero przeprowadzajac sie juz z bambetlami, fordem, z dwoma kotami zaopatrzonymi jako i my w paszporty i nieomal rozwodzac sie po zjechaniu z promu, kiedy po wieeelu godzinach dobilismy do celu, uswiadomilismy sobie jak to jest DALEEEEKO...

Z drugiej strony... jak juz na polnoc sie przeniesc, to przeciez nie bedziemy mieczaki, nie bedziemy siedziec w wietrznym Göteborgu czy w pieknym ale przesadnie zaludnionym Sztokholmie. Zamiast tego chcac niechcac, troche nieswiadomi konsekwencji swoich wyborow, szast prast podjelismy decyzje (tak naprawde nielatwa, nie mielismy na nia wiecej niz kilka dni, wiec bylo burzliwie, nocne Polakow rozmowy z menszem, z rodzina, z nowo nabytymi przyjaciolmi z mapping day, ktorzy mieli wyjechac do Solleftea a my do Kramfors, 40km odleglosci...) i po 6,5 miesiecznym kursie jezykowym w Warszawie, gdzie przez ten czas moj maz pracowal na kasie a syn chodzil drugi semestr do pierwszej klasy, zmienilismy adres na miejsce polozone 500km w las i szuwary na polnoc od stolicy, tam gdzie podobno zima losie i renifery biegaja dniami i nocyma... Tak twierdza poludniowcy. Znaczy sie nie Wlosi czy Hiszpanie ale poludnowi Szwedzi, czyli jakies 7 z 9 milionow mieszkajace ponizej linii Uppsala...

Nooo nie wiem jak oni, ja poza zoo przez prawie 8 lat widzialam losia chyba 3 razy, z tego raz klepe z malymi dostojnie oddalajaca sie z mojego wlasnego ogrodu, raz d... losia przeskakujacego pare metrow przed nami lesna sciezke i raz glupiego, zagapionego losia z dziobkiem, stojacego przy brzegu drogi.

Losie, renifery czy inne zwierzeta, nie to tak naprawde jest istota norrlandzkiej zimy. Jak wspomnialam determinuje ja jej dlugosc. To byla, upps wrooooc, jest moja siodma zima tutaj wiec mam niejaki oglad, choc ekspertem sie nie nazwe... pierwsze cztery zimy zaczynaly sie od konca pazdziernika do polowy listopada, a ja za poczatek prawdziwej zimy uznaje spadniecie porzadnej ilosci sniegu, ktory juz do wiosny nigdy nie topnieje. Jak zyc zapytacie???

Otoz moja odpowiedz moze Was zdziwi.... w koncu jak napisalam wyzej lubie ciepelko... ale skoro przyszlo mi zyc w krainie szuwarow, lodu i sniegu, to tak niby wczesne opady sniegu, maja swoja niewatpliwe zalety. Gdy o zieleni lata dawno zapominacie a piekne barwy krotkiej acz przepieknej zlotej a wlasciwie bardziej czerwonej szwedzkiej jesieni leza w postaci szarej papki pod nogami, gdy na dworze coraz zimniej i ciemniej i szarzej... nie ma nic piekniejszego niz lekki lub nieco mocniejszy mrozik i mnoooosto pieknego, swiezego, bialego puchu. Od razu robi sie jasniej, piekniej, bajkowo. Latwiej jest przetrwac te tygodnie z wyjatkowo krotkim dniem (w grudnu i styczniu slonce ponad wzgorzami od poludniowej strony miasta pokazuje sie na moze 2h... o ile nie ma chmur...) a jak do tego dolozycie pojawiajace sie w koncowce listopada adwentowe swieczniki i rozliczne lampki w oknach naprawde Szwecja staje sie calkiem znosna. Dlatego choc rasowy Svensson sprzata Boze Narodzenie z domu juz na 6 stycznia ja trzymam choinke i do konca miesiaca a lampki sa u mnie w kazdym oknie wiszace, stojace dopoki kolo drugiej polowy lutego ciemnosc nie zacznie popuszczac. Pozniej z reszta tez sa zalaczane jak tylko zapadnie zmrok...

Przekonalam sie o rozswietlajacej sile sniegu niestety przez ostatnie 3 zimy, z ta wlacznie z powodu jego braku az do konca gudnia a nawet stycznia :(. Czy wina jest efekt cieplarniany czy zmieniony Golfszrom, nie mam pojecia. Ale cos sie stalo i to chyba nowa tendencja, do ktorej bedzie sie mi jednak ciezko przyzwyczaic. Niby z jednej strony zima robi sie krotsza, ale jednoczesnie tak naprawde trudniejsza do zniesienia. No i jesli juz mialabym zime gdzies skracac, zapewniam, wolalabym skrocic ja wlasnie teraz, na wiosne.

Ale wrocmy na chwile do sniegu. Daje on jak wspomnialam cudne rozswietlenie, przykrywa szarosc, bloto, ale sa i ciemne strony jasnego sniegu, nie ukrywam... Np. kiedy sniegu spadnie w krotkim czasie bardzo, bardzo duzo. Coz wtedy przyda Wam sie solidna lopata... albo jeszcze lepiej sniegowy niedzwiedz - snöbjörn.

Lecz jesli jednego dnia wieczorem spadnie kilkadziesiat cm i kolejnego dnia rano podobna ilosc a odsniezajacy droge dojazdowa plug usypie Ci zaporowa zaspe ze zbitego sniegu, snöbjörn ci ja rozbije a snöslunga, odsniezarka, uratuje plecy przez przeciazeniem i wiele minut ciezkiej pracy.

Tak wiec z duzymi opadami sniegu, z malymi wyjatkami tak my jak i rodowici Szwedzi sobie nauczylismy sie radzic. A co jesli ta wieksza jak w pierwszych latach na przedwiosniu w marcu/kwietniu albo jak w ostatnich sezonach mniejsza ilosc sniegu czesto od razu jak spadnie albo raz w tygodniu jak przyjdzie ocieplenie (noooo i za co ja mam lubiec efekt cieplarniany i lagodniejsze zimy???) co chwile sie topi i znowu nad ranem przymarza??? DONT LIKE IT!!! no ale radzic sobie wciaz trzeba... jaka jest na to rada?

Odpadaja obcasiki, delikatnie kozaczki z polski na cienkiej podeszwie (nosze, oj noooosze ale wiosna i jesienia) - duzo duuuzo bardziej docenia sie sportowe albo traperkowate buty, na podeszwie z miekkiej, nie twardniejacej na kamien na mrozie gumy, ktora pod wplywem ciezaru ciala wczepia sie w podloze, ma odpowiedni bieznik a w niektorych momentach do tego wszystkiego trzeba dolaczyc albo nakladane na buty albo montowane na stale aaaaalbo dajace sie wmontowac w momencie korzystanie dzieki specjalnemu systemowi wbudowanemu w podeszwe KOLCE, KOLCE BUTY Z KOLCAMI lub z SYSTEMEM KOLCOW ... nie sa to oczywiscie bliscy krewni rakow, ale jednak cos w tym stylu. Znow pod wplywem ciezaru ciala wbijaja sie w lod i zapewniaja przynajmniej szczatkowa przyczepnosc na lodzie. Jesli do pracy lub szkoly ma sie pod gorke (haha... chodzi mi o nachylenie terenu a nie niechec do pracy) lub nawet i z gorki a na calej szerokosci drogi zywy, jeszcze nie posypany kamyczkami lod, dzieki kolcom mozna dojsc i przezyc.

Tak, tak, kamyczki, skal tu dostatek, po wyrabywaniu tuneli na drogi i tunele kolejowe material sie rozdrabnia i cala zime sypie regularnie na chodniki i wiekszosc drog przy szklance. W Szwecji soli sie tylko najglowniejsze drogi i tam jest najczesciej standard czarnej drogi vel ciapki, ale i tam przy szklance czasami sypia kamienie (na dobre i na zle bo kamyczki moga strzelac spod kol i rozbic szybe innego auta, ale znow chodzi o choc szczatkowa przyczepnosc na lodzie tym razem aut...) - reszta pomniejszych drog jest odsniezana ale pozostaje biala. To oczywiscie przyczynia sie, ze temperatury okolo 0st daja regularna gololedz... kamyczki poza tym jak snieg na przemian topnieje i zaarza wtapiaja sie pod powierzchnie. Wtedy kolce na butach a takze na oponach samochodow naprawde ratuja zycie i zdrowie.

(Szwedzkie auta ciezarowe rzadko uzywaja opon z kolcami, takze w duzych miastach wjazd osobowka z kolcami w niektorych rejonach jest zabroniony po podobniez szkodza male czastki asfaltu wyrywane przez nie i unoszace sie w powietrzu, czytalam jednak artykul naukowy, ze to bullshit i wiecej zanieczyszczen w powietrzu pochodzi z innych zrodel jak spaliny, dym z piecow itp. i nie sa temu winne kolce... no ale jest jak jest. Wracajac do ciezarowek, ktore sa tu wieksze i ciezsze niz w reszcie kontynentalnej Europy, maja one w wiekszosci przypadkow opony zmieniane na ZIMOWE w nie jak polskie czy litewskie, lotewskie i inne na wielosezonowe, maja albo systemy lancuchow narzucanych pod kola albo piaskarki, rozsyujace pod kola piach... wiec jesli jakis T.I.R sie rozkraczy na norrlandzkich drogach rzadko jest to ciezarowka na szwedzkich blachach).
 
Jak wspomnialam opony zimowe (nordyckie, grubszy bieznik i inny odporny na mroz rodzaj gumy), kolce, piasek, lancuchy... Brzmi powaznie ale po sezonie czlowiek sie przyzwyczaja, wchodzi w rytm sniegowo-zimowy i staje sie to codziennoscia.. Nieco utrudnien na drodze jest nieuniknione, ale tutejsi drogowcy sa na snieg nastawieni. Przy czym ponawiam zapewnienie, ze mam na mysli Norrland. Na poludniu rownie czesto sa oni sniegiem zaskoczeni jak polscy drogowcy, hehe... O ile snieg nie spadnie w Wigilie czy w srodku nocy w niedziele, odsniezanie zaczyna sie prawie od razu, glowne przez rasowe odsniezarki, czesto z lopata rozkladana na szerokosc dwoch pasow (masakra wlec sie za taka przez kilkadziesiat km, ale zwykle jak tylko jest jakas zatoczka dobrze wychowani kierowcy zjezdzaja i przepuszczaja sznureczek aut). Mniejsze drogi zwykle odsniezaja ludzie z okolicy, zakntraktowani przez gmine, roznymi traktorami ze spychaczem.

Jesli jestesmy lub mamy udac sie w droge i porzadnie sniezy - jest i na to rada. Zwolnic, zalozyc dodatkowe porzadne swiatla hahaha... (no moze nie tyle, mielismy max 3szt.) i sprawic sobie autko z napedem na 4 lapy. Mamy takie od kilku lat, najpierw Hultaja czyli Hyundai SantaFe, potem jako drugie, moja autko na dojazdy do pracy Ignas czyli Suzuki Ignis a od niecalego roku Skoda Superb, nie tylko z napedem ale i z ogrzewaniem postojowym. Nie mielismy tego luksusu na poczatku wiec w naszym poczciwym Fordziku jezdzila z nami zawsze w trase ciepla odziez zimowa, skrzyneczka piasku, kable, kamizelki odblaskowe, termos z ciepla herbata itp. Warto tez jesli srodki pozwalaja miec dobry assitans najlepiej na cala Europe i mzliwosc podstawienia samochodu zasteczego, tak na w razie czego...

Wracajac jeszcze na chwile do ogrzewania autka, oczywiscie nie wszystkie jeszcze autka zwlaszcza starsze je maja, ale juz wiekszosc jest wyposazona albo doposazona w system ogrzewania motorvarme czyli grzalke w bloku silnika i czesto tez w srodku podlaczona do specjalnego kontaktu farelke - na wiekszosci parkingow tzw pod chmurke czyli kolo praca, bloku, a czesto i np. pod hotelami jest mozliwosc wykupienia miejsca z motorvärme i podlaczenia sie w okresie zimowym do slupka z pradem, na zewnatrz autka jest specjalne gniazdko i kabelkiem podlaczamy samochod. Albo na stale albo na 2-3 h wlacza sie prad, grzalka grzeje silnik, farelka nagrzewa wnetrze i zarowno autko jak i motor jest cieple jak sie chce wyjezdzac. Dobra rada - nie stawiajcie farelki na podszybiu, jesli nie macie w planach wymiany szyby, haha... No i jesli ogrzewanie wlaczane jest na krotko albo okresowo nalezy liczyc sie z tym, ze stopnialy snieg po odlaczeniu pradu na mroziku zamarznie w lod, w skrajny przypadku moze byc ciezko dostac sie do auta a na pewno warto nasmarowac uszczelki i miec specjalny maly spray do odmrazania zamkow, zeby uszczelki sie od mrozu i wilgoci nie skleily a zamek nie zamarzl...

Szwedzi maja przysłowie: Det finns inget dåligt väder, bara dåliga kläder. Nie ma zlej pogody, sa tylko zle ubrania. Nie znajac go jeszcze juz na poczatku pierwszej zimy zaopatrzylismy sie w kurki prawdziwie zimowe wg nas, wieeelkie, puchowe czule zwane Miszelinkami. Wiecie jakie to??? Gruuuube, puchaaaate, z wielkim kapturem z futrem, wyglada sie w nich doklaaadnie jak czlowieczek Michelina. W pewnym zakresie swoja funkcje spelanialy, czemu nie, chronily przed zimnem, wiatrem, sniegiem. Bardzo skutecznie chronily tez przed spoceniem sie, bo ograniczaly mozliwosc poruszania sie do minimum... hehe. W dodatku choc mialy miec odpornosc na niskie temperatury, mensza kurtka po 2 latach poddala sie mrozowi i material sie po prostu rozerwal (na szczescie nie tylko przyjeli po terminie reklamacje, ale oddali cala sume za kurtke w slepie - to sie nazywa frontem do klienta).  Chyba kazdy musi zaplacic frycowe, nas po prostu przerazila perspektywa temperatur, jakie moga tu byc.

Ekstremalny byl okres ok 4 tygodni chyba z 5 lat temu, kiedy temperatura nie rosla powyzej -25st. Jak pozniej skoczla do -25 czulismy sie jak na Hawajach... Ale okazalo sie, ze jesli potrzebujemy nie tylko stac na mrozie ale i sie przemieszczac, duuuzo lepiej sprawdza sie ubieranie na cebulke, w nowoczesne materialy. Wybor ubran tego typu jest tu ogromny, ceny bardzo rozne od podobnych do polskich do megazaporowych ale kazdy znajdzie cos dla siebie. A Szwedzi lubia sie zima ruszac, spacerowac, uprawiac sporty wiec w sklepach sportowych i odziezowych znajdzie sie kciuki na kazda pogode, kieszen i do kazdego rodzaju aktywnosci zimowej na swiezym powietrzu. Nie powiem, zebysmy i my wyssali potrzebe ruchu niezaleznie od pogody, temperatury czy ilosci sniegu z mlekiem matki, ale spacery w sniegu sa cudne, uwielbiam jak skrzypi pod nogami a z czasem czlowiek zaczyna znajdowac rozne rodzaje aktywnosci na swiezym zimowym powietrzu, ktore do niego pasuja...

Uczylismy sie juz tutaj jezdzic na nartach slalomem, ja nie wyszlam poza etap oslej laczki a ostatnie 3 lata z roznych wzgledow nie jezdzilam wcale, ale dziecko ma przynajmniej opanowane podstawy, wiec moze kiedys sie rozwinie. Okazalo sie ze przy -20 i tak na okolicznych stkach zamykaja wyciagi a np. moj monsz jezdzi przy mniejszym mrozie tylko z bieliznie ermoaktywnej i cienkiej piance.

Wielu Szwedow jak i znajomych Polakow uprawia narciarstwo biegowe i bardzo sobie ten sport chwala... mnie jakos nie pociaga, jak i bieganie, ale kto wie, moze jak sprobuje to pokocham? Spodobalo mi sie natomiast bardzo, bardzo jezdzenie na skuterach zimowych, najchetniej jako pasazer, bo ja sama jestem cykor do jednosladow czy jakis quadow, motorow, trajek, najbardziej pewnie czuje sie jednak w aucie, choc i tak nie uwazam sie za mistrza kierownicy... ale widoki, ped zimnego powietrza i jedzenie zrobione wlasnorecznie na sniegowym grillu to niezapomniane chwile z naszymi przyjaciolmi, ktore mam nadzieje, jeszcze kiedys powtorzymy... Do takich rozrywek niezbedne sa cieple, ale wygodne ciuchy, tak by mozna bylo wsiadac, zsiadac, rozlozyc sie, upichcic cos...

Jesli nie w smak komus sport lub po prostu nie ma sie na to czasu lub sily a na dworze zimno, czas zaopatrzec sie w cieple skarpety, sweterek, kocyk, rozpalic ogien w kominku i oddac sie lekturze. Np jakiegos fanego kryminalu w oryginale, np. Camilla Läckberg (Lekberi) czy Stieg Larsson (Stiiig Larszon). Dlugie zimowe wieczory lubimy tez spedzac ogladajac TV, filmy, programy, czesto po polsku ale i po szwedzku. Nie ma nic lepszego niz duza kanapa, rodzinny fredagsmyyyys (mysa czyt. miiiiyyysa oznacza wlasnie spedzanie czasu najczesciej z rodzina lub bliskimi znajomymi, zwykle w piatek - fredag, ewentualnie w weekend lub inne dni tygodnia, na wspolnym nicnierobieniu lub robieniu czegos, co wszyscy lubia... jacy Ci Szwedzi fajni, niektore szwedzkie wyrazy sa ta wieloznaczne lub pojemne w swoim znaczeniu, ze jak widzicie trzeba calego zdania, zeby opisac ich znaczenie i odczucia im towarzyszace w kazdej szwedzkiej i przysposobionoszwedzkiej rodzinie)...

Jak wspomnialam, jesli juz mialabym skracac zime czy ja lagodzic zdecydowanie postawilabym na ocieplenie marcowo-kwietniowe. Wczesniejsze zimy oferowaly zwykle piekny, sloneczny, choc jeszcze sniezny i mrozny luty, wtedy tez dzien zaczyna wygrywac znow z noca a slonce z chmurami, wiec luty bywa po prostu przepiekny. W tym roku sniegu jednak bylo malo, czesto podtapiany juz w styczniu byl bardziej zbity, brudny, nieladny, a luty nie dal zbyt wielu ladnych dni. W marcu akurat jak my przenikani zimnym wiatrzem, smagani deszczem ze sniegiem i przygnebieni chmurami odwiedzalismy rodzine i znajomych w kraju, tu w koncu przyszly marcowe sloneczne dni i po powrocie moglismy poczuc troche slonka na twarzy, cieplego powietrza. Oczywiscie snieg zaczal plynac strumieniem, nad ranem przymarzac (kolce rzadza) ale nadzieja rychlej wiosny sie budzi do zycia. Coraz latwiej wstawac, coraz blizej wyrownania wiosennego i lata. Ale droga tam jest zwykle dosc dluga, zima walczy, poddaje sie i znowu podnosi leb, snieg topi sie, zamarza, dopaduje, topi... jak sie stopi na chodnikach jest rowna wielocentymetrowa warstwa kamieni - nie zbiera sie ich poki pogoda sie nie ustabilizuje.

Dopoki ich nie zbiora, odpadaja cienkopodeszwowe wspomniane przeze mnie polskie butki zimowe i kozaczki. Odpada mycie okien, jakkolwiek w sloneczne dni widok ich nie lamalby mi serca... choc trudno uznac mnie za typowa matke-Polke latajaca z mopem i szmata... Odpadaja kwitnace przebisniegi i krokusy w marcu bo resztki sniegu moga lezec i w kwietniu a nawet zdarzaly sie solidne opady tego bialego go...a na ognisko z okazji Valborgafton czyli swieta Walpurgii na koniec kwietnia czy na poczatku maja - mam zdjecie bialej okolicy z 12 maja ktoregos roku.

Rownie dobrze wiele kwietniowych dni moze byc cieplych, jak tylko wyjdzie slonce temperatura odczuwalna skacze i do 20st a kazda komorka ciala wystawia sie do slonca i produkuje masowe ilosci vit. D. W jeden z majowych weekendow grillowalismy w pelnym sloncu a jeden odwazny wychowany w Szwecji cieplokrwisty kolega nawet sie wykapal w jeziorze, brrr...

Przezylam juz 4 ciezkie i 3 w sumie bylejakie zimy... Wole porzadne. Polubilam zime. Nauczylam sie tez jej regul. Tesknie w zimowe wieczory do slonca - zastepuja mi je wszelakie lampki i ciepla - kominek, skarpety, kocyk. I mimo wszystko da sie zyc... Bo przeciez i w Polsce w tym okresie jest zwykle zimno a czasami, jak np. teraz w marcu zimniej. Wiec nie narzekam za czesto na zime, no chyba, ze na brak sniegu i mrozu na BN. Ale jak wszyscy zlakniona czekam na WIOSNE...

I tym tymistycznym akcentem... zakoncze. Polecam Wam wpisy o zimie i strasznych strachach innych klubowiczek. Odnosniki TU albo TU.

Buziaki moi mili. Nastepny wpis bedzie albo z Alfabetu... Zdaje sie na E jaaaak... cos tam albo kolejny projekt klubowy. Bosz, bez Klubu nie poznalabym swietnej grupy Kobiet z calego swiata no i chyba juz nic bym nie pisala. Aporpos poznawania, odsylam do wpisu z zaprzyjaznionego bloga mojej imienniczki i rownolatki o spotkanie klubowych Szwedek przeze mnie zwolanym - nie przyjechala gora do Mahometa, Mahomet z Norrlandii wybral sie do gory.

Ciao.

środa, 17 lutego 2016

Mija dwumiesiecznica wpisu na C. W takim tempie doczolgam sie do Z tak kolo 60tki.

Coz... Moze juz Wam wspominalam, ze gdzies tam we mnie zawsze tkwil gen emigracji. Kocham Polske i zawsze bedzie to moja Ojczyzna, ale nie do konca odnajduje sie w typowej polskiej mentalnosci, jak na przyklad tendencji do narzekania i krytykanctwa nawet gdy jest dobrze, do klocenia sie miedzy soba, jak brak zewnetrznego wroga czy tez kombinowania. Oczywiscie te cechy moga miec jasniejsza strone, narzekanie moze oznaczac potem niezgode na stan obecny i sile do zmiany, klocenie sie przyda sie jednak jak wrog wewnetrzeny czy zewnetrzny nam mocno dopiecze - zgodnie z haslem kto nie krzyczy i nie tupie, tego wszyscy maja w d...e a umiejetnosci kombinowania przydaje sie w rozwiazywaniu problemow w sprytny sposob.

Tak czy siak uwazam, ze dzieki emigracji odnalazlam w sobie wiecej czulosci i milosci do mojego kraju, niz bylabym stanie zyjac w nim.

Kiedy jeszcze studiowalam, zastanawialismy sie, czy jest dla nas opcja zycia gdzies indziej niz w Polsce. Mam bliska rodzine w Niemczech, siostre Mamy, a moja Chrzestna Matke, z mezem i synem. (Syn, moj kuzyn w lecie wzial slub z piekna dziewczyna, Polska z pochodzenia tez w Niemczech wychowana, wiec mam teraz i kuzynke.)

Przez wiele lat z mniejszym lub wiekszym zapalem uczylam sie niemieckiego, w EMPIKu, prywatnie, w ogolniaku z matura zdana na 6 ;) i na studiach medycznych. (Teraz uwazam, ze byl to troche blad i pojscie na latwizne, angielski przydalby mi sie duzo bardziej, ale wybralam wyjscie latwiejsze do ogarniecia a na brak nauki nie narzekalam.)

Pierwsza mysl byla wiec moze na Zachod? Dosc blisko, przynajniej bez morza po drodze, jezyk juz cos znam... nawet sie z pomoca znalezionej lektorki a potem nawet kolezanki podszkalalismy jezykowo, ale kiedy poczytalam o warunkach pracy lekarzy w Niemczech poczulam, ze to nie do konca to...

Po kilku latach, jak juz bylam po stazu i nawet psim swedem zalapalam sie na luksus dla mlodego lekarza - etat, rozmawialismy dalej, dosc luzno jakie mamy mozliwwosci w Polsce - ja biegajaca przez wiele lat z pracy do pracy, dorabiajaca w gabinecie prywatnym, moze w jakims ZUS, plus dyzury, zeby splacic kredys na 2-3 pokojowe mieszkanie we frankach albo zarzynanie sie na budowe domu, do czego sie w ogole nie nadaje... Ciagle nerwy i utarczki z NFZ, za wlasne pieniadze jezdzenie na kursy, szkolenia, kupowanie ksiazkek... Monsz wlasnie odchodzil ze slepu, ktory nie wytrzymal konkurencji marketow, przeszedl do formu egzekujacej ubezpieczenia. ale to nie bylo to z roznych wzgledow... Kiedy stosunki w tej firmie doprowadzily go na skraj choroby wrzodowej i depresji, powiedzielismy basta. Nie tak, nie my.

Dawid, nasz syn jedyny jak sie okazalo z czasem, mial wtedy 6,5 roku, wlasnie mial zaczac nauke w 1 klasie. Chowal nam sie generalnie zdrowo i bez wiekszych problemow, ale troche wysilku wymagal jego rozwoj mowy, seplenienie, bardzo niewyrazne mowienie, problemy z ogarnianiem rzeczywistosci. Zostal dpuszczony jako rocznikowy 7latek do szkoly, ale z zaznaczeniem ze nie do konca jest do tego dojrzaly. (Puszczenie go jako 6latka, czyli faktycznie w wieku 5 lat 9 miesiecy byloby totalnym nieporozumieniem, ciesze sie, ze go to i nas ominelo.)

Poczatki nie byly wcale latwe. Polska szkola jaka jest, kazdy widzi. Wiele godzin spedzane kazdego dnia nad zadaniami, Dawida i nasza frustracja, zdenerwowanie, zmeczenie nie pomagaly. Dziecinstwo generalnie mu sie skonczylo, powazne zycie dyszalo nad ramieniem. I to nie bylo do konca fair, bo od pierwszych tygodni zniechecalo jego a i nas do szkoly.

Czulismy wiec cisnienie, ze jesli cos zmienic, wyrwac go z korzeniami to w miare szybko. Kiedy Niemcy odpadly, wybor padl na Skandynawie. Rodzina, rozumiejac juz, ze nas nie zatrzymaja wybor nawet popierala, nie bez kozery kraje skandynawskie maja dobry PR. Najpierw znow myslelismy o polozonej w niezadalekiej odleglosci ladowej Danii. Ale jej rynek pracy dla lekarzy na ta chwile byl wysycony i byly oferty tylko do Szwecji.

Po kilku miesiacach oczekiwania od pierwszych testow jezykowych (z wybranego jezyka w moim przypadku przepustka do Szwecji okazal sie niemiecki) i probnych lekcji, po raz pierwszy w moim zyciu, na kilka dni przed 7mymi urodzinami syna, polecialam z mezem samolotem a nawet dwoma w jedna strone na jak sie potem okazalo calkiem daleka polnoc Szwecji i po rozmowie - tu juz musialam wysilic moj licealny angielski, dostalam propozycje pracy.

Nie do konca chyba zdajac sobie sprawe z konsekwencji mojego czynu i wyboru, po moze 2 dniowym rozwazaniu sprawy z menszem podjelismy decyzje, JEDZIEMY... teraz, wszystko albo nic. Czulismy, ze w Polsce poza Rodzina niewiele nas trzyma a nowe ciagnie i ze wszyscy potrzebujemy zmiany, nowego startu. Dawid nie uczestniczyl w podejmowaniu decyzji, ale byl o wszystkim informowany i ciekawy jako to bedzie choc jednoczesnie jak to dziecko - przerazony.

Czekala nas jeszcze najpierw przeprowadzka cala rodzina na kilka miesiecy do Warszawki na kurs szwedzkiego (nie chcielismy sie rozstawac i w ten to sposob Dawid pol roku chodzil do szkoly w 100licy a monsz pracowal w sklepie sieci Select ale bez stacji, za to ze stacja TVN w poblizu i mial okazje sprzedawac pifko wielu znanym osobom), pewne moje przygody zdrowotne, ktore nieoczekiwanie moglu nam zycie wywrocic do gory nogami, pakowanie, wyrzucanie i juz moglismy rozpoczac nasza wielka szwedzka przygode.

Niezauwazalnie minelo nam kilka dni temu 7,5 roku bytnosci tu, prawie polowa zycia naszego syna i choc bylo wiele momentow trudnych to wyszlismy z nich obronna reka i mamy nadzieje z kolejnych tez wyjdziemy. Trzeba bylo do tego duzo cierpliwosci, ogromu pokory, sporo zaparcia i masy szczescia i do fajnych ludzi i sytuacji. A jednoczesnie mimo tych trudnosci, czujemy, ze to byla wlasciwa decyzja. Ze zyje nam sie latwiej, lepiej, spokojniej, dostatniej...

Ale o tym cos wiecej przy innej okazji.

środa, 16 grudnia 2015

Powoli i ociezale kontyuuje swoj Alfabet Emigracyjny. Mialam najpierw pomysl, zeby pisac o C jak Czas. Ale czas mijal a ja nie moglam jakos wymyslec co mam napisac. Moglabym w sumie ujac to w jednym zdaniu. Czas tutaj tez mija. Chyba inaczej, wolniej nic w Polsce, choc czasami mam wrazenie, ze jednak tez galopuje. Na pewno mam go wiecej dla Rodziny, bo nie musze biegac po kilku pracach, tylko moge skupic sie na jednej, ale ta praca jest angazujaca, odpowiedzialna i absorbujaca, wiec czasami czuje sie po dniu w przychodni tak psychicznie zmeczona, ze sil na inne aktywnosci brakuje. Z drugiej strony w Polsce stopniowo bylabym tez coraz bardziej odpowiedzialna za swoje lekarskie czyny a tam nie mialabym wsparcia w takim wspanialym zespole, wiec raczej nie bylabym mniej zmeczona.

Postanowilam wiec opowiedziec Wam w kilku zdaniach o C jak Ceny. Kwestia bolesna dla wszystkich, ktorzy maja w planach zwiedzanie Szwecji a jeszcze bolesniejsza w Norwegii. Nie powiem Wam wiec nic nowego. Generalnie jest drozej. Nawet jezeli ceny w Polsce tez stopniowo rosna i zaczynaja aspirowac poziomem do cen europejskich to Polska jest i chyba pozostanie krajem tanszym do kupowania i zycia. Dlatego jesli przyjezdzacie tu na krotko macie do wyboru albo przywiezc ze soba troche jedzenia, jakies puszki, chleb, zeby opedzic sie jedzeniowo mniejszym kosztem, albo... przez te kilka dni pozwolic sobie nie myslec za bardzoo cenach. Z reszta mam znajomych, takich, ktorzy mieszkaja w Polsce i nas odwiedzali, ktorzy podsumowali, ze nie jest az TAK strasznie ;) da sie cenowo wytrzymac.

W codziennym zyciu nie sa to tez roznice az tak odczuwalne, jak sie tu mieszka, pracuje, zarabia i wydaje. Drogi na pewno jest chleb, zwlaszcza taki, ktory z naszego polskiego punktu widzenia na ta nazwe zasluguje, smaczny, nieslodki, niegliniasty. Ale i w tej dziedzinie poprawilo sie w ostatnich latach m.in dzieki piekarni w Lidlu. Oczywscie pieka oni z polproduktow, ale chleb pachnie, smakuje prawie jak polski i zanizyl ceny. Szkoda, ze nie mamy poki co Lidla u nas w miasteczku.

Mieso tez jest ciut drozsze, pamietam, jak na poczatku dziwilo mnie, ze mrozony kurczak jest duzo tanszy niz niemrozony, mozna to ewentualnie uzasadnic zawartoscia wody ;) Droga jest zwlaszcza wolowina, ale przeciez kawalek dobrej poledwicy wolowej w Polsce tez kosztuje sporo no i jak czesto sie wolowine kupuje...

Chemia, kosmetyki... troche jest mi brak tanich marek, takich jak polska Ziaja, rzeczywiscie glownie sa tu kosmetyki marek swiatowych, ale da sie je kupic okazyjnie taniej bo sa sklepy dyskontowe czy wyprzedazowe jak Rusta, Dollars czy ÖoB. Inne rzeczy sa troche drozsze, ale sprawdzajac dane ze znajomymi i rodzina, chyba sie przez te ostatnie lata roznice zatarly. Poza tym raz w roku staram sie sobie uzupelnic moje ulubione kosmetyki z Polski i potem tylko wyjmuje sobie z magazynku. Kosmetykow nie kupie sobie w polskim sklepie w sztokholmie, przynajmniej tych ulubionych, wiec to wciaz woze z kraju, bo juz jedzeniowych zakupow prawie nie wozimy.

Jest dziedzina zakupow kobiecych, w ktorych polskich cen, ale przede wszystkim roznorodnosci barw, ksztaltow, materialow bedzie mi chyba zawsze brakowac. Nieeee nie sa to ciuchy, a przynajmniej nie najbardziej. Za to torebki i buty... cooooz. Buty kobiece nie sa Szwedow silna strona, dominuje czern, brzydkie, malokobiece modele, albo cena wali o glebe. Nic wiec az tak dziwnego, ze mam spora kolekcje butow i torebek z Polski, a ze mam fisia na punkcie kolorow, wiec sa one w (prawie) wszystkich kolorach teczy ;) i jest mi z tym dobrze. Maz troche marudzi,ze juz sie nie mieszcza, ale coz... jakos  przezyje. Torebki jeszcze od biedy mozna znalezc i tutaj, kolorki mniej urozmaicone, cena wyzsza... ale to co mi najbardziej przeszkadza to ich wykonczenie. Czesto zamek jest metalowy, taki ordynarny, nie pasujacy do stylu i koloru torebki, ze odrzucam ja nie zw wzgledu na kolor czy cene a wlasnie taki detal...

W kwestii elektroniki, sprzetu AGD roznice sa prawie niezauwazalne. Oczywiscie znajdziecie rzeczy tansze w Polsce, ale pewnie i takie tansze w Szwecji. Generalnie sprzety tak czy siak prawie w 100% kupujemy tutaj, a to ze wzgledu na mozliwosc zwrotu tzw. öppet köp (otwarty zakup, mozna w podanym przez sklep terminie po prostu zwrocic towar, bez podania przyczyny i dyskusji) i w 95% swietnie dzialajaca obsluge reklamacji i gwarancji oraz ubezpieczenia a w przypadku sprzetu ma to znaczenie.

Paliwo jest o jakies 30% drozsze, ale da sie znalezc stacje, zwlaszcza te bezobslugowe, tzn bez personelu typu preem, okQ8 itp i roznica na cenie litra paliwa moze dochodzic do nawet okolo korony. A najtansze paliwo w Szwecji mamy w naszej okolicy, w Härnösand, wiec zachecam do odwiedzenia nas i zatankowania przy okazji  haha... Niestety cena paliwa nie zawiera podatku drogowego, ktory placi sie oddzielnie, zaleznie od posiadanego auta, wydmuchowanego CO2, rodzaju silnika. Ale jestem w stanie ten podatek w sumie odzalowac. Bo stan drog, nawierzchni jest duuuzo duuuzo lepszy niz 80% drog w Polsce - siatka autostrad sie rozbudowuje, ale wiele mniejszych drog jest w oplakanym stanie... No i za autostrady w Polsce sie placi, w Szweji placi sie tylko za przejazd niektorymi mostami, tymi najwiekszymi.

To co w Szwecji jest zdecydowanie drozsze to wszelkiego rodzaju uslugi. A wyjasnienie jest jedno, wazne i istotne. Po prostu praca ludzka w tym kraju jest ceniona wyzej i jesli wykonanie czegos wiaze sie z poswieceniem na to czyjegos czasu, coz cena musi byc wyzsza. Cena uslug jest tego negatywna strona, wysokosc zarobkow statystycznego Szweda - pozytywna.

To co moze bardziej bolec w przypadku, gdy sie jest plantnikiem jest tempo wykonywania pracy przez statystycznego szwedzkiego robotnika, zwlaszcza jesli jest to hydraulik, kafelkarz czy inny specjalista remontujacy Ci dom. Taaak, bo w Szwecji jest scisla specjalizacja, rzadko zdarza sie fachman, umiejacy wszystko. Ma to swoje zalety, bo ilu polskich fachowcow niby umie wszystko a naprawde nic nie umie, ma wady, bo czasami powoduje przerwy w remoncie, na czekanie az nastepny specjalista bedzie mial czas sie nami zajac. stad polskie, sprawdzone, kilkuosobowe i wszechstronne ekipy polskich budowlancow, sa bardzo cenione i poszukiwane w Szwecji. Sa konkurencyjni cenowo, choc jesli pracuja na bialo to nie moga dac polskich stawek, ale powiedzmy, ze daja rozsadniejsze niz szwedzkie, zwykle oferuja pelen wachlarz uslug i tempo pracy. Jesli Szwed chce miec fakture to jeszcze odliczy sobie czesc kosztow samej robocizny od podatkow.

To co mnie boli bardziej to ceny uslug kobiecych a zwlaszcza chyba fryzjerstwa. Jakos nie moge, mimo walki przelmac w sobie niecheci do placenia za sciecie 400sek (niecale 200zl) albo ponad 1000sek (450zl) za farbowanie. Polskich fryzjerow, kosmetyczek itp dziala na pewno sporo w wiekszych miastach, jedne oficjalnie, inne w szarej strefie. Ceny zwykle maja konkurencyjne, na pewno sa kreatywniejsze. No i zawsze milo sobie poplotkowac przy kawie. No ale te uslugi nie sa dostepne dla mnie, mieszkajacej poki co na polnocy... Dlatego wlosy scinam najczesciej przy okazji pobytow w Polsce ok 2x w roku, czasami tutaj, Farbuje w domu albo w Polsce ;) Jak sie jednak kiedys przeprowadziy gdzies blizej lotniska mam zamiar urzadzac sobie wypady do Polski na zadbanie o siebie i kawke z ploteczkami z polskimi kolezankami. Ale to w przyszlosci.

Roznica na niekorzysc Szwecji czesto jest tez w cenach aut i pojazdow roznych, tak nowych jak i uzywanych. ALE w przypadku nowych aut warto popatrzec na oferowane wyposazenie bo najczesniej w Szwecji nie sa ferowane wersje najubozsze tzw golasy, pewne rzeczy sa wrecz w standardzie, glownie ze wzgledu na odmienne warunki pogdowe. Mozna tez bardzo czesto negocjowac cene, dostac jakies dodatkowe gadzety, opony, ubezpieczenie. Jesli wiec roznica w cenie nie jest znaczna moze sie oplacic. Zwlaszcza jesli chce sie iec auto tu zarejestrowane i moc je dalej tu odsprzedac. A w przypadku aut uzywanych szwedzkich, duzo trudniej dac sie oszukac, jest mozliwosc sprawdzenia oficjalnego przebegu a kupujac od salonu czesto nawet na starsze auto mozna dostac atrakyjne ubezpeczenie, dajace nieco wiekszy spokoj po zakupie.

Dyskusji o cenach nie wolno przeprowadzac w oderwaniu od rzeczywistosci. Pamietam nasze ciagle pytania o ceny skierowane do rodziny mieszkajacej w Niemczach, na ktora oni zawsze odpowiadali, ze takie porownywanie nie ma sensu bo ceny trzeba odnosic do zarobkow. I powiem tak... przecietny Szwed, zarabiajacy srednia krajowa jakos sobie radzi. Jak jest to para z dwojka dzieci, nie za drogim domem i normalnymi wydatkami na jedzenie, atrakcje to zwykle stac ich na auto albo dwa, moze nie najnowsze ale dzialajace, na splacanie pozyczki za dom i wakacje - np. w Turcji... ktora nie wiadomo dlaczego jest chyba najtanszym i najpopularniejszym celem podrozy dla rodzin z malymi dziecmi....Mimo, ze cenowe porownaniu praktycznie zawsze wypada na niekorzysc mojej nowej Ojczyzny to jednak albo nie marudze i place ta wyzsza cene, albo nauczylam sie sobie radzic z niedogodnosciami w ten czy inny sposob. Bo choc zarabiam troche wiecej niz srednia krajowa, wiadomo, ze nie lubie wydawac za duzo pieniedzy bez potrzeby ;) hehe...

Tyle na dzis. Nie mam pomyslu na wpis na Ć ... wiec pewnie kolejny bedzie D jak...

CDN.

wtorek, 24 listopada 2015

Z tym emigrowaniem za granice roznie bywa. Niektorzy emigranci wyjezdzaja sami, na chwile, zarobic na cos - auto, mieszkanie, dom, leczenie i wrocic. Albo w poszukiwaniu innego zycia, pracy za godna pensje, spokojniejszego zycia. Czasem wyjezdza para, malzenstwo, jesli maja potomstwo, dzieci zostaja czesto pod opieka rodziny. W Polsce w ostatnich latach sporo przybylo takich emigracyjnych "sierot".

Taki scenariusz w naszym przypadku w gre nie wchodzil. Tylko wyjazd calej rodziny bralismy pod uwage. A ze moj gen emigracji dzialal od dawna, myslelismy od poczatku o tym, ze bedze to wyjazd na stale albo przynajmniej na dlugo. Do pracy, do nowego zycia, by na nowe ziemi zbudowac nasze zycie od nowa. Bo choc Polske kochalismy, kochamy, kochac bedziemy i za nia i za nasza Rodzina tesknimy, nie potrafilismy w kraju naszego urodzenia dalej zyc i pozostac w zgodzie ze naszymi wartosciami, planami, oczekiwaniami, marzeniami.

Przeczytalam dzis wypowiedz mojej imienniczki p. Agnieszka Holland, ktora pasuje do mojego nastawienia. Pozwole sobie zacytowac:"Człowiek kocha tę rodzinę, ale czuje, że nie może się rozwinąć, nie może żyć, nie może odetchnąć pełną piersią. Więc wyjeżdża..."

O tyle bylo nam latwiej z takim nastawieniem tu sie zaaklimatyzowac, ze bylismy nastawienie na poznawanie, uczenie sie, dopasowywanie, nie stalismy w rozkroku z jedna noga jeszcze tam a druga juz tutaj. Nie, nie chcielismy stac sie Szwedami, ale chcielismy sie o nowym kraju duzo dowiedziec, jakos ta nowa rzeczywistosc oswoic, przysposobic.

Na szczescie  ja jechalam juz z jakims tam poziomem jezyka, moi chopcy musieli ta robote wykonac na miejscu. Stopniowo przyszedl czas na czytanie gazet, ksiazek, ogladanie TV czy kino. Bylo dla mnie niesamowita przyjemnoscia przeczytanie w oryginale sagi Millenium Larssona czy obejrzenie serialu komediowego podsmiewujacego sie ze szwedzkich wad Welcome to Sweden.

W kuchni wielkie zmiany nie zaszly, niektorych potraw nie ma w sklepie, jak chce zjesc pierogi musze je sobie zrobic (naprawde Mamutku ;)), ogolnie jemy raczej europejsko z akcentami polskimi, ale kilka szwedzkich potraw jest niczego sobie.

Muzyki sluchamy roznej, choc jakos szwedzka nam nie wpadla w ucho. Przez pierwsze lata mielismy glownie polskich znajomych, w wiekszosci calkowicie zaprzeczajacych przekonaniu, ze nikt Ci tak na obczyznie nie zaszkodzi jak Rodak. Ale po jakims czasie stopniowo grono znajomych szwedzkich jednak zaczelo sie powiekszac. Co jest wspaniale, bo sa to ludzie otwarci, weseli, chcacy nas nauczyc cos o Szwecji i sami od nas sie uczacy innego spojrzenia na swoj kraj i otwartosci na nasza Ojczyzne, Polske.

Pomysl na nowy projekt Klubu Polki na Obczyznie powstal w burzliwych umyslach czlonkin i wzbudzil poniekad spory zapal. Lista chetnych do pisania szybko sie zapelnila - ktora Polka lub Polak odpuscliby mozliwosc ponarzekania ;) choc to nie O TO tak naprawde w tym projekcie chodzi. Wielu komentujacych wczesniejsze wpisy nie do konca zrozumialy te towarzyszaca nam intencje.

U mnie niewielu czytelnikow, trolli chyba zadnych sie nie spodziewam, wiec licze na Wasz inteligencje i ze potraktujecie ten wpis z lekkim przymruzeniem oka. Jesli macie ochote poczytac inne wpisy dotyczace wielu europejskich i pozaeuropejskich krajow, zajrzyjcie TUTAJ. A o Szwecji pisaly juz GABI , POLKA W SZWECJI i HEMMA HOS JOHANSSONS oraz AGNES - mam nadzieje,ze zadnej Szwedzki nie pominelam?

Przejdzmy do wypelnienia zobowiazania projektowego, nie wiem ile rzeczy mi tu wyjdzie... (A jak zblizycie sie do konca, nie zapomnijcie przeczytac o tym, komu akcja jest poswiecona!!!)

Zacznijmy od...

1. BIUROKRACJI - coz... chyba stalszym czytelnikom mojego bloga nie musze wiele wyjasniac. Popelnilam ostatnio wpis na ten temat. Jest to moje chyba pierwsze zetkniecie z taka sciana szwedzkiej biurokracji, nie poddajaca sie ani logice ani telefonom z prawa i lewa w mojej sprawie.

Ale Szwedow uwielbienie slowa pisanego, czapkowanie zasadom, regulom, instrukcjom, wytycznym jest wszechobecne. Oczywiscie to nie jest tak, ze Szwedzi sa tacy swieci (maja tylko bardzo dobry PR na swiecie i sami sa wychowani w szacunku dla tego co jest po szwedzku zrobione) i zadnych od nich odstepstw nie robia w zyciu, ale maja jednak mniejsza tendencje do zycia w odcieniach szarosci niz ogolnie mowiac Polacy.

Zazawyczaj zauwazam tego spore zalety, czasami jest mi to doskonale obojetne. Tym razem okazalo sie to byc moim wrogiem. Chyba wrogiem nie do przejscia. Co sie okaze w ciagu tygodnia.

2. NUMEROLOGIA - ciag dalszy szwedzkiego uporzadkowania. W kolejce w aptece, Izbie przyjec, rejestracji, na Poczcie, w stoisku wedliniarskim, serowym, wszedzie, gdzie nie ma samoobslugi, znajduja sie male automaciki lub wieksze, ktore po nacisnieciu przycisku zaopatruja Cie w numerek. Podlug tego numerka jestes obslugiwany. Ni wczesniej ni pozniej. Nie moglam sie w ogole dluuuugo  do tego przyzwyczaic, choc widze zalety. Mozna sobie spokojnie usiasc z boku zamiast deptac sobie po palcach i dyszec w kark osobie przed Toba. Ba, raz jak na Poczcie przede mna bylo chyba z 8 osob, zdazylam jeszcze szybkie zakupy zrobic na hali (u nas Poczta jest w markecie, tuz obok kas i sklepiku z fika), zanim moja kolejka przyszla i nie musialam sie nikomu tlumaczyc, zajmowac sobie miejsca. Ryzyk fizyk mogla mi ewentualnie kolejka przepasc.

Ale do jednego aspektu kolejkowego nie potrafie sie przyzwyczaic. Jak wchodze gdzies, nie ma NIKOGO. A nikt mnie nie obluzy, poki sobie tego numerka nie nadam ;) po czym 5sek pozniej on sie nie wyswietli na tablicy... wtedy mozna podejsc. Noooooo wiecie co, haha, az moja polska dusycka chce to obejsc. Czasami sie nawet udaje...

3. SPOTKANIA - calkowite przeciwienstwo Polski, gdzie tak wiele spraw zalatwia sie z kolegami z pracy w przelocie a zasady czesto sa nadawane odgornie a nie dyskutowane i analizowane przez tych, ktorych beda dotyczyc. I o ole wiadomo, ustawy, zalecenia oszczednosci budzetowych sa ustalane na wyzszym szczeblu, o tyle mnostwo spraw fajnie jest moc przedyskutowac w jakims mniejszym gronie, zrobic burze mozgow, podzielic sie swoja i zaczepnac z wiedzy innych itp. Jednak w Szwecji czasami az glowa peka od tych wszystkich spotkan.

Przyklad? Co tydzien 4h we wtorki dopoludnia siedzimy na konferencji. Najpierw nowe skierowania, potem rozdzial spraw, gdzie trzeba przyjac telefoniczne zglodzenie od pacjenta, kolejna czesc to raportowanie od osob, ktore robily pierwsza ocene nowych pacjentow, tzw bedömninssamtal, zeby ustalic co z nimi dalej, nastepnie kazdy moze podniesc jakichs swoich problematycznych pacjentow czyli takich kotrych ja lekarz np. chce skierowac do psychologa albo takich spraw ktorych osoba prowadzaca terapie potrzebuje sie poradzic. Ogolnie potrzebne spotkania wiadomo. Ale czasami siedzac te 4h dostaje juz bilaej goraczki. Ale to nic. Bo co 4tygodnie PO tych godzinach sedzimy KOLEJNE 4h po lunchu na tzw APT Arbetsplatsträff czyli spotkania osob pracujacych w danym miejscu pracy. Tu szef daje nam informacje z tego co sie dzieje w organizacji, dyskutujemy rozne mniej lub bardziej wazne sprawy administracyjne. Tez potrzebne. Owszem. Ale czasami podjecie najprostszej decyzji trwaaaaaaaaaaa tyyyyyyyllllleee, ze umieram. Juz nie mowiac o decyzjach powazniejszych.Choc one zwykle zapadaja na Dniu Planowania Paneringsdag. Taki mamy srednio raz do roku, zwykle gdzies poza praca, siedzimy wtedy caly dzien, czesciowo wszyscy, potem jest praca w podgrupach, zeby kazdy mogl dojsc do glosu i potem opowiedzenie do czego doszlismy na forum ogolnym. Analiza konsekwencji i nastepstw, zyskow i strat. Propozycja zmiany, postanowienie od kiedy i kiedy skontrolowac, jak to dziala...

Ale zeby to wszystko nieeeee... Lekarze maja swoje spotkanie oddzielnie, ok 2h, do tej pory mielismy lokalnie co 2 tygodnie bo bywal na nim nasz szef, teraz mamy reorganizacje w klinike wojewodzka, szefowa siedzi w Svall, wiec nasze lokalne beda co 4tyg a jeszcze przez video tzn taka aplikacje, rodzaj Skype, raz w mesiacy mamy spotkanie z wszystkimi lekarzami na psychiatrii w wojewodztwie...

ITD. Oszczedze Wam wiekszej ilosci detali. Ja ogolnie samo to, ze rozmawiamy bardzo baaaaaardzo lubie. Uwazam, ze to konieczne dla rozwoju i wspolpracy. Tylko czaaasami mam dosc ilosci tych spotkan. Zwlaszcza jesli sa bezpproduktywne.

4. SNUS - slyszeliscie? TU mozecie przeczytac pare slow na ten temat. Ogolnie ja NIENAWIDZE papierosow. Zwlaszcza palenia przy jedzeniu czy kiedy ktos idzie tuz przede mna albo stoi na przystanku i dmucha mi dymem w nos. Nigdy nie palilam. Popalam pojedyncze papierosy na imprezie. Glownie,zeby dostac troche nikotyny do krwioobiegu i uniknac bolu glowy, troche ze wzgledow plotkarsko-towarzyskich. Ale na trzezwo, w domu, bleeeee... Snus niby jest tych rzeczy, ktore mnie denerwuja w papierosach, smrodu, dymu pozbawiony. Czemu wiec darze go antypatia. Najgorszy jest luzny snus, wyobrazcie sobie usmiech osoby, ktora ma to na dziasle nad zebami, jak to wyglada??? Albo jak ktos spluwa tym kolo Was? Mam odruch wymiotny, no nic na to nie poradze. Zwlaszcza, jak jest to ladna, fajna dziewczyna... Snus w torebkach jest nieco tylko lepszy, ale obserwowanie niektorych moich wspolpracownikow, jak go namietnie wyciagaja oslinionego spod wargi, pakuja do pudeleczka, wyciagaja kolejny i pakuja pod warge... nooooo bleeeeee... PUBLICZNIE? Ja rozumiem nalog... niby otoczeniu nie wadzi. Ale razi moje poczucie dobrego smaku...

5. SYSTEMBOLAGET - kolejny nalog. Calkowicie w zasadzie znacjonalizowany. Panstwo kladzie lape na wszystkich podatkach ze sprzedazy. Przynajmniej tej oficjalnej. Nie, nie jestem alkoholiczka. Taaaak wiem i tak bym sie nie przyznala, faza zaprzeczenia. Ale lubie sie napic. Czasami dronka z mezem. Czasem na imprezie. To, ze musze ja planowac z wyprzedzeniem, bo po 18 w dni powszednie, po 19 w czwartki i po 13 w sb oraz wcale w niedziele nie moge kupic sobie alkoholu - nie dlatego, ze mieszkam na wsi, tylko dlatego, ze alkoholowy zamkniety??? Oczywiscie ani Szwed ani Polak glupi nie jest - my i tak mamy sporo zapasu alkoholu z Polski wszelakiego, w tym takiego,jakiego tu nie ma, oraz zakupy robimy na wolnoclowce i przywozimy z wyjazdow wakacyjnych na wyspy rozne, Szwedzi pedza sobie w domu na uzytek wlasny, meliny na pewno w miescie istnieja, wiem, ze sa od pacjentow i kolegow, choc nie wiem gdzie bo mi ta wiedza niepotrzebna.

W zwiazku tym propaganda uzasadniajaca istnienie kontroli Panstwa nad handlem alkoholem statystyka, zmniejszaniem ryzyka, ze biedne szwedzie dzieci beda sie chowaly w domach z pijacymi rodzicami, do mnie nie trafia. (filmiki sa na YOUTUBE np. TEN czy TEN ).

Jak ktos bedzie chcial pic za duzo, bo jest chory, ZADNA propaganda i statystyka go nie powstrzyma bo albo pedzi sam, albo wie kto pedzi albo wypije wszystko co ma alkohol. Taka to choroba. A normalni, zdrowi ludzie powinni byc traktowani jak dorosli i moc sobie alkohol zakupic jak ich najdzie potrzeba. Normalnie w sklepie - nie tak do 3,5%... Skoro juz ktos to kiedys dopuscil do obrotu... Taka jest moja opinia, choc z alkoholikami stykam sie w pracy i widzie ile alkohol czyni zla. Ale nie czyni go mniej w Szwecji mimo tych dzialan,a pielgrzymki do Systemu w czw i pt sa jak w Polsce na Jasna Gore...I Panstwo zaraaaaabiaaaa... W sumie az dziw, ze jeszcze nie zalegalizowali marihuany...

Do niedawna podobnie sprawa sie miala z lekami, jak przyjechalismy poza apteka nie bylo ZADNYCH lekow. Chyba z 5 lat temu nastapilo odpanstwowienie, powstalo kilka sieci aptek i troche mniejszych prywatnych w duzych miastach. Tu jestem nieco bardziej sklonna przytaknac pewnej kontroli, np. ostatnio ze sklepow wycofano preparaty Paracetamolu, ktore sporo osob uzywalo do prob samobojczych, zalatwiajac sobie na cacy watrobe. Tu na pewno trzeba sporo edukacji, choc Szwedzi sa i tak dokladniejsi niz Polacy z informacja o lekach w aptece, no ale nie uzyskasz tej informacji poza nia...

6. LAGOM (szw. w sam raz, akurat, nie za duzo, nie za malo itp) i JANTELAGEN (PRAWO JANTE) - czasami przyczyniaja sie do tego, ze Szwedzi chowaja sie za taka maska politycznie poprawnych, nie wystajacych, nie umiejacych sie przepychac lokciami, bronic swoich przekonan, wystawac ponad innych. Chca byc akuratni, pasowac wszystkim, a we wspolczensym swiecie taka postawa nie sprawdza sie. Pewnie, ze nie jestem zwolenniczka drugiego biegunu i ze nie wszyscy Szwedzi tacy sa, ale jest ich sporo i czasami bardzo ich to hamuje w rozwoju.

7. TACK czyli dziekuje. Na kazdym kroku i na wiele sposobow. Czasami az za czesto. Wiedzieliscie, ze Szwedzi nie mowia: Podaj mi to, prosze tylko Podaj mi to, dziekuje? I tak to w jezyku szwedzkim dziekuje sie czesto.Nie wiem w zasadzie, czy samo dziekowanie az tak mi przeszkadza, ale niekiedy brakuje mi wladnie polskiego prosze, poprosze.

A i ja Wam niniejszym dziekuje za cierpliwosc w czytaniu mojego postu. Minelo nam 7 lat na Obczyznie. Mysle wiec, ze nie bedzie nietaktem napisanie, co nas tu uwiera. Moze jeszcze nie przywyklismy. A moze nigdy sie nie przyzwyczaimy do pewnych rzeczy. Co absolutnie nie zmienia faktu, ze wyjazd, decyzje o emigracji uwazamy za dobra decyzje dla naszej rodziny, tam, wtedy, z tych powodow, ktore nami kierowaly. To ze nie jest zawsze rozowo swiadczy tylko o tym, ze kraj-raj nie istnieje, jest utopia, ale kto by chcial mieszkac w utopii?

Wakacyjny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” -Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Wciaz brakuje ponad 30 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.

Więcej info: PRZEMEK

Aby Was zachecic za każde 25 zł wpłacone na akcję "Autostopem dla Hospicjum" możecie wybrać pocztówkę z różnych miejsc na świecie! Lista krajów poniżej - czas tylko do końca listopada!

USA (Teksas, Miami, Centrum Kosmiczne im. Johna Kennedy'ego, NASA, Chicago)
Włochy (Perugia, Asyż, Rzym, Watykan, Turyn, Asti, Aosta, Florencja)
Bułgaria (Sofia)
Francja (Paryż, Strasbourg)
Niemcy (Dorstn, NRW, Berlin)
Belgia (Bruksela)
Hiszpania (Saragossa)
Maroko (Casablanca)
Australia (Perth)
Irlandia (Dublin)
Holandia (Hoorn)
Dodatkowo mamy dla Was pocztówki z takich krajów, jak: Wielka Brytania, RPA, SZWECJA (!!!), Szwajcaria, Irlandia, Holandia, Portugalia.

Wiecej informacji na STRONIE KLUBOWEJ.

Wczoraj o pewnych trudniach aklimatyzacyjnych w Holandii pisala ANNA GREGOROWICZ a juz... dzis (moj post planowany byl na poniedzialek, ktory chwile temu sie skonczyl) kolejny marudny post u DOROTY STRZELECKIEJ piszacej o pieknej Hiszpanii i Maroku.

wtorek, 17 listopada 2015

Czuje sie jakbym walila lbem w twarda jak skala sciane szwedzkiej biur(w)okracji. Zacznijmy od poczatku.

7 lat temu jeszcze calkiem mloda polska lekarka zamyslila sobie wyjazd zagramanice. Do Szwecji. Jako obywatelka ciudnej EU przeszla miekka sciezka, jej wyksztalcenie zostalo uznane na bazie specustawy zwanej na gabinetach dyrektywa 2005/36/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 7 września 2005 w sprawie uznawania kwalifikacji zawodowych. W koncu studia zacne, legitymacja jest, trzeba sie dobrem dzielic i lekarzom prace zagramanica umozliwic.

Hurrrrra moja legitymacja lekarska polska przeksztalcila sie po wyslaniu paru papierkow w legitymcje szwedzka. Pozostala do pokonania skromna przeszkoda w postaci jezyka szwedzkiego. W zasadzie NIE MUSIALAM nic udowadniac. Moglabym z legitymacja owa i walizka przyjechac i szukac pracodawcy, sklonnego mnie przyjac, raczki ucalowac i kurs szwedzkiego zapewnic. Wiem, ze tak mozna bo mam kolegow lekarzy, ktorzy tu na miejscu sie jezyka uczyli z dobrym skutkiem o sobie teraz pracuja, sie specjalizowali, leki wypisuja, pacjentow lecza, odpowiedzialna prace wykonuja.

Ja poszlam inna droga. Moze trudniejsza, ale mi bardziej pasujaca bo ustrukturyzowana, dajaca tez ludziom na tym interesie zarobic. Landsting zaplacil, chyba jednak nie wiecej niz za moje utrzymanie jako jednostki uczacej sie jezyka a jeszcze nie pracujacej, czyt. nie produkujacej wizyt. Ja sie jezyka od podstaw nauczylam na poziomie porownywalnym do tego, ktory bym musiala kiedys osiagnac, przed dyrektywa EU, by tu jako lekarz pracowac, poziom, ktory musza osiagnac i udowodnic czarni na bialym lekarze z krajow 3 swiata spoza EU.

Zostalo to przez kursodawce udokumentowane, 3x w trakcie kursu zdawalismy egzaminy bazujace na egzaminach krajowych z jezyka. Bylam w wierchuszce, nie chwalac sie. No prawie najlepsza na kursie bylam. Miodzio.

Przyjechalam bec, rzeczywistosc dala w leb, mimo swietnych rezultatow nauka szwedzkiego w praktyce szwedzkiego medycznego a przede wszystkim szwedzkiego codziennego zabrala pare lat zycia i wciaz trwa.

W miedzyczasie lekareczka sobie rozne kursy konczyla, zwykle, specjalizacyjne ale i uniwersyteckie, a jakze. Czemu nie jak jej kazali, dali, zaplacili. Psychoterapie. Kurs naukowy - taaaak ten byl najlepszy, organizowany przez uniwersytet w Svall, dajacy punkty wyksztalcenia wyzszego, a jakze. Po paru latach specjalizacje skonczyla, psychiatra sobie zostala. Pare lat popracowala i ... zatesknila do szkolnej lawki.

Bo pojawil sie kurs, ktory ja zainteresowal. Medycyna ubezpieczeniowa. Zwolnienia lekarskie, opiniowanie dlugotrwale niezdolnych do pracy pacjentow. Jakos tak wyszlo. Bo choc nie szwedka po czasie niedlugim doszla do takiej wprawy w pisaniu zwolnien, zaswiadczen lekarskich do renty, ze ma ok 0,1% zwrotek z prosba o uzupelnienie. Nieee nie 10%. Nawet zostala zaproszona do wspolpracy z reprezentantami odpowiednikow polskiego ZUS, UP, gminy i sejmiku wojewodzkiego, zeby reprezentowac psychiatrie i srodowisko lekarskie. Bardzo ja chciano namowic na kurs. ZUS ja namawial, pracodawca. Udalo sie jej nawet przewalczyc, ze ZUS doplaci pracodawcy, zeby miala czas na nauke w czasie pracy. Bo ze kurs sam na koszt pracodawcy i w czasie pracy to normalka w tym kraju, wiec zaden cymes.

Jezuuuuu ale rozpuszczona. Jeszcze pare lat temu tez bym tak myslala. Ale przy psach wieszanych na Szwecji i zmianach w tym pieknym kraju, kryzysie finansowym w sluzbie zdrowia i oszczednisciach - to wciaz jest väldfärdsland, kraj dobrobytu i tu sie na pewnych rzeczach jeszcze NIE OSZCZEDZA.

No ale o co chodzi z biurwo... przepraszam z biurokracja... Otoz TO nie jest juz kurs lekarski,  w ramach specjalizacji. To jest kurs uniwersytecki. Na Karolinska w Solna. A co. Studia podyplomowe mozna by powiedziec. Noooooo i sprawa sie rypla. Radosnie wyslalam co mialam, legitymacje szwedzka lekarska, dowod zdobycia specjalizacji, dyplom lekarski polski... ale zaczelam miec zle przeczucia. Bo na liscie wymagan na stronie antagning.se (antagning - przyjecie na przyklad na studia) pojawilo sie cos, z czym jako wyjety spod zasad obowiazujacy dla innych studentow w Szwecji lekarzyna nie musialam miec wczesniej do czynienia: HÖGSKOLEBEHÖRIGHET czyli wszechszwedzki zasady co szwed lub nie szwed musi udowodnic czarno na bialym zeby w Szwecji studiowac.

Svenska B/3 och Engelska A/6.

Taaaa... Niewazne, ze jestem dochtor, ze znam jezyk, ze z nim na codzien pracuje, na dooooosc zaawansowanym poziomie, ze lecze Szwedow, pisze zaswiadczenia, zwolnienia, opinie. MUSZE czarno na bialym udowodnic, ze znam szwedzki na pozomie 3. Sposob? Egzamin TISUS juz... 10 maja 2016r. Albo kurs w Komvux, taka szkola dla doroslych, ktorzy sie pogubili w gimnazjum albo zle wybrali kierunek, chcieli skonczyc zawodowke a potem zmadrzeli i chca jednak studiowac itp. i egzamin tamze. Kurs na 100p. zeby zrobic inny kurs na 22p. A co...

No doooobra, w Szwecji studiuje, niech po szwedzku udowodni, ze mowi. A co z tym angielskim... Kurs w medycynie ubezpieczen jest po szwedzku, zeby nie bylo. Po angielsku w literaturze jest kilka artykulow dodatkowych dla gleboko zainteresowanych, jak na kazdym kursie tutaj. Ale i na psychoterapii i na kursie naukowym mialam PODRECZNIKI po angielsku i dalam rade. NIKT NIGDY nie chcial ode mnie papieru na to ze dam rade. Ale teraz muuuuusze udowodnic, ze znam angielski. Nieeee, nie ma zludzen, moj angielski czynny lezy i kwiczy z reszta uczylam sie tylko 3 lata w liceum i co prawda mam BDB ale w roku 1996. Prawdopodobnie musialabym miec MATURE z min. 2005r. Albo egzamin na Uniwersytecie. Szwedzkim. Koszt 2500sek. Sa organizowane raz na jakis czas, z biegu nie przystapie bo musialabym (w koncu) przysiasc pare tygodni. A czasu niet. Ze dalabym rade przeczytac artykuly ze zrozumieniem a calosc egazminow jest i tak po szwedzku nie ma najmniejszego znaczenia.

Bo wszystko musze skompletowac do 30 listopada. Tlumaczenie przysiegle dokumentow to pikus, nawet wykaz przedmiotow z uczelni daloby sie zdobyc. Ale wyzej wymienione... Wale, wale, glowa mnie boli, odsylaja mnie od Annasza do Kajfasza, dzwonie, tlumacze, rozmawiam. Chyba nie dam rady przebic muru. Biurwy... biurokracji.

Poddaje sie. Nie no jeszcze nie ale za chwile. Nic tylko sie pociac. Dac sie pociac. Spox, nie mam planow samozniszczenia, zwyczajnie dostalam termin wykonania zabiegu odhalluxowania pierwszej stopki. 9 grudnia. Swieta spedzam w tym roku z nozka w gorze na zwolnieniu lekarskim. Min. 2-3 tygodnie. W porywach do 6. Dowale sobie znieczulajacymi i mi bedzie wszystko jedno.

HOUGH.

sobota, 05 września 2015

Z pewnym jak to u mnie bywa czasowym poslizgiem ale w checia i zapalem, ktorych mam nadzieje do konca Emigracyjnego Alfabetu mi wystarczy postanowilam zapelnic nieco swoj wolny czas i ostatnio pustawego bloga wpisami na kolejne literki alfabetu. Prawie na pewno nie znajdziecie u mnie wpisow na wszystkie literki, bo w glowie pustka i nie na kazda litere przychodzi mi cos ciekawego i emigracyjnego do napisania.

Inicjatorka projektu jest Dee z bloga Nie zawsze poprawne zapiski Dee, a blogowo/internetowo/facebookowo polaczyl nas Klub Polki na Obczyznie ofkors.

Zaczynamy?

Moze sie tak nie powinno, ale w przeciwienstwie do Dee nie mieszkam w kraju na A, nie zaczne wiec od refleksji o Szwecji, ale o sobie. Nieskromnie? Moze? Ale tej emigracji nie byloby beze mnie. Wyjazd byl zorganizowany przez firme headhunterska wylapujaca zdesperowanych i zmeczonych praca w polskim systemie SLUZBY zdrowia medykow i dentystow i po nauczeniu nas od biedy szwedzkiego/dunskiego/norweskiego rzucajaca nieswiadomych niczego dochtorow na gebokie wody Emigracji.

Wiec A jak Agnieszka - rocznik 1977 )najlepszy), urodzona i wychowana w Legnicy, Skorpionica, w dziecinstwie spokojna i posluszna kujonka, z czasem coraz bardziej poszukujaca swego miejsca na ziemi dusza, troche ryczaca jeszcze-trzydziestka, ale nie za bardzo bo nastoletniemu synowi przyklad trzeba dawac. Od gdzies tak 12-13 roku zycia wiedzialam,ze chce isc na medycyne. I poszlam. I sie dostalam, choc jako cykor wolalam wybrac dalej od domu polozona uczelnie w Bygdojszczy ;-) co mnie kosztowalo morze lez wylanych przy rozstaniach z najpierw chlopakiem, potem narzeczonym a w koncu mezem.

Na studiach szlo mi lepiej niz powinno jesli wziac perspektywe czasu spedzanego przy ksiazkach. Ale medycyna to sztuka dedukcji i kojarzenia faktow, wiec na tym bazowalam bardziej niz na 100% wykutej teorii. Po urodzeniu syna kontynuowalam nauke we Wroclawiu, potem staz podyplomowy w Legnicy.

Poza wycieczka szkolna do Wloch, wymiana licealna z niemieckimi uczniami, pobytem u chrzestnej od lat mieszkajacen w bylym RFN i wyprawa na piwo do Harrahova, nigdy nie bylam za granica. Skad wiec taki pomysl by wyjechac z Polski na stale? Jesli nasz inny projekt dojdzie do skutku dowiecie sie wiecej ale moge zdradzic, ze choc Polske kocham, mentalnosciowo nie do konca do niej sie wpasowalam i jak moja chrzestna mama i jednoczenie moster - siostra mamy, czulam, ze w Polsce sie dusze i jako obywatel i jako lekarz.

Decyzja o emigracji nie jest latwa, ten kto tak mysli i sam wyemigrowal jest szczesciarzem albo slepym glupcem ;) ten kto w kraju, powinien oczy otwirzyc i z paroma emigrantami pogadac. Kazda historia jest inna, ale tak czy siak wiele sie zostawia. My materialnie moze nie mielismy wiele, cow pewnym sensie ulatwilo nam i sam transport i juz potem zakorzenienie sie w nowym miejscy, ale to co zostawia kazdy z nas to Rodzina, znane od dziecinstwa katy, przyjaciele, znajomi... wszystko trzeba porzucic i zaczac od nowa.

W dodatku calosc pomyslu w naszym przypadku bazowala na moich barkach, na moim zawodzie, kompetencjach i oferowanej mi pracy i pensji. Chlopcy byli na przyczepke, co z jednej strony zdejmowalo z ich barek ciezar odpowiedzialnosci za powodzenie, z drugiej zwlaszcza temu starszemu wiele krwo napsulo...

What doesn't kill you - makes you stronger, spiewa wokalista naszego rodzinnie ulubionego zaspolu Metallica. I chyba moge sie pod tym podpisac. Nieraz wcale nie chcialam i czulam, ze juz dluzej nie dam rady byc silna, ciegnaca emigracyjny wozek Agnieszka, ale nie bylabym soba, upartym, walczacym, nie poddajacym sie Skorpionem, jeslibym odpuscila. Nie zaluje, dobrze sie tu czuje, tesknie, ale nie wracam, jesli zycie mnie nie zmusi, na dluzej niz na pare dni w odwiedziny albo juz na emeryturze...

Jestem teraz prawie 40-letnia kobieta, lubiaca (zwykle) siebie, bez kompleksow, z ktorymi nie daloby sie jakos zyc, zadowolona z wiekszosci zyciowych decyzji, majaca od 20 prawie lat tego samego partnera, od ponad 16lat meza i calkiem udanego i przystojnego syna, ktory spora dawke intelektu odziedziczyl po mamusi i moze, kto wie, tez bedzie lekarzem? Mam dom ze swiezo zrewitalizowanym ogrodkiem, wypasiona rodzinna prawie nowa bryke Skode Superb, ktora na trasie idzie jak zloto pod noga meza, mam drugie jezdzidelko na dojazdy do pracy, Suzuki Ignis Ignacym zwane. W domu nie brakuje milosci, czasami sa sprzeczki czy klotnie, ale na lagom poziomie (kto nie zna jeszcze szwedzkiego slowka lagom, musi poczytac alfabet dalej). W pracy mam zupelnie inny komfort pracy z pacjentem, zespol, ktory mnie wspiera, szefowa jest wlasnie nowa, wiec jeszcze zobaczymy jak bedzie. Ale tu czy gdzies indziej, w Szwecji jest taki niedobor psychiatrow, ze perspektywy mam szerokie i wlasciwie ode mnie zalezy gdzie i za ile i jak dlugo chce pracowac. Troche gorzej z praca dla meza ale i na to mamy pomysl.

Stanowczo mam wiecej rzeczy, osob, zdarzen, dla ktorych warto zyc a chwil slabosci i zwatpienia po pierwszym okresie po wyjezdzie juz coraz mniej. Nie wiem co mnie czeka, przyszlosc planujemy pare miesiecy do przodu. Choc wyjazdu ze Szwecji raczej nie przewidujemy, to juz przeprowadzke raczej tak, pewnie na poludnie albo przynajmniej do srodkowej Szwecji. Albo prace na sztafetach... kto wie...

Ale poki co do konca roku na pewno, moze do konca syna szkoly albo jej obecnego högstatiowego czyli na polski gimnazialnego etapu, jestem sobie Agnieszka z Ångermanland, dalekiej krainy polozonej 2000km od mojego rodzinnego miasta, 1100km od poludniowego kranca Szwecji, krainy tak dzikiej, odleglej jak i pieknej. Slawie jej uroki, mozecie poczytac o tym w poprzednich wpisach, m.in. w bajce o Niedziedziu i opowiesci w ramach projektu Klubu o Top 5 moich ulubionych miejsc w nowej ojczyznie. Nie zaluje, ze rzucilo mnie az tutaj, bo pewnie jak kazdy rasowy Szwed uwazalabym, ze Szwecja konczy sie na poziomie Uppsala.

Co bedzie dalej? Dalej... bedzie B ;-) chyba, ze pomozecie mi wymyslic jaki wyraz na Ą? Haha... nie no nie na Ą ale z literka Ą... Pomozecie, to cos bedzie a jesli nie to za tydzien B jak.............................................

Jak Wam sie podoba projekt?

Jesli chcecie poczytac inne wpisy wpadnijcie na bloga Dee, Anny, Francuskie Zycie, Justyny... moze ktos sie jeszcze dolaczy? Nie trzeba pisac na sile na wszystkie literki i jak widzicie nawet pisanie na okreslony dzien nie jest niezbedne. Wazne, zeby pisac z sensem i na temat :)

CU.

czwartek, 30 lipca 2015

Klub Polki na Obczyznie jest juz Wam znany z moich wczesniejszych wpisow m.in. TOP 5 MOICH MIEJSC W SZWECJI, WPISU BAJKOWEGO czy tez REFLEKSJI EMIGRANTA. Teraz moje zdolne i piekne kolezanki- emigrantki przez cale wakacje zajmuja sie kolejnym fascynujacym projektem blogowym, mianowicie tym razem zapraszaja mnie, Was i innych internautow do poznawania UKOCHANYCH ZAKATKOW POLSKI - wiecej w linku.

Tymczasem w tle wszystkich naszych krotszych projektow trwa cos dluzszego, rownie - jesli nie bardziej - ciekawego i kreatywnego. Mianowicie PODROZ MUCHY PLOTKARY I MISIA SMUTKA.

O co chodzi, zapytacie. Dwie szydelkowe, kolorowe lalki podrozuja juz od kilku miesiecy pomiedzy rozsianymi po calym swiecie czlonkiniami naszego Klubu. Ich MAMUSIA czule je wydziergala, pokazala im pierwsze miejsca ne ich drodze, RZYM a potem rada-nierada wypuscila w szeroki swiat. Ojcem, ktory je wymyslil, narysowal i planuje ozywic w projekcie filmowym jest wspanialy Animator i Rysownik p. Zbigniew Stanislawski. W planach jest nakrecenie animacji pt. Planeta Wyobrazni i wlasnie podsypiajacy Misiek Smutek i rozgadana Mucha Plotkara maja byc tegoz filmu bohaterami. Chcielismy wiec pomoc p. Zbyszkowi w rozpropagowaniu postaci i idei filmu, a kto wie, moze i w jego powstaniu?

Przed p. Zbigniewem daleka droga zanim film powstanie. A przed nami a raczej naszymi lalkami dluuuga droga do pokonania, lacznie ponad 96000km. Wiec ruszajmy ;)

Czekalam na moich gosci niecierpliwie, zanim w koncu dotarli do mnie zwiedzili spory kawalek Wloch, oprocz RZYMU zwiedzili PERUGIE, GENUE, DOLINE AOSTY, MEDIOLAN i VICENZE. Byli jeszcze na SLOWENII, potem Smutek i Plotkara odwiedzily CYPR, z predkoscia blyskawicy przeniosly sie do TURCJI by stamtad powedrowac do BULGARII.

Nagle okazalo sie, ze TAAAAK teraz moja kolej. Poczta tym razem zadzialala z szybkoscia Blyskawicy i moi goscie wyladowali w Kramfors w pewien niestety pochmurny, choc lipcowy poniedzialek.

I zaraz dali znak zycia:

DZIEN 1

***Halo, halo...
*STOP* Czy ktoś mnie slyszy?
*STOP* Tu Mucha Plotkara i ten no. MARUDA!!! Znaczy się PŁACZEK...
*STOP* Khem khem moja miła Muszko zaraz Cię walnę w uszko!
*STOP* Oj noooo... Smutek nooo...
*STOP* Wywiało nas na jakąś Północ
*STOP* Malwina obiecywała upały a tu d...a znaczy się deszcz!!!
*STOP*Póki co jakaś laska Agnieszka co udaje, że jednak jest lato, haha, zabrała nas do pracy.
*STOP* Dr.A albo ARA ją podobno zwą bo na jej nazwisku języki sobie łamią a z imienia jakaś im Anjeska, Agnierzska czy inna pokraka wychodzi.
*STOP* Aaaa i jeszcze ma pseudo BLIXTEN. Bo taka szybka jest jak błyskawica. Podobno...
*STOP* Oby to nie oznaczało burz z piorunami bo my zwiedzać chcemy a potem wracać na południe bliżej cywilizacji - podobno następny przystanek w Sztokholmie u Pauliny???
*STOP* PS. Tylko ja nie wiem czy mam brać to do siebie, że ONA jest PSYCHIATRĄ??? Ty... Marr... znaczy się Smutek... a moze ktoś tu pije do tej rakijki??? aaaa nie leczy uzależnień? To może da się coś napić????
*STOP* Over cisza w eterze bo p. Doktor pracuje.
*STOP* A my zaklinamy pogodę. Byeeeeee... cooo??? A. Mówi że nie bye ale hejdo... aaa nie hejdå... jakie dziwne a z kółeczkiem... haha jak? Święte? A ä i ö rogate????
*STOP* (Odezwiemy się po zwiedzaniu, baaaaaj).

 

Smutek i Plotkara odwiedzili mnie w pracy.

W czasie lunchu nawet wyszlo slonce, dajac nadzieje za mile popoludnie.

Pokazalam moim gosciom dom i ogrod.


Chyba im sie spodobalo, bo choc przerwa lunchowa sie konczyla, im ani w smak bylo wracac do poradni.


Na szczescie kazdy dzien pracy w koncu sie konczy. Moglismy w koncu pojechac do domu. Niestety pogoda splatala nam figla i sie zbzila... Ja jednak nie mialam wyjscia, spalac kalorie trzeba... W planach byl ok. 6km spacer. Najpierw, myslac, ze nieuchronnie musza isc ze mna, Smutek juz myslal, ze dostanie zawalu a Plotkara najbardziej bala sie, ze umoczy skrzydelka.

W koncu jednak ulitowalam sie i pozwolilam moim gosciom odpoczac i zadomowic sie w moim polsko-szwedzkim domu podczas mojej przechadzki.

A potem zaprosilam na cos do jedzenia i picia.

 No tak... naobiecywalam im piekne, prawie biale noce... a tu tak sie zanioslo, ze noc byla prawie czarna pierwszego dnia. O temperaturze w okolicach 10st wole nie wspominac...

Najwyzszy czas bylo sie polozyc, wciaz liczylismy na to, ze wtorek zaoferuje nam lepsza pogode.

 

DZIEN 2

*** HALOOOOO...
Tu szwedzkie radio Wolna Plotkara.
*STOP*
Jak wiecie jesteśmy na głębokiej Północy Europy (choć nasza gospodyni Agnieszka twierdzi, że do koła podbiegunowego jest 600km - Szwedzi mówią, że 60 mil, przyjemniaczki... dzięki temu do najbliższego większego miasta mają 10mil a nie 100km... Nooo już, już Smutku, koniec dygresji)
*STOP*
Wracając do Północy nasza opiekunka twierdzi, że słońce zachodzi tu teraz na krótko i w nocy nie jest ciemno od połowy maja do końca lipca.
*STOP*
Musimy jej wierzyć na słowo bo po całkiem przyzwoitej pogodzie w porze lunchowej popołudniu deszcz pokrzyżował nam plany tak wycieczki jak i spokojnego jasnego wieczoru.
*STOP*
Prognozy na dziś są różne. Jedne mówią, że będzie padać inne, że nie. I bądź tu mądry... ale ani ja ani nawet Smutek nie tracimy nadziei (póki co), że jeszcze coś więcej tu zobaczymy.
*STOP*



Wtorek uratowal pobyt Smutka i Plotkary. 

Co prawda chmury byly, ale prawie nie padalo, dalo sie wiec pojechac na mala wycieczke.

Rach ciach, zaraz po pracy, wspoczylismy do samochodu u boku naszego najwspanialszego kierowcy i w droge...

Najpierw MOST SANDÖBRON - Wyspy Piaskowej, o ktorym wspominalam Wam w Bajce o Björnie.

Potem zatrzymalismy sie nad rzeka a wlasciwie nad szwedzkim szerokim fiordem ÅNGERMANÄLVEN,  ktorym pelnomorskie statki wplywaja az 10km za Kramfors do fabryki papieru i stolarni. A stamtad widac juz bylo kolejny cel naszej podrozy...

 

Po chwili zblizalismy sie juz do HÖGA KUSTEN BRON - Mostu wysokiego wybrzeza, o ktorym wiecej przeczytacie w TYM wpisie.

 

Widok na most i szeroko rozlewajace sie ujscie rzeki zapiera dech w piersiach niezaleznie od pory roku. I na moich gosciach zrobil wrazenie...

Smutek i Plotkara chetnie zostaliby w Hotelu z takim widokiem, albo wzieliby przyklad ze Szwedow wakacjujacych sie na parkingu w rzadkiem ustawionych kamperach... A tu trzeba bylo jechac...

Przejazd przez Most prawie przyprawil Smutka o atak paniki a Plotkarze nie zamykala sie buzia.

Po ok. pol godziny bylismy nad morzem, zwanym tu Zatoka Botnicka, w rezerwacie przyrody SMITTINGEN

Chyba w tym miejscu lekko zachmurzne niebo robi nawet wieksze wrazenie na moich gosciach niz czysty blekit...

W drodze powrotnej wyszlo slonce, moi Nowi Przyjaciele nie oparli sie pokusie malej relaksujacej drzemki na balkonie.

A dzieki bezchmurnej nocy mieli okazje doswiadczyc jak jasno jest w Ångermanland o tej porze roku. Zdjecie zrobione ok polnocy ;)

Srodowy poranej mamil pieknym sloncem i ciepelkiem. Ale juz po 10 zachmurzylo sie i zgadniiiijcie. Taaa.. spadl deszcz. Ze smutkiem musialam zrezygnowac z planow pokazania moim gosciom TOP 1 moich ulubionych miejsc, ROTSIDAN...

Zamiast tych przyjemnosci, musialam wykupic im podroz z POSTEN NORD do kolejnej Klubowiczki Pauliny. W koncu ich szwedzka podroz dopiero sie rozpoczela... Szkoda, ze pobyt u mnie trwal tylko 2 dni...

Plotkara juz ze sztokholmu wciaz nadawala jak rasowa reporterka...

***STOP*Tu Plotkara - radiowa reporterka stulecia *STOP* Jestesmy juz u Pauliny ale nie sadzcie, ze deszcz calkie zabral nam przyjemnosc pobytu w Norrland *STOP* We wtorek byla przerwa w 3dniowym potopie i udalo nam sie zobaczyc male-co-nieco *STOP* Powiem Wam... calkiem calkiem, chyba uwierze Agnieszce, ze to piekny kawalek przyrody. *STOP* Wypatrujcie wkrotce obszerniejszej relacji na blogu ... ***

Nooo z tym wkrotce jak widzicie troche mi zeszlo, ale OTO jeeeeeeest...

Kilka fotek sytuacyjnych...

To byly mimo wszystko udane dni. A jak Wam sie podobaja Smutek i Plotkara noooo i moje okolice? Kto przyjezdza na wycieczke do Norrland????

Jesli nasza akcja Wam sie podoba i chcecie ja sledzic i dowiedziec sie wiecej o filmie i postaciach oraz ich Tworcy zajrzyjcie TUTAJ.

Mamy fanpejdz, Instagram, Twitter i w ogole, pelna profeska ;) nooo prawie, ale staramy sie...

 

A poki co pozdrawiamy, Agnieszka, Plotkara i Smutek ;))))))

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Kolejny wpis w ramach mojej skromnej działalności w Klubie Polki na Obczyźnie.

Tym razem w ramach PROJEKTU TOP 5 UKOCHANYCH MIEJSC (kliknijcie na link, tam znajdziecie wszystkie wpisy w ramach projektu, który potrwa jeszcze do 30go czerwca).

TOP 5 MOICH Ukochanych Miejsc będzie oczywiście obejmował miejsca w Szwecji, moim aktualnym miejscu zamieszkania, a także drugiej Ojczyźnie... Ale tak naprawdę postanowiłam się skupić na moim własnym podwórku, w zwiazku z tym wszystkie miejsca na mojej liście odnajdziecie w promieniu mniej niż 10 mil szwedzkich, czyli 100km od miejsca gdzie mieszkam, miasteczka Kramfors. Wynika więc z tego, że są one położone w poludniowej czesci polnocnych rubiezy Kraju Zimna i Wikingów, czyli w NORRLAND.

A dlaczego tak? A dlaczeg nie??? Moglabym pisac o Sztokholmie, Åre, szwedzkich gorach, Uppsala... Ale to nie sa miejsca, najblizsze mojemu sercu...

Kiedy padł pierwszy raz pomysł napisania maili do tego projektu, pomyślałam taaaadam... Oto będzie mi dane pochwalić się przed szeroką publicznosciaą mojego bloga ;) moimi perelkami, tzw. smultronställen, czyli miejscami, bez których moja egzystencja na emigracji byłaby zdecydowanie smutniejsza, bardziej szara, chyba gorsza, na pewno brzydsza. To są te miejsca, w które zabieramy w pierwszym rzędzie nasze rodziny, znajomych i krewnych królika. A ze nikt i tak sie tak daleko nie wybierze, wiec szansa vel. ryzyko, ze mi je zabierzecie jest znikoma, haha... Ale przynajmniej bedziecie wiedzieli, co tracicie.

A więc...

TOP 5 UKOCHANYCH MIEJSC AGUSI:

Zaczniemy od miejsca ostatniego czyli:

5. SMITTINGEN

W mojej okolicy nie ma zbyt wielu piaszczystych plaz. Ta jest polozona rzut berecikiem, jedyne 5 mil szwedzkich czyli 50km od mojego domu. Jest niewielka, w porownaniu do polskiego dlugiego, piaszczystego wybrzeza to ledwie mala piaskownica. A jednak ma swoj urok.

Oczywiscie prawidziwe lato, cieple, sloneczne, suche nie jest w polnocnej Szwecji zbyt dlugie. Ale to miejsce moze przyciagac do wycieczek i w zimie. To m.in tam zabralismy nowo poznanych znajomych ze stolycy, a teraz gdzie mieszkaja??? 30km od nas ;) Innych naszych przyjaciol poznalismy nigdzie indziej jak na knytkalas czyli skladkowym grillu polskim na tejze plazy.

Pojawiaja sie tam surferzy z deskami. Najczesciej w porzadnych cieplochronnych piankach. Lubiacym wedrowki moge polecic okoliczne skalki i groty. W lecie zas mozna przyjechac ze znajomymi, na boku pogrillowac. Jak odwaga nie opusci zanurzyc sie w wodzie. A w celu spalenia kalorii nadprogramowych mozna np. pograc w siatkowke plazowa ;)

4. HÖGA KUSTEN BRON

Jadąc na polnoc ze Sztokholmu droga E4 nie napotkacie zbyt wielu charakterystycznych punktow.  Droga ciaaaagnie i ciaaaagnie, raz ma po dwa pasy w jednym kierunku, raz w jednym dwa w drugim jeden i tak na zmiane, z rzadka zmienia sie w wezsza droge tylko z jednym pasem ruchu w kazda strone. Bez trudu nawet taki cykor jak ja wyprzedza tu nawet långtradare czyli dluuuuugie ciezarowki czesto i z naczepa i przyczepa, mogace miec w Szwecji nawet do 25m 25cm bez dodatkowego pozwolenia...

Prawde mowiac GPS po wybudowaniu mostu nad zatoce w Sundsvall przez ponad 400km bedzie Was prowadzil prosto, tzn. droga bedzie sobie skrecac, ale nie musicie zbaczac z E4, jedzie sie bez swiatel i przejsc dla pieszych – jednym slowem no usnac moooozna...

Ale ok. 80km na polnoc od Sundsvall,  jakies 20km za Härnösand w ktorym skreca sie na Smittingen, dojedzecie do ujścia rzeki Ångermanälven, jednej z najdłuższych rzek Szwecji (ponad 420 km). Kiedys E4 tutaj skrecala wglab ladu w kierunku na moje miasteczko Kramfors i prowadzila caly transport i ruch drogowy innym, starszym mostem Sandöbron, przerzuconym w duzo wezszym miejscu ujscia rzeki czy tez raczej szerokiego, szwedzkiego fiordu. Teraz juz mozecie do mnie nie wpasc na kawe bo przez rzeke przejedziecie na wprost po przerzuconym nad Ångermanälven wiszącym mostem czyli wlasnie Höga Kusten bron.

Tuz przez nim jest tablica swietlna, uruchamiana jesli wieje mocniejszy wiatr. Wtedy warto naprawde zdjac noge z gazu, zwlaszcza jesli jechalibyscie wyzszym autem. Moj maz mial okazje przejezdzac tym mostem ciezarowka i jak dyma, trzeba kontrowac kierownica przy przejezdzie miedzy elementami konstrukcyjnymi, ktore chronia przed wiatrem na chwilke, poki nie wyjedzie sie na kawalek mosta pomiedzy nimi...

Przęsło mostu jest trzecie pod względem długości w Europie, wiec chwile sie mostem jedzie. Jesli nie wieje warto rozejrzec sie naokolo, bo widok zwlaszcza wiosna i latem jest przesliczny. A jeszcze lepiej po przejechaniu przez most skrecic na parking po prawej stronie, kolo Hotelu Höga Kusten, gdzie znajduje sie punkt widokowy i maly plac zabaw dla dzieci, butik z pamiatkami. Hotel zostal ladnie wkomponowany w otoczenie tak, aby wszyscy mogli podziwiać wspaniale widoki. Wiele osob wlasnie dlatego zatrzymuje sie i spi w hotelu, w ktorym jest tez badtunna, czyli beczka z grzana woda z widokiem na most i czesto organizowane sa pokazy i smakowanie np. lokalnie produkowanej WHISKY BOX (jeszcze nie ma jej w normalnej sprzedazy, wciaz dojrzewa, ale raz na pol roku w Systembolaget, czyli jedynym miejscu w Szwecji poza lokalami z zezwoleniem mozna kupic alkohol mocniejszy niz 3,5%; innym lokalnym alkoholem o ktorym napomknę jest HERNÖ GIN - niektore gatunki dostepn w Systemie, warto poprobowac).

Na szerokim jak zatoka morska ujsciu rzeki czesto kladzie sie gesta mgla, dzieki czemu most robi nieco upiorne wrazenie ;) Dla ciekawostki rzeka utrzymywana jest w plywnosci nawet jesli ciezka zima skuje ja lodem, bo wplywaja nia na ponad 30km statki pelnomorskie transprtujace towary to i z fabryki przemyslu drewno-papierowego Mondi.

Bedac w tym miejscy warto, w spokoju nacieszyc sie pieknem okolicy a w hotelu zjesc lody, napic sie kawy albo i zjesc smaczny lunch. W podstawie jednego z filarow mostu jest tez sala koncertowa w ktorej od czasu do czasu organizowane sa koncerty. I pomyslec o tym, ze wlasnie wjezdzacie w obszar zwany Wysokim Wybrzezem – Höga Kusten, ktory jest wpisane na liste UNESCO swiatowych dziedzictw naturalnych od 2000r.

Jadac dalej na Polnoc bedziecie mogli podziwiac wspomniane Wysokie Wybrzeze.Droga sporymi kawalkami ciagnie sie bardzo blisko wody, zwlaszcza w sloneczny wiosenny czy letni dzien ciezko oderwac wzrok od widokow na odcinku Hotel Höga Kusten do Örnsköldsvik. Höga Kusten ciagnie sie jeszcze dalej, ale ten odcinek jest najfajniejszy do obejrzenia dla kogos, kto tylko przejezdza tedy. Jesli jednak macie chwile, warto zatrzymac sie przy hotelu i przejsc kawalek szlaku pieszego wzdluz wybrzeza albo owiedzic pobliskie piekne punkty – patrz 3,2 i 1 ;)

 

3. SKULESKOGEN

Dzis park narodowy, ponad 100 lat temu przez czlowieka wyeksplowatowany dosc silnie. Natura pokazala jednak, ze ten teren jest stworzony pod las. Niskie i wyzsze gorki a momentami wyplaszczenia, caly krajowbraz zostal uksztaltowany przez lodowiec ok. 9000 lat temu. Lod wcisnal teren wglab i odcisnal swoje pietno na skalach, potem kiedy lodowwiec zszedl teren wypietrzal sie, poczatkowo szybko terazproces wypietrzania sie trwa nadal z predkoscia ok 1m/100 lat co jest jednym z najwiekszych na swiecie temp wypietrzania. Na teren Parku mozna wjesc z roznych kierunkow, jesli chce sie w dosc zacienionych fragmentach przejsc w miare sucha stopa warto poczekac przynajmniej do konca maja albo i do czerwca. Bardzo charakterystycznym punktem Parku, do ktorego warto dotrzec jest szczelina Slåttdalsskrevan, ktora ma 200 metrów długości, 40 metrów głębokości i 7 m szerokości. Jaki czlowiek czuje sie w niej malenki. A nad szczeolina unosza sie gory, z ktorych jest po prostu niezapomniany widok na okolice, na Wysokie wybrzeze w calej rozciaglosci.

Po drugiej stronie E4 warto wspomniec znajduje sie Skuleberget, na ktora mozna latem wjechac wyciagiem, mozna wejsc piechotka albo wspac sie po linach. Widok z gory jest tez niczego sobie a na szczycie jest male schronisko – jadlodajnia.

I jeszcze cos dla dzieci w lecie Rövarbyn. Bylismy tam w sumie dosc dawno temu, zaraz po przyjezdzie w 2008 roku, potem dziecko bylo jeszcze raz w podstawowce na koniec 3 klasy. Teraz juz troche wyroslo ale mysle,ze dzieciaki do lat 10 moga miec tam mila zabawe a dorosli moga albo zjesc w barze co nieco albo sami sobie ugrillowac, laweczki i miejsce jest.

 

2. ULVÖN

Jak sa fiordy, musza byc i wyspy. No i sa a i owszem, szkiery czyli skärgård w okolicach Örnsköldsvik (czytaj Yrnszyldswik albo po prostu swojsko Övik – Ywik) – nie umywa on sie moze do szkierow okolic Sztokholmu, ale z pewnoscia z perspektywy jachtu musi byc piekny. Ja jako osoba niezeglujaca, musza sie zadowolic ogladaniem go ze stateczkow, przewazacych mnie na wyspy. Wysp tak dostepnych jest wiecej, nam sie udalo 2 lata temu z naszymi przyjaciolmi odwiedzic wyspe Ulvön, czyli Wyspe Wilcza. Wlasciciwe sa to dwie blisko siebie lezace wyspy, poludniowa i polnocna – ta druga z portem, hotelem, punktem widokowym. Mozna przyplynac tu z rana i popoludniu wrocic do domu albo zostac na noc. Na pewno jesli pogoda dopisze warto wziasc ze soba sprzet piknikowy, kanapeczki, ciasto, no wiecie. Jak sie nocuje, z pewnoscia mozna sie smacznie posilic w hotelu. Nie wiem... jeszcze nie probowalam...

Na wyspie mozna sprobowac lokalnie produkowanego kiszonego sledzie surströmming, nalezacego do miejscowego szwedzkiego folkloru. Niektorzy Szwedzi nie moga bez niego zyc. Inni go nienawidza. Jedno jest pewne - nie mozna wobec tego zapachu a nawet smaku przejsc obojetnie. Ale jednoczesnie tradycja nakazuje jedzenie go z taka bateria dodatkow, ze smaku samego sledzia prawie sie nie czuje. Wiec, nie pokochalam, sprobowalam, wiecej juz nie musze.

 

A teraz, moi mili - werble, orkiestra, ordery, medale... miejsce najwyzsze:

1. ROTSIDAN

Aaaaaach no nie wpadlibyscie na to, prawda? Jesli czytujecie moje wpisy na blogu nie sposob bylo chocby w bajce o Björnie z Norrland nie zauwazyc, jaka estyma darze to miejsce. Na czym polega jego urok?

Nie ma w moim regionie zbyt wielu zabytkow, muzeow... silna strona tego rejonu jest przyroda... Rotsidan jest perelka tutejszej przyrody, to... niby nic... zwykla plaza kamienista, w ogromnej wiekszosci pokryta duzymi, plaskimi, wygladzonymi falami glazami. To wspolne dzielo lodu, morskiej wody i czasu. Rezerwat przyrody a jednoczesnie co gwarantuje szwedzkie prawo Allemansrätt miejsca dostepne dla kazdego, przynajmniej od maja do wrzesnia, a dla rozsadnych ludzi z autami z napedem 4x4 i podwyzszonym zawieszeniem nawet juz od marca do konca pazdziernika.

Od parkingu prowadzi sciezka przez las i po paru minutach jestescie na miejscu. Uwazajcie tylko pod nogi, moje zeby i pieeeekna twarzyczke pewnego razu uratowal tylko niesiony w rece duzy termos z kawa. Termos zginal smiercia tragiczna, moja twarz ocalala. Monsz twierdzi, ze winne byly eleganckie a nie sportowe sandalki, ja - ze korzenie przecinajace sciezke.

Ale nieee, nie bojcie sie, bo da sie tam dojechac z pewna pomoca nawet wozkiem inwalidzkim. Skad wiem? Widzialam. Poza tym po przejsciu jakis 500m natkniecie sie na... WC dla niepelnosprawnych z podjazdem dla wozkow... I na pomosty miedzy skalami by moc wozkiem moze nie dojechac nad sama wode, ale choc do miejsc gdzie mozna...

... rozpalic ognisko... taaak, w rezerwacie... Drewna nie musicie taszczyc z daleka. Lezy pieknie pociete kolo toalet, kawaleczek od plazy. Mozecie tez rozpalic wlasnego grilla, ale czyz polska kielbaska nie bedzie cudnie smakowala prosto z metalowego, teleskopowo rozsuwanego kijka z DollarStore, na plastikowym talerzu w ÖverskottsBologet ÖoB, z polska musztarda i szwedzim ketchupem? A gdy juz sie posilicie, napijecie zaparzonej przez meza na turystycznej kuchance kawki, usiadzcie na foteliku, jesli mimo polowy lipca w bluzie przewiewa Was do szpiku kosci (Norrland...), zawincie sie w kocyk i...

... wsluchajcie sie w szum fal, szelest drzew, pokrzykiwania rybitw. Ukojcie zmeczone codziennym pospiechem oczy widokiem spokojnej blekitnej wody a moze wlasnie tego dnia rozbijajacych sie o skaly fal.

Ten widok jest niezapomniany. I poza szczytem sezonu urlopowego w lipcu, nie musisz go dzielic poza wlasna rodzina z wieksza iloscia osob niz moze z 10. W szczycie moze bedzie och ok. 30-40 na dlugosci przynajmniej kilometra...

Dosyć słów... Zdjęć z Rotsidan mam mnóstwo... dla Was wybrałam te z ostatniotygodniowego spotkaia pracowego, które właśnie tam się odbyło... Njutajcie... znaczy się cieszcie...





 Moja 5tka TOP miejsc moglaby zostac spokojnie rozszerzona jeszcze o kilka pieknych miejsc w okolicy. Ale mialo byc 5 i jest. Jesli macie ochote dowiedziec sie wiecej o tych i o innych miejscach w mojej najblizszej okolicy poswieccie sie i przeczytajcie jest Bajke o Niedzwiedziu :) zwlaszcza przypisy. Jesli zrobily na Tobie jakies wrazenie moje cudownosci, zostaw slad w komentarzach, zawsze to fajnie wiedziec, ze ktos czyta moje wypocinki... No i zerknij jeszcze na link poniezej. TY tez mozesz pomoc...

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Postanowiliśmy w Klubie, że każdy z naszych projektów będzie dedykowany fundacji / organizacji charytatywnej / osobie prywatnej potrzebującej pomocy. Ten projekt postanowilismy zadedykować Stowarzyszeniu Piękne Anioły, które zajmuje się remontem pokoi dzieci z biednych rodzin.

                      

Wspaniała inicjatywa (nie)zwykłych ludzi, którzy zmieniając najbliższe otoczenie dzieci z rodzin wielodzietnych / biednych, często odmieniają ich życie. Jeśli więc nasz projekt i ten post Wam się spodoba, prosimy o wsparcie – nawet symboliczne – Pięknych Aniołów.

Więcej informacji znajdziecie na stronie Stowarzyszenia ANIOŁY

środa, 22 kwietnia 2015

Poniższa opowieść powstała w ramach projektu marcowego “BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie maja możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów. Zapraszam do lektury pierwszej w moim życiu bajki :)

***********************************************


"Istnieje mapa bez krańców świata - są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce. Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy - nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj."


         *** Niedźwiedź z Norrland ***


-  Ojej a gdzie my tym razem jesteśmy??? - zapytała uśmiechnięta od ucha do ucha Karinka, już ciesząca się na czekająca ich nową przygodę. Pokochała te odległe podróże w magiczną mapą... Ile one już dzięki niej przeżyły... Krótkie, ciemne włosy dziewczynki błyszczały w promieniach słońca przebijających się przez gęstwinę liści.
- Nie mam pojęcia... Nooo na pewno nie jest to park rozrywki ani żadne miasto... - Starsza z sióstr, Ala rozejrzała się ostroźnie dookoła, ale poza tysiącem drzew: świerków, sosen i brzóz, nie widziała żadnej żywej istoty... A przecież zawsze ktoś na nie czekał... Kawałek dalej drzewa były jednak jakby nieco rzadsze.

- Tam jest chyba jakaś polanka, chodź, rozejrzymy się, może ktoś tam jest... - powiedziała, biorąc młodszą dziewczynkę pewnie za rękę. Miała ochotę ją przytulić, jak to miała w zwyczaju, gdy mała czegoś się przestraszyła, ale powstrzymała się. Nie chciała by siostra domyśliła się, że Alę zaniepokoiła cisza panująca w otaczającym je lesie i to, że nikt nie czekał na nie w nowym miejscu, w które przeniosła je magiczna mapa.
- Dobrze, chodźmy – powiedziała Karina – jestem taka ciekawa, co będziemy dziś robiły, że aż w nocy nie mogłam zasnąć. Każda nasza wyprawa jest taka fascynująca... i inna...

Przeszły kilka kroków i rzeczywiście - drzewa rozrzedziły się a spomiędzy nich zaczęły być wyraźnie widoczne ogromne głazy, większe niż obie dziewczynki kiedykolwiek wcześniej widziały.
- Woooow... co to jest – zdziwiła się Karinka, wypowiadając na głos to samo, co pomyślała Ala.

 

 

- To pamiątkowe kamienie – dziewczynki aż wysoko podskoczyły do góry z okrzykiem przestrachu, kiedy zza jednego z głazów usłyszały cienki chłopięcy głosik.
 - Ooooch... ale nas przestraszyłeś... Myślałyśmy, że nikogo tu nie ma – Ali udało się ukryć lekkie drżenie głosu i tylko serce biło jej szybko. Ale przecież była tą starszą, większą siostrą, miała już 12 lat i musiała dawać przykład małej Karince - Kim jesteś?
- Mam na imię Björn, Björn Björkqvist, do usług.
- Bjoern Bjoerkwist? - Karinka roześmiała się perliście – Ojej jak śmiesznie Ty to wymawiasz, jeszcze nie znałam nikogo, kto by się tak nazywał. To w ogóle nie brzmi jak imię i nazwisko...
- Ależ oczywiście, że to jest moje imię i nazwisko. Björn to przecież normalne imię, wielu chłopców tak się nazywa... Rodzice je lubią, bo znaczy też „niedźwiedź”... a björkqvist to popularne nazwisko no i znaczy „gałązka brzozy”.
- Naprawdę? - zdziwiła się Ala, mało co nie gryząc się przy tym w język, bo przecież mama uczyła ją, że nieładnie jest tak się dziwić czy wyśmiewać z tego, jak ktoś się nazywa... No i w sumie była to ciekawa opowieść a ona interesowała się językami.
- Nooo przecież. Nie wiecie? Przecież mówicie po szwedzku? - zapytał chłopiec, śmiesznie marszcząc w wyrazie zdziwienia czoło.
- Po szwedzku? To my jesteśmy w Szwecji? - Karinka miała oczy wielkie jak spodki ze zdziwienia.
- Nooo... przecież... rozmawiamy po szwedzku. Rozumiecie mnie?
- Rozumiemy... ale nieee... my nie znamy tego języka. - zdziwiła się Ala. Jak to jest możliwe... Choć właściwie... przecież właśnie się przeniosły z tajemniczą mapą w jednej chwili na odległość wielu tysięcy kilometrów. Nic nie jest niemożliwe... Więc może mówią też po szwedzku? Choć na ten jeden dzień? Albo przynajmniej chłopiec rozumie ich polski... czy jakoś tak psiejsko, czarodziejsko rozumieją się nawzajem. Zaje... fajnie ;)

Tymczasem młodsza z dziewczynek w ogóle nie kłopotała się kwestią języka, ona uwielbiała poznawać nowych ludzi, niezależnie od ich narodowości, języka czy wyglądu, a zwłaszcza lubiła poznawać dzieci.
- Ala, słyszysz??? Szweeeeecja... Suuuuper. Kocham dzieci z Bullerbyn, Pippi jest w dechę, aaaa i to piękne muzeum z wyłowionym statkiem też przecież jest w Szwecji, co nieee??? Mówiliśmy o tym ostatnio z naszą Panią na lekcji. Oooooo to będzie fajna wycieczka...
- Ale zaraz, zaraz... - żywo zaprotestował Misiek... (To znaczy Björn, ale ponieważ Niedźwiedź nie pasowało nijak do dość wysokiego, ale szczuplutkiego chłopca, Ala w myśli od razu nazwała go Miśkiem) – Świat Astrid Lindgren to jest w Junibacken a statek królewski w Sztokholmie, w Muzeum Wazy, a to jest 50mil, tzn. 500km stąd. Więc nie wiem, jaki był cel Waszej podróży, ale chyba zgubiłyście się. Przecież Wy jesteście w pónocnej części Szwecji, w Norland. A dokładniej w Län Västernorrland a w krainie Ångermanland. A to miejsce jest w gminie Kramfors. A nzywa się Häxberget, Górze Czarownic. (1)

- Czarownic? - teraz Karinka poczuła lekkie mrowienie na plecach, ale widząc uśmiech chłopca szybko o tym zapomniała i z fascynacją słuchała jego historii o tym, jak w XVII w. w pobliżu odbył się wielki proces czarownic i wiele z nich niestety tu właśnie pożegnało się z życiem. Mimo, że sama historia była trochę przerażająca, jednak ani Ala ani Karina nie bały się, bo ich młody szwedzki kolega opowiadał z ogromną fantazją i cały czas się uśmiechał.
- No właśnie... tak to było... i od tamtej pory okoliczni mieszkańcy wierzą że miejsce, gdzie tyle kobiet podejrzewanych o czary straciło życie, nie może być zwyczajne. Postawiono tu te głazy, by jakoś uczcić ich pamięć i ludzie, którzy tu przychodzą wierzą, że miejsce ma magiczną moc...
- Ha, na pewno. To pewnie dlatego to tu przybyłyśmy z naszą magiczną mapą.
Dziewczynki uraczyły chłopca opowieścią o tym jak już od wielu tygodni podróżowały po całym świecie za pomocą mapy.
- No skoro przyjechałyście taki kawał chętnie bym pokazał Wam okolicę. Może nie mamy tu wielkich miast, muzeów ani lunaparków, ale wokół pełno jest pięknej przyrody i urokliwych miejsc. Tylko... ja chyba nie mogę stąd daleko odejść. Nigdy nie próbowałem, ale...
- Dlaczego ??? – chórem zapytały siostry.
- Booo... widzicie... ja tak naprawdę... tylko się nie bójcie... Pamiętacie jak wspominałem, że to miejsce ma magiczną moc? Bo ja... ja... jestem naprawdę niedźwiadkiem. Małym, nie zdążyłem urosnąć. Wiecie... - chłopiec zaczął wyrzucać z siebie zdania, jakby obawiał się, że dziewczynki mu przerwą albo uciekną – kiedyś wędrowałem tu za mamą... Mówiła, żebym szedł zaraz za nią...ale tu było tyle kwiatków i liści... i ja odbiegłem od niej na chwilę. Potem szukałem jej i szukałem... Dzień i noc... i cały dzień... ale nie znalazłem. Po kilku dniach przyszedłem w okolicę tych głazów. Cały czas myślałem tylko, jak bardzo bym chciał odnaleźć mamę i że już zawsze będę się jej słuchał. Ale moim drugim marzeniem, jeszcze wcześniej było aby móc być dzieckiem, ludzkim dzieckiem. Widziałem je w trakcie naszej wędrówki i one były... takie wesołe, uśmiechnięte, beztroskie, rozbiegane...
Ala i Karinka podeszły do chłopca i usiadły na kamieniu obok niego, spojrzeniem zachęcając Miśka do kontynuowania tej niewesołej ale fascynującej opowieści.
- Wszedłem między kamienie i nagle usłyszałem miękki głos mówiący, żebym się nie bał, że już niestety nie odnajdę Mojej Mamy, ale jestem dzielnym, wesołym misiem i poradzę sobie. Na te słowa pomyślałem, że w takim razie chcę być małym chłopcem. Ku swojemu zdziwieniu usłyszał chichot i głos mówiący:
- Mój drogi, nie wiem co aż tak Cię fascynuje w byciu człowiekiem, ale mogę spełnić Twoje marzenie. Jest tylko jeden warunek, nie jestem pewna, jak daleko po tylu latach sięgają moje czary, więc musisz chyba mieszkać całe życie jak najbliżej kręgu, bo inaczej jest ryzyko,że czar zniknie.
- Tu jest tak pięknie, że nigdzie nie chcę się stąd ruszać.
- Wspaniale. No i... to nie warunek... ale prośba... odwiedź mnie tu czasami... lubię patrzeć jak dzieci się bawią. Chociaż mnie samej nie widać...
Björn ochoczo się zgodził. Przecież domyślił się, że to musi być któraś w młodych dziewcząt, które tu straciły życie... ta najwidoczniej nie całkiem bezpodstawnie... I od tej pory, już od kilku lat był małym chłopcem. Znaleźli go okoliczni mieszkańcy i przygarnęli. Rósł i rozwijał się, jak inne dzieci. Śmiał się, biegał, wiele popołudni spędził w okolicy kamieni bawiąc się z kolegami, z przyjemnością chodził do szkoły i uczył się. Czasami tęsknił za niedźwiedzią mamą, to pokochał swoją nową, ludzką mamę.
- Jaka piękna historia. Wiesz, kiedy ją opowiadałeś... - Ala była już duża i poczuła, że nie chce zabrzmieć dziecinnie...
- Ty też usłyszałaś chichot? Jakby jakiejś młodej dziewczyny? To na peeeeewno jest jakaś dobra czarownica... - powiedziała Karinka – To znaczy była... choć właściwie... ona wciąż tu przecież jest? Niedźwiadku, może poprośmy ją żebyś mógł nam pokazać okolicę?
Dziewczynki teraz już wyraźnie usłyszały w szumie wiatru śmiech. Rozejrzały się, ale nikogo nie było widać. Wtedy usłyszały głos mówiący:
Myślę, że się uda. Czuję, że ta Wasza mapa ma cudowną magiczną moc, więc wspólnymi siłami chyba damy radę zapobiec odczarowaniu Björna. Nooo... lećcie zwiedzać... zanim pożałuję... mam nadzieję, że tu do mnie wrócisz kochany chłopcze. Bez Ciebie byłoby mi smutno...

Chłopiec nie dał sobie dwa razy powtarzać. Zabrał dziewczynki do wszystkich tych miejsc w okolicy, o których słyszał a w które wcześniej nie odważył się wybrać. Najpierw zabrał je do Parku ze Zwierzętami Djurparken w Junsele (2), gdzie dziewczynki zobaczyły egzotyczne lamy, wilki, słynne białe tygrysy, niedźwiedzie i łosie, które tak polubiły już przy wizycie w Norwegii.


Potem pojechali do Näsåker, gdzie przy wodospadzie było wiele świetnie zachowanych rysunków naskalnych, podobno niektóre miały nawet 6000 lat. (3)


Zachwytom dziewczynek nie było końca, kiedy dotarły do kolejnego celu wycieczki - Tajlandzkiego Pawilonu.


- Skąd tutaj, w środku brzozowego lasu taki piękny Pałac? - Ala z przyjemnością patrzyła na roześmianą twarzyczkę młodszej siostry, której na widok złoceń i ozdób aż oczy się śmiały. Tuż obok było oczko wodne, ławeczki i plac zabaw.

Björn okazał się prawdziwą skarbnicą informacji. Opowiedział im o wizycie w Szwecji tajlandzkiego króla Chulalongkorna, który w roku 1897 odwiedził najpierw stolicę Szwecji a potem wybrał się z całą świtą do Norrland, północnej części tego pięknego choć nieco dzikiego kraju. Trasę, którą przebył król z dalekiego, egzotycznego kraju, mieszkańcy, dla których zobaczenie władcy z tak daleka było niezapomnianym przeżyciem, nazwano imieniem władcy.
Prawie 100 lat później grupa tajlandzkich tancerzy usłyszała jak uhonorowano ich władcę i z ich inicjatywy powstała budowla. Piękna świątynia, która niczym egzotyczna biżuteria, jedyna w swoim rodzaju poza Tajlandią, zadziwia i po dziś dzień wzbudza zachwyt wśród zarówno Szwedów jak i turystów.

Spod Tajlandzkiego Pawilonu dzieci popłynęły najpierw kajakami a ostatni odcinek stateczkiem wzdłuż rzeki Ångermanälven, która okazała się być między dwoma małymi miejscowościami Sollefteå i Kramfors szersza niż największa polska rzeka Wisła. Okazało się, że kiedyś rzeką flisacy spławiali drewno a teraz stoi przy jej brzegu duża fabryka papieru koncernu Mondi (5), do której nawet zimą, gdy woda na rzece pokrywa się zwartą taflą lodu, dzięki lodołamaczom może dopływać statek pełnomorski.


Płynąc dalej najpierw minęli most Sandöbron (6) ...


... a w końcu oczom dziewczynek ukazał się majestatyczny most Höga Kusten Bron (7).

 

 

Tam wysiadły i wszyscy w trojkę mogli pobawić się w pobliżu hotelu (8) noszącego tą samą nazwę i posłuchać o tym rejonie Północnej krainy, Wysokim Wybrzeżu (9), uznawanym za rezerwat natury i element światowego dziedzictwa.

- Zabrałbym Was i do rezerwatu Skuleskogen i na górę Skuleberget i na wyspę Ulvön... - chłopiec zobaczył jednak, że obie dziewczynki były już zmęczone i zmienił plany, bo przecie¿ zbliżał się już wieczór a on zdawał sobie sprawę, że ten szczególny dzień się skończy. - Ale lepiej pokażę Wam nasze morze. To niby ten sam Bałtyk co w Waszym kraju, ale wygląda inaczej. Ono nawet nazywa się inaczej, całe Morze po szwedzku to Östersjön czyli jezioro a część między Szwecją i Finlandią czyli Zatoka Botnicka, po szwedzku nazywa się Botniahavet czyli Morze Botnickie. - roześmieli się wszyscy troje a potem Misiek zabrał je do miejsca, o którym słyszał wielokrotnie od kolegów i domyślał siê, że one też je pokochają. To miejsce nazywało się Rotsidan (10).


 

Dziewczynki usiadły na fotelikach, które znikąd wyczarował Misiek... Zjadły kanapki z pięknego piknikowego kosza. A potem już tylko patrzyły w wodę, słuchały delikatnego szumu fal, rozbijających się o skaliste wybrzeże, wiatr lekko rozdmuchiwał ciemne włoski Karinki i blond długie pasma Ali. Oczy prześlizgiwały się im po dużych, płaskich kamieniach, po porostach, kwiatkach, drzewach... Nagle powieki stały się ciężkie... coraz cięższe...

Jeszcze przez kilka kolejnych dni dziewczynki dyskutowały zawzięcie, czy jak twierdziła Ala - Misiek powiedział do nich „Hejdo (Hejdå)” czy, jak upierała siê Karinka - „Sie ma (Tjäna)”.
Ale faktem jest, że gdy otworzyły oczy były w swojej sypialni w Polsce a za oknem była noc...

Karinka otuliła się kołdrą, westchnęła jakby nieco smutno... ale potem w jej głosie wyraźnie słyszalne było już tylko szczęście, gdy wymruczała:
- Zawsze mówiłam, że Miśki to fajne zwierzaki.
- Haha... taaak... zwłaszcza, jeśli są miłymi, szwedzkimi chłopcami. - cichutko odpowiedziała Ala, pogłaskała Karinkę po głowie i sama do siebie powiedziała... - Ciekawe, gdzie mapa zabierze nas jutro...

*** THE END ***

Źródła zdjęć i informacji:
(1) Häxberget – Góra Czerownic
zdjęcie ze strony: WIKIPEDIA  (szwedzki)
                           WIKIPEDIA (angielski)
(2) Djurparken Junsele - zdjęcia własne.
Informacje: Djurparken Junsele (szwedzki)
                  Djurparken Junsele 2 (szwedzki)
                  Djurparken Junsele 3 (angielski)
(3) Näsåker - zdjęcia własne
Informacje: Namforsen (szwedzki, angielski, holenderski, niemiecki)
(4) Thailändska Paviljongen - zdjęcia własne oraz ze strony THAIPAVILJONGEN (angielski, tajski, szwedzki)
(5) Fabyka papieru Dynäs w miejsowości Väja, polożona nad rzeką Ångärmanälvän - zdjęcie ze strony: MONDI 
(6) Sandöbron - zdjęcie ze strony:
                   SANDÖBRON (szwedzki)
                   SANDÖBRON 2 (polski)
(7) Höga Kusten Bron - zdjęcia własne
Informacje: HÖGA KUSTEN BRON (szwedzki)
                  HÖGA KUSTEN BRON 2 (angielski)
(8) Hotel Höga Kusten – zdjęcia własne
Informacje: HOTELL HÖGA KUSTEN (angielski, niemiecki, szwedzki)
(9) Höga Kusten – Wysokie Wybrzeże
Więcej informacje na stronach:
                   HÖGA KUSTEN (szwedzki)
                   HÖGA KUSTEN 2 (szwedzki, angielski)
                   HÖGA KUSTEN 3 (szwedzki, angielski)
                   HÖGA KUSTEN 4 (angielski)
(10) Rotsidan - zdjęcia własne oraz ze strony o Kramfors i o Höga Kusten.

poniedziałek, 09 lutego 2015

"...Zawsze bardzo współczułem Polakom mieszkającym poza Polska, bo to zesłanie. Życie na obczyźnie to banicja. Pewnie Wam nie jest lekko..."


To zdanie padlo w mailu od p. Zbigniewa, tego samego na rzecz ktorego wymyslilysmy pewna akcje, o ktorej pisalam na moim blogu na facebooku. Poczytajcie o Wielkiej wyprawie szydełkowych laleczek inspirowanych  postaciami Bolka i Lolka TUTAJ i TUTAJ. Jeszcze pewnie pare slow o akcji napisze, chlopaki wpadna tez z wizyta do mnie za jakies pare tygodni... moze miesiecy...



A poki co jedna z Polek-Emigrantek chciala zebrac nasze refleksje na temat pobytu na obczyznie, o tym jakie mamy odczucia nt. pewnego rzadzacego wzrod wielu Polakow stereotypu emigranta, postanowilam wiec sprobowac napisac pare slow od siebie tu na blogu. Nie wiem czy bedzie pozytywnie czy negatywnie, ale na pewno bedzie refleksyjnie.


Wiele juz napisalam o tym co przyczynilo sie do mojego/naszego wyjazdu z Polski - w projekcie listopadowym Klubu Polki nt powodow emigracji. A jak ja sie czuje tu, daleko od domu, bliskich, ojczyzny, miasta rodzinnego?


Czlowiek wyjezdzajac ze swojego miejsca urodzenia czy wychowania zawsze cos za soba bezpowrotnie zostawia, niezaleznie czy przeprowadza sie kilka, kilkanascie czy kilkaset km czy moze kilka tysiecy... Zostawiamy znane ulice, dzielnice, sklepy. Wszystkie katy, te dobre i te gorsze wspomnienia, np. przedszkole kolejowe, szkole podstawowa SP1 im. Powstancow Wielkopolskich i I LO imienia Tadeusza Kosciuszki, kosciol sw. Jacka, do ktorego chodzilam jako dziecko, gdzie przystapilam do Komunii i Bierzmowania i inny, pw. Najswietszego Serca p. Jezusa, u ks. Gacka, w ktorym bralismy slub, chrzcilismy i "komunizowalismy" syna, miejsca w miescie gdzie sie chodzilo na wagary (rzadko), na lody w niedzielny spacer z Rodzina,pierwszego pocalunku, miejsce pierwszego spotkania z ukochanym (silownia przyhutnicza...), wyprawy z dzieckiem w wozku. Wiec nieunikniona jest, cokolwiek by sie mowilo, tesknota i poczucie pozbawienia korzeni, przeszlosci.


To trwa przeciez, zanim zapusci sie korzenie na nowo... Bo ze tak sie dzieje jestem tego najlepszym przykladem. Jak roslina uschlaby bez korzeni, tak i my nie umiemy bez nich istniec. Poczatki byly trudne, haha, no nie bede ukrywac... Braki jezykowe... niewiedza co gdzie i jak sie tu robi... szukanie sklepow, towarow... poznawanie szkoly, pracy, kolegow. Zapamietywanie imion i nazwisk... nauczenie sie rozrozniania miedzy Britt Inger, Ingabritt i Ingmari...  Zwiedzanie okolicy... Ale czas mijal... Znowu mamy znajomych... przyjaciol, ktorych nie byloby, gdyby nie emigracja bo albo poznalismy ich na kursie jezykowym albo juz tutaj... Znowu mamy swoje miejsca, np tak zwane smultronställe jak ROTSIDAN, SKULESKOGEN czy HÖGA KUSTEN


W koncu ja mam tez swoja prace, swoich ludzi, nowych polskich i szwedzkich znajomych, przyjaciol, dom z ogrodem, na ktory w Polsce musialabym ciezko harowac biegajac miedzy pracami, zaciagajac kredyt nie w walucie w ktorej zarabialabym ale we frankach i teraz drzalabym o wysokosc rat i liczyla, ile po tych paru latach moj kredyt wzrosl (podczas gdy kredyt w koronkach z kazdym miesiacem maleje w niskie oprocentowanie czuje w nizszych ratach...).


Mamy juz nowe katy i wiele wspomn, ktorych nie byloby, gdyby nie ta przeprowadzka. Pewnie, ze nie zawsze bylo tylko pozytywnie, bylo wiele ciezkich i trudnych chwil... Np. to ze monsz dlugo nie mial pracy a ta ktora w koncu ma jest jednak nie na 100% pewna (przed Sylwestrem oddal wszystkie karty, klucze, ciuchy, wyplacili mu za zarobione dni wakacyjne... a po 3,5 tygodniach byl znowu w pracy...) - ale mimo wszystko bilans strat i zyskow zdecydowanie mi w tej czesci wypada na plus. Bo teraz mam stare moje miasto i ojczyzne i nowe hemstad i nowy hemland... a za pare miesiecy bede miala i nowe obywatelstwo... Jestem zdecydowanie jesli nie obywatelka swiata to na pewno obywatelka UE, czerpiaca pelnymi garsciami z wolnosci przemieszczania sie i zycia w dowolnym kraju Unii Europejskiej.


Znowu na mysl o tym, by po raz kolejny je, te korzenie juz ponad 7-letnie pozrywac az sie wstrzasam, choc przeciez wyprowadzki stad nie odrzucam tak calkiem... Kto wie, co bedzie... Czy moja praca sie jakos pouklada, czy monsz bedzie mial prace, gdzie bedzie chcial syn chodzic do szkoly... Czasami tekno nam by byc ciuuut blizej Europy i swiata... Wiem jednak, ze tu moj syn spedzil polowe swojego zycia i ze jemu nie bedzie tez latwo zaczynac od nowa. Ale WHAT DOES`NT KILL U MAKES U STRONGER... jak spiewa moj i nasz ulubiony zespol metalowy ;)


Wiem, ze poki jestesmy razem damy rade, raz dalismy damy znowu, chociaz nie byloby to chyba latwiejsze. No moze pod pewnymi wzgledami, ale rowniez i trudniejsze... Znamy jezyk,  juz sie oswoilismy z krajem, ale brakowaloby nam wielu kramforskich elementow, okolic, ludzi, ktorych z soba nie zabierzemy. I znowu ludzi osob... Ale mamy siebie. I znowu sprobujemy jechac DO czegos nowego a nie uciekac OD czegos...


Poza miejscami zawsze teskni sie za ludzmi. Za rodzina, za przyjaciolmi. Teskni sie za codziennoscia z nimi, choc jednoczesnie czasami czlowiek sie cieszy,ze ma pewien dystans. Ciezko jest gdy przyjdzie choroba, problemy czy smierc... Ciezko, bo nie mozna pojsc zapalic swieczki na grobie Babci i jestem zdana na ta wirtualna... Bo nie mozna wpasc do Taty do szpitala...


Ale nawet kiedy mama chcialaby moc sie z kims naradzic w sprawie wyboru sukienki, kanapy, stolu, kafelek... i wspomina o tym przy okazji rozmowy przez Skype a ja nie moge powiedziec wpadne w sobote to pogadamy... Chcialabym moc wpasc na chwile w tym pomoc. W skrajnych przypadkach mozna wpasc, ale kosztuje to czas i pieniadze plus wolne z pracy, nie zawsze wiec jest mozliwe. To boli. Ale jak wspominalam, choc kocham moja rodzine to jednak nie bylabym tym kim jestem, jesli mieszkalabym blisko nich... wiec i tu bilans mi osobiscie wypada na plus, choc ten bilans musi kazdy emigrant ocenic sam, z wlasnej perspetywy.


Wiem z obserwacji,ze duzo trudniej jest osoba ktore z rodzina sa bardzo zzyte, blisko, gdzie rodzina sie lubi bezwarunkowo, dogaduje, spedza ze soba duzo czasu, cieszy sie tym, nie ma konfliktow ani zbyt wielu spiec. Ciezko jest tez tym, ktorzy w Polsce maja wciaz firme, interesy, powiazania. Oni stoja okrakiem, szarpia sie, czesto widza, wrecz wypatruja negatywow wyjazdu czy tego miejsca w ktorym mieszkaja... One sa, te minusy, naprawde nie trzeba wcale ich szukac, same sie objawia. My je tez widzimy, ale je rownowazymy. A im jest trudno...


Tesknota jest niedolacznym elementem przeprowadzek, tak tych mniejszych jak i wiekszych, bo nawet wyprowadzka za praca na drugi koniec Polski wiaze sie z tesknota i rozstaniem. A przeprowadzki sa znakiem czasow. Ludzi od zawsze w mniejszej lub wiekszej skali emigrowali. Ale kiedys albo niedaleko, albo pod przymusem na drugi koniec swiata i juz nie bylo powrotu, nie bylo kontaktu z rodzina. Wciaz tak jest dla wszystkich tych biedakow z krajow objetych konfliktami, ktorzy przyjezdzaja do np. Szwecji. Ale wiekszosc z nas wyjezdza bo chce, bo szuka, bo sie chce rozwijac, ulepszac, zmieniac...


Swiat sie stal globalna wioska, odleglosci choc niby takie same sa jednak latwiejsze do pokonania (no doooobra, jak sie zaczyna planowac konkrety czasami bez przyjaciol nie daloby sie rady dopiac schematu podrozy, ale jednak przemieszczenie sie tych ponad 2000km w ciagu mniej niz doby to nie jest chyba zly wynik). Ale sa komputery, internet, kktory nosze w kieszeni, maile, smsy, komunikatowy, facebooki, vibery i inne... Mozna wyslac zdjecia, podzielic sie wydarzeniami, byc na biezaco. Rodzice nie do konca to wszystko ogarniaja, ale jakos sobie radza, natomiast mam nadzieje, ze jesli moje dziecko kiedys wyjedzie dalej ode mnie niz kilkadziesiat czy kilkaset km to bedziemy mogli byc w kontakcie i wiedziec co tam slychac na codzien...


Wciaz do Legnicy wracamy, bo przeciez choc niezbyt czesto to z przyjemnoscia odwiedzamy rodzine, ale Ci ludzie i to miasto nagle sie okazuje, ze nie sa statyczne. Zmiany widzi sie duzo wyrazniej, jesli przyjezdza sie raz czy dwa razy do roku. Jedne sa fajne, inne chcialoby sie zatrzymac, odwrocic. A z drugiej strony wiele rzeczy sie nie zmienia. Ludzie sie starzeja, choruja, ale w wiekszosci sa, zyja, czekaja... Lody na szczescie wzciaz sa tam gdzie byly. Wiele znanych miejsc rowniez... Tylko tez my sie zmienilismy... przyzwyczailismy sie do naszego nowego zycia, nowego domu.


Odwiedzamy kraj, z przyjemnoscia pokazujemy wiele miejsc synowi, ktory wyjezdzajac mial prawie 8 lat i choc obecnie ma ponad 14 to czuje sie i jest Polakiem - o czym niech swiadczy, ze jak Polska gra przeciwko Szwecji np. w szczypiorniaka ZAWSZE kibicujemy razem Polsce. I cieszymy sie, jesli ze Szwecja wygrywa (sceny zanoszenia chusteczek do wyplakania Dawida trenerowi od handbollu, mieszkajacemy na naszej ulicy tez juz byly, hehe).


No ale jak juz Polska nie gra, albo nie graja ze soba, kibicujemy tez i Szwedom. I widzicie, jestesmy bogatsi, mamy 2 ojczyzny, jednak blizsza sercu, ale obie kochane.


Decyzja o wyjezdzie powinna byc przemyslana. My juz nie jestesmy w wiekszosci pokoleniem, ktore MUSI lub JEST ZMUSZONE wyjechac, uciekac. Choc cos nas pcha, mozemy zdecydowac CZY, KIEDY i GDZIE a nawet i na ILE? I dlatego tez nie odbieram, nie odbieralam i nie bede odbierac nigdy swojego wyjazdy jako banicji, zeslania. Bo mimo, ze pewne rzeczy, zjawiska, to co bylo albo czego mi brakowalo mnie/nas z Polski "wygonily", to jednak bardzo chcialam, zeby nie byla to ucieczka od tego co w Polsce bylo lub nie bylo, a przynajmniej nie tylko.


Nie znalam Szwecji. Nigdy w niej wczesniej nie bylam, znalam ten kraj tylko z ogolnikow, jak wiekszosc ludzi. Wiedzialam, ze ma opinie panstwa bezpiecznego, socjalnego, z piekna przyroda. I to w zasadzie tyle... oczywiscie jak juz zaczelismy zastanawiac nad wyjazdem zaczelam szukac informacji, ale bardziej o konkretnym miejscu w ktore mielismy wyjechac. Internet daje cudowna mozliwosc wyszukania ludzi tu mieszkajacych, krajanow, z ktorymi mozna pogadac, wypytac. Ja zasiegalam jezyka, teraz ja pomagam innym. Sztokholmczykom, chcacym wyjechac do norrlandzkiej gluszy i polskim lekarzom, chcacym uciec od hegemonii NFZ, postepujacej nienawisci, zawisci, zazdrosci szarego Kowalskiego wobec tych zlodziei, oszustow lekarzy...


Dzieki wyjazdowi zobaczylam piekna kraine Norrland, a dokladniej Ångermanland, okolce Wysokiego Wybrzeza. Bylam w Sztokholmie. Ale tez widzialam Umeå, Luleå, Sunsvall, Uppsala, bylam w Köpenhamn (Kopenhadze), Legolandzie. Dzieki dobrej pensji stac nas bylo pojechac do Holandii, na Lanzarote i Gran Canaria, do Turcji... Z pracy bylam tez na dorocznym spotkaniu psychiatrow w Ameryce APA na... Hawajach... w Honolulu... Taaa naprawde... NA KOSZT pracodawcy... zrobilam tez w ramach specki kurs psychterapii i wiele innych ciekawych kursow, nic za nie nie placac i sie o nie nie proszac ani nie wyklocajac...


Nigdy nikomu nie mowie, tak wyjedz, tak przeprowadz sie tu. Staram sie pokazac plusy i minusy, ale zawsze podkreslam, ze to sa NASZE plusy i minusy. To co dla nas bylo przerazajace nie musi byc takie dla innej rodziny. To co nam sie podobalo, kogos moze odstraszyc... Jednak najwazniejsze co sie staram przekazac to, ze pobyt w nowym kraju ubogaca. Daje inna perspektywe. Inne rzeczy staja sie wazne. Na wiele rzeczy zaczyna sie patrzec z innej perspektywy. Czlowiek uczy sie wiele o sobie, swoich bliskich wzmacnia to rodzine... lub ja rozwala... Weryfikuje tez wiele znajomosci... Bo czesc znajomych bedzie uwazala emigrantow za zdrajcow, tchorzy, tych co sie poddali, uciekli... Inni beda uwazali Was za bohaterow, silnych, niezniszczalnych, wspanialych, odwaznych. Jeszcze inni kazdy znak, ze sie Wam wiedzie bedzie interpretowalo, ze zadzieracie nos do gory, ze jestescie pyszni, wywzszacie sie... Bron Boze pokazywac im plusy, zaraz beda podsmiechujki, zarciki, przytyki... Tak tak... Innym kontakt przez neta, maile, skupe, komunikatory nie bedzie wystarczal. Bo za rzadko, bo zbyt zdawkowo. Albo bo oni sie na tym nie znaja, nie maja czasu nauczyc sie i korzystac z nowinek, ktore nam emigrantom tak ulatwiaja zycie i kontakt z Ojczyzna... Coz... ja wciaz uwazam, ze Ci co chca miec ze mna kontakt maja go... Ci co go nie maja... ich strata, haha...


Ja staram sie, bez wpadania w samouwielbienie, czerpac pelnymi garsciami z tego mojego "sukcesu"... ciesez sie tym, co jest dobre... nie pomijam ale na codzien nie mysle o tym, co nie bardzo mi sie podoba, zwlaszcza jesli nie moge tego zmienic... Jest wiele rzeczy w Szwecji, ktore mnie wkurzaja, ta ich powolnosc, opieszalosc w podejmowaniu decyzji, niechec do konfliktow, czase brak przedsiebiorczosci czy asertywnosci... Te ich ciagle fiki, przerwy, spotkania, analizy, plany... a z drugiej strony moze Polakom czasami takie przytaniecie nad rzeczywistoscia by pomoglo??? Moze nauczyliby sie rozmawiac a nie mowic obok siebie???


Troche mnie niektore rzeczy ze Szwecji rozpuscily. Np. zalatwianie wielu spraw przez Internet z elektroniczna legitymacja, ktora ma kazdy z baku, placenie prawie wszedzie i za wszystko karta, mozliwosc znalezienia prawie kazdej osoby przez hitta.se czy eniro.se, fajne wyszukiwarki podrozy, ticket.se albo resrobot. Prostote wielu spraw urzedowych. Öppet köp czy kulture zalatwiania reklamacji wszedzie, moze z wyjatkiem spraw telefonow komorkowcych... (podczas gdy moj monsz robi awanture w Polsce bo swiezo kupiony laptop nie dziala i mu chca go godzine po odebraniu wyslac do naprawy gwarancyjnej z czasem realizacji za miesiac, ja sluchawki po 1,5 roku, ktore przestaly grac z jednej strony, mam w sklepie bez sprawdzania wymienione od reki...) - moge np. kupic sukienke i sweterek w Kappahl w Sundsvall a potem stwierdzic, ze jednak chce je zwrocic i pojsc do sklepu w Kramfors i bez tlumaczenia je zwrocic... Podroze SJ czyli szwedzkim PKP sa drozsze, czasem duuuzo drozsze, ale ta normalnosc... Internet, kontakt, niesmierdzaca toaleta... Pewnie,ze sie spozniaja, sa odwolane, czasem toaleta nie dziala... ale chodzi o ogol wrazen... Jesli skomunikowany autobus albo pociag Ci ucieknie musza zapewnic ci srodek zastepczy... kiedys juz mi prawie chcieli wzywac taxi...


Zawsze staram sie moich Szwedow edukowac. Opowiadam im o Polsce, Polakach, z roznych punktow widzienia, mowie o pieknych miejscach, o trudnosciach, o rozwoju, zachecam do poznania. Mowie ze moje rozliczne torebki, buty, ciuchy, ladnie sciete wlosy i inne rzeczy tyle a tyle moga ich kosztowac w Polsce... Zmuszam tez ich czasami do przystaniecia i zastanowienia sie a dlaczego wlasciwie my tak a nie inaczej robimy... Jestem dzieki temu inna, chyba lepsza, bardziej otwarta, ciekawa swiata i ludzi. No i musze piec sero-makowiec bo im bardzo smakuje, hehe...


Jestem tez silniejsza. Rozwinelam skrzydla tak dzieki poczuciu samodzielnosci, koniecznosci wielu trudnych wyborow i momentow jak i dzieki wszystkiemu co sie nauczylam. Jestem dzieki temu lepszym czlowiekiem, lekarzem, lepszym psychiatra. Na pewni nie bede nigdy na 100% mogla zrozumiec mentalnosci typowego Svenssona. Ale czy to zle? Jesli nie rozumiem, pytam, a dlaczego tak. Albo mowie, u nas w Polsce jest tak a tak. Nie wstydze sie bycia Polka. Po szwedzku mowie plynnie, ale jak czegos nie rozumiem, pytam, mowie, prosze o powtorzenie. Przetlumaczenie. Wyjasnienie.


Tylko wiecie co, ja od poczatku, juz w Polsce jak te 2 lata pracowalam, bylam inna. Nie wstydzilam sie przy pacjencie wyjac ksiazki o lekach i sprawdzic, upewnic sie, skontrolowac. Nie jestem komputerem, wiedza sie caly czas zmienia. Nie kazdy moze byc i powinien byc lekarzem, bo nie wystarczy wklepac objawow w wyjka Gugla by zdiagnozowac chorobe i wybrac leczenie. Ja wiem co, jak i gdzie szukac. I szukam, jesli nie wiem lub nie jestem pewna. NIGDY nikt mi nic zlego za to nie powiedzial, spotykalam sie raczej tylko w pozytywnymi reakcjami. Wole zaryzykowac utrate respektu niz popelnic blad. Nie potrafilam tez pracowac po lebkach jak sie czesto pracuje w Polsce. Bo brak czasu, bo juz kolejny pacjent siedzi, spozniony i ZADA, bo mu sie nalezy... Chcialam pacjentom moc poswiecic czas, czuc, ze robie dla nich dobra robote. Nie chcialam robic roboty po lebkach, odwalac jej albo czuc,ze wiecznie z czyms nie zdazam... Chcialam wiedziec, ze moi pacjenci sa zaopiekowani, zadowoleni. No nie wszyscy, nie kazdy dostanie ode mnie to co chce. Ale wiekszosc. I to mi sie chyba udaje - czego potwierdzeniem niech bedzie, ze wlasnie do mnie chce sie przeniesc pacjentka z drugiej naszzej poradni, gdzie pracowalam pare dni wiosna, latem i jesienia... bo miala ze mna dobry kontakt i chce kontynuowac leczenie u mnie. Wiecie jak cos takiego buduje??? Ale i tutaj pacjenci nie zawsze sa zadowoleni. Czasem wrecz uwazam, ze szwedzcy pacjenci sa rozbisurmanieni, rozpuszczeni... Musza byc o wszystkim informowani, wciagani w podejmowanie decyzji. Nie wszyscy tego chca... Nie wszyscy uwazam powinni. czasami twardo trzeba powiedziec NIE... nawet narazajac sie na skarge...


Tu tez jest wiele oszczednosci, ciec finansowych, nawet zwolnien wsrod personelu. Ale system funkcjonuje duuuuzo lepiej. Dokumentacja na komputerze, sekretarki medyczne, informacje o pacjencie w wiekszosci dyktuje, recepty i zwolnienia wysylam elektronicznie. W pracy kazdy ma wlasny komputer, wlasny pokoj, pracodawca zapewnia auto sluzbowe albo spotkania odbywaja sie na odlegosc przez sprzet do polaczen video, ksiazki kupuje na koszt pracodawcy, kursy tez on mi oplaca... Nie do pomyslenia jest dla Szweda, ze wielu mlodych lekarzy w Polsce zeby sie dostac na wymarzona specjalizacje w konretnym miejscy godzi sie na prace na wolontariacie. Owszem, tu musisz czesto sie najpierw pokazac, zanim dadza Ci etat specjalizacyjny, ale nikt, NIKT nie przcuje bez pensji...


Oczywiscie sa minusy, brak nam chetnych lekarzy do pracy u nas na Polnocy, wiec z wolnym na kursy czy wakacje jest ciezko, wszystko trzeba planowac z wyprzedzeniem, jest mnostwo administracji, tzw. papierologii ale glownie w wersji na kompie. Z drugiej strony pracujemy w teamie, wiele spraw deleguje do szczoteczek czyli pielegniarek, czesc zalatwiaja sekretarki czy psychoterapeuci. Nie jestem z wiekszoscia pacjentow sama. Mamy swietny team, atmosfera jest genialna, smiejemy sie, zartujemy, opowiadamy dowcipy. A jak widza, ze nie czaje to mi wyjasniaja... Wiec mimo trudnosci, chce mi sie chodzic do pracy, chce mi sie pracowac z i dla pacjentow.


Ufff... zbliza sie polnoc... zeszlo mi 3h na pisaniu... nie wiem jak sie to czyta, ale mam nadzieje ze zrozumiecie, ze emigracja ma swoje cienie i ma blaski. Ale NA PEWNO przynajmniej dla mnie i mojej rodziny nie jest BANICJA, ZESLANIEM, wiec bardzo Was prosze, nie zalujcie mnie. Bo jestem jaka jestem wlasnie m.in. dzieki wyjazdowi.


Pozdrawiam Was kochani czytelnicy i do milego. Wasza Emigrantka.

niedziela, 07 grudnia 2014

Od kilku miesięcy podglądam, podczytuję i poznaję z każdym wpisem coraz lepiej liczne Polki i jednego Polaka - Rodzynka w tym babskim gronie, oraz ich Rodziny, losy, przezycia... Ludzie Ci rozsiani są za sprawą własnego wyboru lub okoliczności życiowych po różnych krajach wszystkich kontynentów, poprostu po całym świecie. Choc tak rozsiani po wielu krajach, to z inicjatywy kilku "Prowodyrek", Kobiet-Polek założycielek jednak zostalismy polaczeni w jedna silna grupe dzieki temu, ze powstał KLUB POLKI NA OBCZYŹNIE. Większość z nas ma wlasne blogi i na nich a takze na fejsie regularnie dzielimy się wiedzą, doświadczeniem, życiową mądrością, a czasami tylko albo i aż emigracyjną codziennością... Nie wszystkie blogi śledzę, bo to niemożliwe, ale kilka z nich czytam z ogromną przyjemnością.

 

 

Klika miesięcy temu sama trafiłam na stronę Klubu. Byłam jego obserwatorką, taką cichutka myszka - podglądaczką... aż do teraz. Co jakiś czas powstaje seria postów na zadany temat umieszczana na blogach czlonkow klubu, kazdy sam decyduje czy ma na dany temat cos do napisania/powiedzenia. Tym razem przez caly listopad i spory kawałek grudnia kolejne osoby opowiadają o tym, co skłoniło ich/je do emigracji oraz jak ich życie poza granicami Polski wygląda.

PROJEKT LISTOPADOWY

Kiedy zobaczyłam, jaki ma być temat tej kolejnej serii wpisow - pomyslałam... noooo TO jest MÓJ temat... raz kozie śmierć... teraz albo nigdy... ZGŁASZAM SIĘ... O Meter Dei... com ja uczyniła... Paru minut zabrakło, abym mój post publikowała w dniu 14 urodzin mojego syna :) no ale dzień po to też piękna data... Pomyślałam na początku listopada, wypoczęta po jesiennym urlopie, napromieniowana falami UVA, UVB i owiana kanaryjskim wiatrem. Się napiiiiisze... Tik, tak, tik, tak... CO??? Już grudzień? Ale, że kiedy??? Za niecały tydzieć JA?? Nooo słowo się rzekło, kobyłka u płota... Trzeba spiąć 4 literki i pisać...

Zabierając się za tworzenie tego pierwszego w moim życiu blogowym wpisu na zadany temat, zastanawiałam się o czym chcę napisać... czy nasza historia może być choć w połowie ta interesująca jak piękna opowieśc o miłości MONIKI czy KAROLINY, moich dwóch obecnych "krajanek"??? Tak poruszająca jak przyżycia pierwszego okresu emigracji do Wlk Brytanii DOROTY...  By wspomnieć tylko te historie (inne autorki niech mi wybaczą, że nie wymieniam każdego), na które szczególnie czekałam albo które mi zostaną w pamięci... Jestem beeeeez szaaaaans... Napisze jednak, jak mi serce dyktuje, prawde, prawde i tylko prawde. Dla tych, ktorzy czytaja, bo mnie znaja bedzie to raczej podsumowanie niz nowosc. Moze komus umozliwi lepsze poznanie mnie i mojej rodziny? Pozostaje mi tylko miec nadzieje, umierajaca na samym koncu, ze nikogo nie zanudze...

No to zaczynamy. Na poczatku beda jednak...

UCZUCIA

Moją miłość znalazłam wieeeele lat wcześniej, w Ojczyźnie. Przyplątał się ten mój monsz (pisawnia zamierzona, często używana blogowo i internetowo ;)) na przyzakładowej siłowni 19lat temu.

Najpierw byl chlopakiem, potem narzeczonym. Menszem został lat temu prawie 15,5... Wieeeem, niemodne to takie, od tylu lat ten sam facet, ale jakoś tak nam wyszło, miłość choć inna po tylu latach jest, wciąż trwa i nas łączy. No i ma owoc, jeden tylko, nie w wyboru taki pojedyńczy, ale kochany za to maksymalnie i szczególnie choć obecnie nastoletnio zbuntowany, synem zwany. Te dwie osoby i nasze 2 koty to centrum mojego Wszechświata, źródło mojej siły, pewności, wytrzymałości. Tam gdzie my jestesmy jest DOM. Niezaleznie gdzie by to bylo, chocby i na Ksiezycu...

Wracajac do mensza... Wiec jest od dawna... nie dla niego wyjechalam... Nie ma więc najmniejszych szans na chwytającą za serce historię wielkiego uczucia ponad granicami geograficznymi, wieku lub języka, dla którego przezwycięża się wszystkie trudności, rzuca w diabły kraj, Ojczyznę, Rodzinę... (choc nasza milosc w pierwszych latach wiele trudnosci, w tym geograficznych pokonala...).

Ale zaraz, zaaaaaraz... Jak nie uczucie do faceta płci odmiennej... to może do leśnych ostępów Szwecji, przestrzeni, wody, odległości, natury, łosi, reniferow, zorzy porannej itp... Njaaaaa... jakby powiedział rasowy Szwed (to takie nieeee ale w sumie troche tak albo taaaaak ale w sumie moze jednak nieeee...). 

Myśl o emigracji gdzieś się tam pojawiała, nie ukrywam, przemykala przez glowe raz i drugi... Ale wśród rozważanych kierunków Szwecji NIGDY nie bylo... W ogole Skandynawii... Nie było też Jukejowa, gdzie wybyła chyba większość Polakow w tym okresie... jakoś tam się Niemcy kręciły nam po myślach, bo rodzina tam od dawna jest, bo niemieckiego sie uczyłam lat wiele, bo blisko...

Potem okazało się, że sporo znajomych wyjeżdża do Danii... noooo to może jednak Dania... dobra opinia, państwo socjalne... wciąż blisko do Polski... Okoliczności życiowe, o których za chwilę sprawiły, że akurat latem 2007 roku wysłałam CV i zgłoszenie do firmy pośredniczącej... Chetni byli... a jakze... jednak okazało się, że szukają akurat tylko do Szwecji... Bo Dania mala i sie juz sluzba zdrowia w niej zapchala...

Hmmm... Szwecja powiadacie... co ja wiem o Szwecji... Sztokholm, Geteborg, Malmoe... Tak jakoś bardziej na Północ, to wieeeelka dziura... No zobaczymy, może jednak przyślą i coś z Danii...

Bo czuliśmy, że jeśli już jechać to wlasnie wtedy,bo brak korzeni i mieszkania i szans na jakies fajne, bo dziecię właśnie miało zacząć szkołę i nie chcieliśmy mu fundować zmiany kraju jak się już zakorzeni, bo w pracy meza sie pozypalo, bo ja sie w polskim lekarskim grajdolku i walkach z NFZ nie odnajdywalam...

Pojechałam jakoś tak w sierpniu czy na początku września na kwalifikacje językowe,tzw. maping day... posmakowam próbki szwedzkiego, poznałam Niamków, naszych teraz przyjacół, ktorzy wyjechali z nami,mieszkaja na tej dziczy 40km od nas i Niamka pracuje ze mną w tej samej klinice... Wrocilismy z pierwszego spotkania... A potem... dłuuuuuugo nic... Ani widu,ani słychu... a czas mija... Kolejne stresujące miesiące leca, jeden za drugim a my w stanie zawieszenia...

Za to jak przyszła konkretna oferta to na zastanowienie było ultramało czasu... bardzo mało jak na taką wielką zyciową decyzję... Wiadomość przyszla w ostatnim tygodniu listopada, wyjazd z mężem na jobbintervju na początku grudnia (notabene w ciagu 2 dni z dziewczyny, ktora nigdy nie leciala samolotem zmieniam sie w doswiadczona podrozniczke, z 4 startami i 4 ladowaniami...). 6.12 szybkie obchody urodzin syna, 7mych.

Po kilku dniach decyzja pracodawcy szwedzkiego, że chcą mnie i Niamkę zatrudnic, jesli my chcemy, szybkie i burzliwe konsultacje wszem i wobec z Rodzicami, krewnymi, znajomymi, decyzja, rozmowa z szefem w Polsce i wymowienie, ostatni dyżur wigilijny, ostatni Sylwester i 7mego stycznia... ZIUUUU... Na KURS... W nieco ponad miesiac przewrocenie zycia... moze jeszcze nie o 180 ale przynajmniej o 90st... Kurs byl intensywny, pouczajacy, dajacy bardzo dobre podstawy... co nie zmienia faktu, ze pierwsze kilka miesiecy bylo niesamowicie trudne i wyczerpujace.

Ale wracajac do meritum... o tych bezkresnych lasach, borach, jeziorach, grzybach, zwierzynie, widokach - nie wiedzielismy NIC!!! No seeeeerio... Poczytałam owszem, obczaiłam... ale umówmy się, co Polka z Dolnego Śląska może realnie zrozumieć, nawet umiejac czytac ze zrozumieniem, o małej miejscowości, 8tys mieszkancow w odleglej gminie, 20tys mieszkancow, na północy (a NIE w ŚRODKOWEJ jak uparcie twierdziałam) Szwecji, 50 mil... a nie to wersja szwedzka optymistyczna... 500 kilometrow na polnoc od znanego mi tylko teoretycznie Sztokholmu... NOTHING... (apropos tego pocieszania sie,ze to nie jest JESZCZE polnocna Szwecja... wiekszosc z 9mln Szwedow nie byla na polnocy dalej niz Sztokholm, Uppsala, nooooo ewentualnie Gävle... Jesli wiedza, gdzie lezy Sundsvall albo Umeå - Stolica Kultury Europejskiej 2014 z reszta, zwykle oznacza to, ze albo ich rodzina stad sie wywodzi albo ktos z rodziny uciekajac od zgielku miejskiego zycia w stolicy czy innym miescie Szwecji przeprowadzil sie na Polnoc... wiec niestety w pojeciu szwedzkim, to jest gleboka polnoc kraju; mimo, ze nad nami jeszcze 60mil = 600km do kola podbiegunowego i ponad 100mil Szwecji, prawie tyle co w druga strone... taki kraj, dlugi, waski i na polnocy slabo zaludniony... masakra... i co ja robie tuuuu... uuu...)

Skoro nie uczucia szukanie lub podazanie za nim ani odwieczna tesknota do szwedzkich polnocnych stepow mnie tu zagnala, co skłoniło mnie do tego wielkiego kroku??? Uczucie nie... ale jednak w pewnym sensie tak. Bo... 

....................

RODZINA

* MONSZ

Z moim drogim aktualnym menszem wychowaliśmy się oboje w miescie w polskiej perspektywy sredniej wielkosci, Legnicy. Dorastalismy w końcówce lat 70-tych (monsz) i w latach 80-tych (ja, mloda dzierlatka ;)) jak większość naszych rówieśników wśród starych kamienic. Moja skromna osoba - na legnickim Zakaczawiu...

 

Monsz dorastal na Dzielnicy Cudów zwanej też Trójkątem Bermudzkim. Ulica zwala sie Nowy Swiat... cooooz...

Czas wolny, z braku kompa, konsoli, netu i innych atrakcji spedzalismy glownie na podwórku - studni, w najlepszym razie z powycieranym, zadeptanym trawnikiem, w najgorszym zakurzonym klepiskiem i z zardzewiałym trzepakiem jako atrakcją główną. Ja pod rozwalającym się, obdrapanym balkonem kolezanki bawiłam się z nia w dom, sklep, wisiałam na jakims trzepaku, skakałam w gume, biegałam po pobliskiej budowie. Mój mąż jako syn rolnika sporo czasu spędził w polu, na traktorze, pomagając przy świniach, kurach, lisach czy karpiach. Mimo teoretycznie mało atrakcyjnych okoliczności - przeżyliśmy i dobrze się bawiliśmy.

Przyszły lata 90-te. Kilkanascie lat trwajace marzenia moich Rodzicow (mieszkajacych od slubu z Rodzicami mojej Mamy i Babcia, w mieszkaniu z piecami, bez lazienki, za to z balia do kapieli i ubikacja na polpietrze...) o własnym M spełniły się i przenieśliśmy się do cudnego, szarego bloku z wielkiej płyty. 

Tesciowie tez chcieli tego doswiadczyc, wiec kilka lat pozniej kupili, juz na wolnym rynku mieszkanie w podobnym bloku... I tak zamieszkaliśmy jak się okazało kilkaset metrów od siebie...Kto zna socialistyczne blokowiska (patrz serial Alternatywy 4...) ten wie, ze zwykle pozbawione były takich luksusów jak podwórko, że o chodniku czy wyasfaltowanej ulicy nie wspomnę, one byly robione po jakims czasie, jak juz wszyscy mieszkali i nauczyli sie skakac po plytach miedzy kaluzami i zawsze miec albo drugie buty w torbie albo scierke do wytarcia butow z blota... To byly czasy. Ale lazienka w koncu byla, kibelek w domu, kafelki zdobyczne, ktore czekaly kilka lat w koncu zostaly polozone, w ciemno kupione meble kuchenne (biale z czerwonymi uchwytami) zostaly powieszone. Pokoje rozdzielone, nie za wielkie, ale wlasne... Wyroslismy juz troche z biegania po podworku, wiecej lekcji bylo i nauki...

Przeskoczmy parę lat w czasie, rok '99, ślub... Z wyboru, choc niby jeszcze tacy mlodzi, ja 22, monsz 25 lat... U Tesciow w rodzinie mieszkan sie nie pozbywa, wiec "dostajemy" do dyspozycji "własne" 52m2. 2 pokoje szczęscia rodzinnego. Ta sama Dzielnica Cudów, która mi mensza wychowała... tylko juz zdecydowanie mnie sympatyczna. Miłe i niegroźne pijaczki zniknęły zastąpione awanturującym się sąsiadem z tatuażem na twarzy i smierdzacymi pijakami. Podwórko jak było zniszczone tak pozostało, doszły zaparkowane wszędzie auta, bo każdy Polak biedny, ale auto ma oraz kupy psów... Mniami, nic tylko wpuścić tam malucha... Maluch rośnie, zaczyna być samodzielny. Szkoła niedaleko... Ale strach puścić go za róg. Raz, że dzielnica... dwa, że kilka przejść po drodze... a to plac boju pieszy kontra auta... Więc podwozimy, odbieramy.

Marzymy o własnym kącie. Kilku kątach. Nowszych, ładniejszych, NASZYCH. Użyczonemu koniowi się w zęby nie zagląda... ale inwestowanie w nie w swoje nas męczyło a bez inwestycji nie dało się mieszkać. Idziemy do banku. Kredyt na upartego moooooże... ale tylko we frankach. I na wieeeele lat... Ja na stażu, potem pierwsza praca na etacie ale pieniążki niewielkie... Trzeba się przemęczyć dalej. Jest juz ekonomicznie lepiej niż kiedy studiowałam i żyliśmy z jednej pensji licząc każdy grosz. Ale nie aż tak swobodnie. Rokowania na przyszłość są... ale to za dobrych parę lat... A my juz nie chcemy czekac... marzy nam sie danie dziecku innego dziecinstwa, wlasnego pokoju, domu, podworka...

Tymczasem interes mensza i Rodziców funkcjonuje coraz gorzej. Tak w zakresie porozumiewania się Rodziny, braku wspólnych celów, priorytetów i sposobów działania jak i konkurencji coraz bardziej ekspansywnych marketów. Tu poznajemy los pracodawcy, którego i niektorzy pracownicy i klienci usiłują oszukać albo okraść, którego każdy zatrudniony kosztuje dużo więcej niż sama pensja. Kto nie mial nigdy pracownikow, nie wie jak tojest od tej drugiej storny barykady...

W końcu zapada decyzja - zamykaja. Po ponad 10 latach pracy na swoim monsz zaczyna szukać pracy. Nowicjusz mimo 30tki na karku. Po kilku miesiącach udaje się. Ale po kolejnych kilku okazuje się, że miła atmosfera jest przykrywką dla ... nie uzywajmy moze wielkich slow, ale wykorzystywania, eksploatowania pracowników. Ci, co nie mają Rodzin, prywatnego życia, siedzą w firmie popołudniami, wieczorami, w weekendy. Pracuja, dobrze sie bawia, czasem szef jakas whisky postawi po czasie pracy... Ci co tego nie robią - w zwykłym czasie pracy nie nadążąją z setkami spraw. Zaczęły się bóle brzucha, nieprzespane noce, stres... OOOOO nie, tak się nie bawimy... To jest moja działka, wypalenie, depresja, lęk ale W PRACY, nie w DOMU...

To wszystko razem przyśpiesza naszą decyzję, czas poszukać spokojniejszego miejsca na ziemi, oddechu... Zaczac od nowa... Tylko czy to aby nie będzie ucieczka. Wpadnięcie z deszczu pod rynne? Ale jesteśmy wciaz mlodzi, silni, pełni optymizmu, nadziei na przyszłość. Przecież nie jedziemy w ciemno. Ja będę miała pracę, kurs językowy. I przecież wiedzą, że przyjadę z rodziną... na pewno pomogą coś znaleźć mężowi... O naiwności... Ale to już też inna historia.

Ciężko zostawić Rodziców, Dziadków, Teściów... na taką odległość spotkania będą rzadkie... z drugiej strony czujemy, że musimy rozwinąć skrzydła, stanąć na własnych nogach, zacząć żyć na swój rozrachunek. A to w tym samym mieście co cała Rodzina nie było do końca możliwe. Za dużo zależności, powinności... Monsz latami pracował z Rodziną, najpierw jako podwładny, potem współszef, ale nie poprawiło to ich relacji. Ja wyjechałam na studia daleeeeeko a potem wróciłam... I jednak czułam, że się muszę geograficznie oddalić, żeby dorosnąc. Wiecie jak to jest?

Brak nam ich. Na codzień jest mail, Skype, z Teściową to nawet Facebook (a co, zdolna jest :) ). Czuje się tą straszną odległość przy różnych okazjach, Dniach Matki, Dziecka, Ojca, urodzinach, imieninach... ale najbardziej i najbolesniej, kiedy ktoś zachoruje lub kiedy... ktoś umiera...

Jednak nie wróciłabym do Polski. Ten wyjazd wiele nas nauczył o nas, o naszej wytrzymałości, o naszej miłości i sile naszej małej Rodziny. O tym, ze mimo przeciwnosci radzimy sobie. I ze na przyjaciol czasami mozna liczyc jak na Rodzine... a nawet bardziej... Ot, taka refleksja ale naprawde, choc nie byla emigracja moim wielkim zrealizowanym marzeniem i wiele nasz kosztowala nerwow, byla sluszna decyzja... 

Wrocmy jednak do Rodziny...

....................

 * SYN

Jak wspomniałam mamy syna.

To kochany, mądry chłopak, ciekawy świata, mający poczucie humoru i trzeźwą ocenę tego co sie dzieje, jak na osobke w swoim niezaaawansowanym wieku. Nie jest pozbawiony wad ;) ale kto jest, niech podniesie rękę... Ktoś??? Może jednak??? ... (Ja, weź mnie... wez mnie... CIIII!!!)... no właśnie... Nie widzę. Ale nie te jego wady a pewne trudności przyczyniły się też do decyzji o zmianie kraju zyciowego. 

Mlody rozwijał się szybko motorycznie przez pierwszy rok. Zaczął chodzić zanim skończył 10 miesięcy i rozumku nabrał. Wspinał się, biegał, przewracał, był wszędzie, przycinał sobie paluszki, rozwalał nos i takie tam... Ale prawie nic nie mówił. Gaworzył, śmiał się, perorował ale tylko po swojemu, dadikowemu. Mając ponad dwa lata składał proste zdania, ale wciąż po bardziej po swojemu, niz po polskiemu. My, Rodzice, bedac z nim na codzien, rozumieliśmy, ale już otoczenie nie bardzo. Mając 3-4 lata mówił nieco wiecej, ale bardzo niewyraźnie, więc zaczęły się regularne ćwiczenia z logopedą. Efekty były, ale powoli i stwierdzono, że jest dzieckiem z grupy ryzyka dysleksji.

Urodzony w grudniu miał szczęście, że dzieci wtedy zaczynały klasę 1 mając rocznikowo 7 lat, a nie 6. Pecha bo miał i tak tylko 6 lat i 9 miesięcy i choć został dopuszczony do rozpoczęcia szkoły, to nie był do niej jeszcze dojrzały emocjonalnie. Pierwsze miesiące były koszmarem. Nie potrafił się skoncentrować, wysiedzieć, zwłaszcza gdy zmęczony po szkole musiał usiąść do robienia lekcji popołudniu. KOSZMAR... Siedzenie godzinami, nasze nerwy, zastanawianie się, czy to może my coś źle robimy, płacz i złośc dziecka... wydawał się wciąż taki mały i bezradny w tym... 

Teraz już wiemy, że jego inteligencja jest najzupełniej w porządku, ba, no wiedzialismy to zawsze, tak jak pisałam to mądry chłopak, to sie czuje, ale teraz mamy to też czarno na białym. Ale jak sie okazalo przeczucie i zawodowy nos mnie nie mylily, okazalo sie, ze ma problemy z pamięcia roboczą i koncentrację, słucha ale nie zawsze słyszy i rejestruje to co sie do niego mowi, zwlaszcza jesli mowi sie za duzo i za szybko. Lepiej widzi, zapamietuje bodzce wzrokowe... ale w natloku informacji zwyczajnie czasami sie wylacza, zawiesza jak Windows... I nie pamięta po chwili co usłyszał albo zobaczyl. Gdyby nie przyjazd do Szwecji i tez moja praca tutaj z doroslymi pacjentami z podobnymi trudnosciami od dziecinstwa, nie otworzyłyby mi się oczy. Teraz gdy wiemy my i szkola, mozemy lepiej mu pomoc. Nie chcemy go chowac przed swiatem, ale nie chcemy tez, by swiat go osaczyl i zniszczyl. A widzac wielu doroslych z problemami, depresja, lekami, wypaleniem, ciesze sie, ze mojemu synowi uda sie tego uniknac...

Poza tym... można wieszać psy na szwedzkiej szkole za wiele rzeczy... tak jak i na polskiej... Można uważać, że szwedzka szkoła jest za ospała, słaba, nie uczy w takim tempie jak polska, uczniowie nie są obkuci w detale z geografii, historii, fizyki i innych... nie sa moze tak lotni jak obkuci Polacy... ale czy są przez to gorszymi ludźmi? W czasach gdy prawie każdy ma ze sobą komórkę z dostępem do netu, to co sie ma zainstalowane w glowie odgrywa coraz mniejszą rolę. Coraz wazniejsze jest to co na Zachodzie uczyli sie juz w latach 90tych, trzeba wiedziec, co mam wiedziec i gdzie to moge znalezc...

Za to IMHO szwedzka szkola mniej stawia na indywidualizm, rywalizacje, ta ma moj mlody wbudowana sam z siebie i jakby jeszcze podlewac oliwy do ognia bylby strasznie zestresowany... Szwedzka szkola lepiej niz polska uczy pracy zespołowej, współodpowiedzialności za kolegów, współpracy. I po prostu lepiej IMHO uczy się uczyć czyli szikac wiedzy... I w szkole podstawowej praktycznie nie ma zadanych lekcji do domu, z wszystkim powinno zdazyc sie w czasie zajec szkolnych. Jeśli jest cos zadane, to np. jedna strona matematyki w pn na czwartek... po lekcjach uczeń ma czas odpocząć, pobawić się czy uprawiać sport. Bo mój syn, niezbyt manualnie i fizycznie sprawny, od kilku lat gra w drużynie piłki nożnej latem a ręcznej od jesieni do wiosny. Nie jest orłem, ale nauczył się wiele, wzmocnił, usprawnił. I nikt nigdy nie powiedział, jesteś za słaby, może sobie odpuść. Sport dzieciaków to tu prawie świętość. rodzice jeżdża na zawody, sprzedają ciastka, salami, sery, żeby zarobić na wyjazdy, w trakie meczy serwują kawę, hot dogi, hamburgery, ciasto, ale nie nie, nie charytatywnie, sprzedają, żeby zarobić itd... I mój syn dzięki temu ma kumpli a każdy kto był nastolatkiem wie, jakie to ważne...

Dzieciaki maja tez czas na poglebianie zainteresowan, czytanie tego, co lubia i chca, granie czy jak w naszym przypadku na nauke jezyka ojczystego, historii, goegrafii Polski... Dopiero od zeszlego roku szkole udalo sie mu zorganizowac lekcje u nauczyciela, na odleglosc, przez cos a'la Skype z nauczycielem z Uppsala. I cale szczescie, bo moja wiedza juz nie wystarczala a umiejetnosci pedagogiczne tez zadne. Ma to teraz w czasie szkoly. Lekcji w högstadiet czyli odpowiedniku naszego gimnazjum juz jest tez wiecej. Ale on jest dojrzalszy. Mimo swoich trudnosci ma wiecej poczucia odpowiedzialnosci, stara sie, ogarnia zazwyczaj na tyle,ze wszystko zalicza. Po prostu dojrzal do wiekszej odpowiedzialnosci, albo odpowiedzialnosc jest dopasowana lepiej do stopnia rozwoju dzieci, dzieki czamu Rodzice w mniejszym stopniu musze sie angazowac w szkole, pilnowanie, uczenie, odrabianie lekcji...

Więc podsumowując dla dziecka ta emigracja miała sens. Dała mu spokojniejszy start w dorosłość. Może częsciowo ograniczyła posiadanie przyjaciół bo jednak tak jemu jak i nam zaprzyjaźnianie się ze Szwedami idzie oporniej. Ale ma kilkoro znajomych Polaków i sporo kumpli ze szkoły i drużyny - jak na jego potrzeby raczej wystarcza. Nie wiedzialam, ze szkola szwedzka bedzie dla niego przyjazniejsza, ale taka sie okazala.

Zyskal tez na tym, ze mamy fajny dom, od 5 lat, z masa przestrzeni, z ogrodem, tarasem. Kazdy ma swoj kat i mamy wspolne katy. Takie zycie mi sie marzylo.

Ale nie tylko miloscia, przyroda, uczuciami, szkola dziecka czlowiek zyje. Sa tez bardziej praktyczne aspekty zycia... czyli praca i kasa... 

.....................

* MEDYCYNA - SLUZBA... POWOLANIE... ROZWOJ... SATYSFAKCJA...

Jesli ktos jeszcze nie wyczail jestem lekarzem. O tym, ze pojde na medycyne wiedzialam juz w szkole podstawowej. Mialam swietna nauczycielke biologii, ktora zasiala ziarno zainteresowania tym przedmiotem, dopilnowala, zebym mimo zawalonej olimpiady szkolnej jednak jako jej najlepsza uczennica poszla na etap miejski a potem wojewodzki. Wygralam, wstep do liceum mialam zapewniony. Wybralam klase autorska, jedna z pierwszych takich w Legnicy, wiec musialam i tak zdawac egzaminy ustne.

Z 34 osob w klasie 12 osob poszlo na Akademie Medyczne. Ja 4 lata studiowalam w Bydgoszczy (taaaa... 330km od domu i faceta... wiem... ale jakos przetrwalismy), a po slubie i urodzeniu syna od 2001r. przenioslam sie do Wroclawia. Po skonczonych studiach czekal mnie obowiazkowy staz w szpitalu w Legnicy. W jego trakcie 4 tygodnie w lecie pracowalam w Szptalu Psychiatrycznym w malej miejscowosci pod Legnica, Zlotoryi. Spotkalam tam mlody, prezny zespol lekarzy, swietny personel i miejsce, w ktorym pacjentom bylo latwiej dochodzic do zdrowia. Spodobalo mi sie, okazalo sie, ze umiem rozmawiac ale i sluchac. Dostalam jeszcze przed zakonczeniem stazu propozycje etatu... A warto,zebyscie wiedzieli, ze w tym zawodzie nie jest to oczywistosc. Wiekszosc lekarzy robi specjalizacje w trybie tzw. rezydentury, na ich pensje pieniadze szpial otrzymuje od Ministerstwa, najczesniej jednak za dyzury juz musza placic sami, co robie niechetnie. Rezydenci czesto traktowani sa jak praktykanci z Urzedu Pracy - darmowa vel tania sila robocza... I po zakonczeniu rezydentury czesto, gesto nie ma dla nich miejsca na Oddziale... spora czesc kolego, zwlaszcza w duzych klinicznych szpitalach i na obleganych specjalizacjach czesto dostaje sie dla pozoru 1/8 etatu, pracujac realnie na caly etat a specke robi sie np. otwierajac doktorat, prwadzac badania, uczac studentow, prowadzac pacjentow a po godzinach dorabiajac do pensji z 1/8 etatu, stypendium doktoranckiego i dyzurow.

Dla mlodej lekarki jak ja wtedy etat byl spelnieniem marzen. Pieniadze jak na tak odpowiedzialna i psychicznie obciazajaca prace z samego etatu byly jakie takie, reszte dorabialo sie dyzurami i dodatkowa umowa w poradni. Bo przeciez to SLUZBA... a z czegos zyc trzeba, zakupy robic... Podreczniki kupowac samemu bo obowiazek doksztalcania jest... tylko nie ma zadnego zainteresowania z gory jak sie za to zaplaci. Kursy do specjalizacji, jak juz sie na nie dostaniesz i puszcza Cie z pracy, trzeba oplacic samemu... takie dyrdymaly jak np kurs psychoterapii - oczywiscie na wlasny koszt... Ech...

Kochani... wiele osob wiesza psy na lekarzach. Na pewno czasami nie bez powodu, wsrod lekarzy jak w kazdej grupie zawodowej sa ludzie i taborety. Ale tez wiele wylewanych na lekarzy pomyj jest konsekwencja nie dzialajacego systemu, braku pieniedzy w nim, organizacji, przewidywania, konsekwencji. A brak kasy jest wypadkowa stosunkowo niskich podatkow i braku wspolplacenia. Wiem, wiem ludzi nie stac... ale to jest zwyczajnie fakt... Medycyna sie rozwija, nowe metody kosztuje. A pieniedzy nie przybywa... koldra jest za krotka i za waska... i jeszcze zle polozona... na cos musi zabraknac...

No ale nie o tym mialam... wystarczylo mi 1,5 roku, zeby sie przekonac, ze nie odnajduje sie w tej rzeczywistosci. Chcialam pomagac pacjentom, zajmowac sie nimi a nie walczyc z NFZ czy kombinowac. Lekarze w Polsce moga "sie dorobic", ale kosztem rodziny, czasu wolnego no i skakania z kwiatka na kwiatek miedzy etatami. I czesto kosztem pacjentow. A nie tak wyobrazalam obie prace psychiatry... Wiec choc miejsce, w ktorym pracowalam bylo fajne, z fajnymi kolegami i kolezankami... to nie bylo moje miejsce... Nie moja rzeczywistosc.

Wyjechalam. Szwedzka medycyna tez zmaga sie mimo znacznie wiekszych pieniedzy z ponad 30% podatkow i wspolplacenia (wizyta u specjalisty 300sek), z koniecznoscia oszczedzania i racjonalizacji wydatkow. Ale z jakiego poziomu. Wszystkie kursy, w tym psychoterapii, na koszt pracodawcy z platnym wolnym i dieta, auta sluzbowe, czas na nauke w trakcie pracy, godzina na pacjenta, jak trzeba. Na dobre i na zle pacjent jest partnerem w leczeniu. Wobec niektorych przydaloby sie podejscie polskie, paternalistyczne, ale ogolnie zdecydowanie wole ten tryb pracy. Wsrod lekarzy prawie nie ma hierarchi, wszyscy w Szwecji mowia sobie na Ty ale tez i maja podejscie jak kolega z kolega. Starsi lekarze chetnie dziela sie wiedza, pomagaja, kieruja. Mamy mozliwosc przedluzania recept bez spotykania pacjenta. Recznie nie pisze nic - opisy wizyt dyktuje i pisze je do systemu w komputerze sekretarka medyczna. Recepty wyslam przez Internet. W internecie mnostwo pozytecznych stron, bez ktorych juz nie wyobrazam sobie sprawnej pracy. Itp...

Nawet codzinne zycie jest inne. Monsz dlugo nie mogl znalezc pracy a teraz tez co miesiac przedluzaja mu umowe. Ale zyjemy z dnia na dzien, tu i teraz. Ciesza sie tym co mamy. Mamy piekny dom, zdrowie, wystarczajaca w sumie ilosc pieniedzy, siebie... Po co chciec wiecej???

Nie jest jak w raju. Ale zdecydowanie jest do niego blizej... Juz wiem, ze jesli zycie mnie nie zmusi do wyjazdu czy powrotu do Polski, nie wyjade. Pewnie przeprowadzimy sie za jakis czas na poludnie, blizej cywilizacji, Europy, Polski... Choc to tutaj mamy przyjaciol, znajomych, znowu zapuscilismy przez te ponad 6 lat korzenie... No ale do polskiej rzeczywistosci, patrzac na polskie wiadomosci wracac nie chce. Nie pasuje do polskiego grajdolka. Niestety...

Mam nadzieje, ze juz za kilka miesiecy bede szwedzka obywatelka i jeszcze bardziej poczuje sie czescia tego kraju. Szwedka nigdy nie bede, moje serce jest polskie, nie zrozumiem nigdy niektorych elementow szwedzkosci, ale widze w tym kraju wiecej zalet niz wad i tu chce zyc z moja najblizsza Rodzina. Mimo, ze nie zawsze bylo i bedzie rozowo... ale to ponownie jest material na inna historie...

Kochani... kto  doczytal do konca jest wielki. Rozrosla mi sie ta opowiesc... Pewnie dlatego, ze nie bylo jednego, duzego powodu naszego wyjazdu, ale wlasnie kombinacja okolicznosci... Jestem tu gdzie jestem. I tu zostane. Rozwinelam sie, lubie miejsce w ktorym jestem, lubie sposob, w jaki pracuje i mysle, ze jestem i lepszym czlowiekiem, lekarzem, matka, kobieta dzieki tej emigracji... Tymi wznioslymi slowami... pozwola sobie zakonczyc moja opowiesc... Chyba ostatnia na zamowienie ;) ale i tak ciesze sie, ze to zrobilam.